Fantastyka · 12 min czytania
Bajka
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
„I oto znalazłam się w krainie czarów”
Wielka biblioteka publiczna, robiła wrażenie. Oczywiste było, iż jest dużo mniejsza od biblioteki narodowej, jednak stojąc między półkami pełnymi książek, łatwo ulegało się złudzeniu, iż nie ma końca. Szybko, niemalże na palcach, by nie zakłócić niezwykłej ciszy, poszłam w stronę mojego ulubionego działu: Fantasy. Moją uwagę przykuła niewidziana wcześniej okładka. Od razu zauważyłam, że książka jest stara. Wykonana z barwionej na zielono skóry okładka, ozdobiona była czymś, co przypominało szmaragdy. Dopiero po chwili dotarło do mnie jak zabawna była ta myśl. Prawdziwe szmaragdy w bibliotece, też coś. Jednak książka mnie zaciekawiła. Wzięłam ją udałam się do lady bibliotekarki. Miłą pani szybko wpisała książkę do kartoteki... Zaraz, zaraz, jakiej kartoteki, przecież w bibliotece od dawna są komputery. Lekko zdumiona zapytałam nieznaną mi bibliotekarkę, co się stało z komputerami. Kobieta popatrzyła na mnie zdziwiona, a po chwili zapytała, co to są komputery. Nawet nie próbowałam tłumaczyć. Wzięłam książkę i udałam się do wyjścia. Wyszłam mrużąc oczy przed niezwykle jasnym słońcem. To, co ujrzałam za drzwiami zaprało mi dech w piersiach. Gdzie ja byłam? Na pewno nie było to moje ukochane miasto. Powoli ruszyłam przed siebie, przede mną rozciągało się miasteczko. Kryte strzechą dachy i bielone wapniem ściany, przed domami ogrody, zaś za nimi poletka obsiane młodym zbożem. Dalej był rynek z wielką fontanną, przy której zbierały się młode panny głośno o czymś rozmawiając. Na rynku kramarze zachwalali swoje produkty, i każdemu przechodniowi próbowali coś wcisnąć. Zaciekawiona podeszłam bliżej chcą zobaczyć, jaką walutą się posługują. Chwile później po długich targach usłyszałam jak handlarz wymienia cenę „5 Serrów i niech będę stratny”, długowłosy mężczyzna zapłacił i odszedł, dopiero, gdy odgarną włosy za ucho zrozumiałam, iż był elfem, Nie wiedziałam jak to możliwe, ale w tym miejscu spełniały się wszystkie moje marzenia, czyżbym znalazła się w krainie czarów tak jak bohaterka książki Lewisa Carrolla „Alicja w krainie czarów”. Czy w ogóle istnieją krainy czarów? Wtem niedaleko mnie rozległ się krzyk: - Złodziej! Łapać złodzieja! Elfi pomiot! Straże łapać go! - Panie, panie, co się dzieje, czego pan tak krzyczy w biały dzień? - Jakiś niedoinformowany przechodzień uspokajał handlarza. - Przejście dla straży! Przejście! Czego krzyczycie obywatelu? - Panie okradł mnie, kryte szczerym złotem lusterko zabrał i uciekł. Panie łapcie go błagam. – Handlarz zaczął prosić na kolanach - Jak wyglądał? - Panie obcy jakiś, jak każdy elf długowłosy, spiczasto – uchy, tylko ubiór jakiś inny, nie tutejszy, niezwykle kolorowy. O panie patrzcie, ona, ta dziewczyna też się ubiorem wyróżnia, może ona coś wie. – Zdumiona zauważyłam, że handlarz wskazuje na mnie. Owszem nie miałam tak samo szarego ubrania jak on, ale żeby mnie posądzać o kradzieże? Jednak straże najwyraźniej nie zauważyły jak bardzo absurdalny jest ten pomysł i zaraz mnie otoczyły. Trzech strażników wyciągnęło w moją stronę prawą rękę. Wypowiedzieli kilka cichych słów i po chwili oplotły mnie świecące sznury. Czary? Nie wiedziałam nic o owym złodzieju, więc nic im nie mogłam powiedzieć, dowódca straży uznał jednak ze kłamię i kazał mnie zamknąć w więzieniu. Po prostu pięknie. Trochę tu pewnie posiedzę, ledwo znalazłam się w krainie czarów a już siedzę w więzieniu, to się nazywa pech. Po jakiejś pół godzinie siedzenia bezczynnie, czego nienawidzę, usłyszałam dość głośny huk. Drzwi mojej celi otworzyły się, za nimi stał wysoki elf, którego posądzono o kradzież. - Wybacz, że przeze mnie tu trafiłaś, dziewczynko. – Elf mówił cicho, ale hardo. - Wybacz, ale nie jestem dziewczynką, mógłbyś się ruszyć? Chciałabym stąd wyjść. – Po półgodzinie siedzenia w ciasnej celi niespecjalnie miałam ochotę na pogaduszki, a zwłaszcza z kimś, kto zwraca się do mnie per: dziewczynko. Elf chwile mi się przyglądał, ale w końcu się odsunął, stwierdziłam, że w mieście raczej nikt mi nie pomoże po tym jak wtrącono mnie do więzienia, zaś poza miastem widziałam tylko las. Chcąc nie chcą udałam się w jego kierunku, po minucie marszu zatrzymałam się i spojrzałam na elfa, który szedł dwa kroki za mną. - Bawi cię to? - Owszem, przyznaje, że to zabawne, ale nie po to idę za tobą, po prostu chciałem cię zapytać jak masz zamiar opuścić miasto? – Spoglądał na mnie z lekkim uśmiechem. - Może... Przez bramę? – Odpowiedziałam wskazując w jej kierunku. - Wybacz, ale po tym, co się stało raczej nie będą chcieli cię wypuścić, a zwłaszcza ze mną. - Chcesz mi powiedzieć, że tu utknęłam?! Czarów nie znam, więc jak mam opuścić to okropne miasto?! - Czary? To dobry pomysł. - Daj spokój nie wmówisz mi ze umiesz czarować, z tego, co wiem to, to nie możliwe, choć gdyby było chciałabym to potrafić. - Czary nie istnieją? – Elf zaśmiał się, jakbym powiedziała coś wielce zabawnego. – Wyciągnij przed siebie prawą rękę i pomyśl o kamieniu, tylko małym. - Niby, po co? - Zobaczysz. Co mi tam. Wyciągnęłam przed siebie rękę i wyobraziłam sobie mały kamyk, po chwili na mojej dłoni uformował się mały szary kamyczek. Patrzyłam na to oniemiała. - Podobało ci się? – Elf uśmiechną się lekko. – No to teraz pokażę ci prawdziwe czary. Położył dłoń na moim ramieniu, a chwile później znaleźliśmy się za bramą. I oto znalazłam się w krainie czarów. Złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąc w stronę lasu. - Tak właściwie to jak masz na imię? – Elf spojrzał na mnie z zaciekawieniem. - Anna, a ty? - Cinaed Vardamir, masz ładne imię wiesz? W moim języku znaczy ono „dar”. - Naprawdę? Tak właściwie to, dokąd idziemy? - Do wierzby, zapytać kotki o radę. - Słucham? - No chyba wiesz, że na wierzbie rosną kotki prawda? Więc kotki z wielkiej wierzby wiedzą o wszystkim, co się…