Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 49 min czytania

Bajka

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Mama obudziła mnie o świcie, tego dnia mieliśmy jechać na wakacje do mojego dziadka, uwielbiam dziadka i jego magiczny dom, jednak byłam smutna. Myślałam, że spędzimy wakacje razem z mamą, przynajmniej jeszcze do niedawna był taki plan, jednak zadzwonił jej służbowy telefon i wszystko się zmieniło. Z pomysłu wspólnego urlopu zrobił się jeden, tylko jeden wspólny dzień. Miałam zostać sama pod opieką dziadka, aż do rozpoczęcia roku szkolnego. Mama zaś jak zwykle musiała wykonać jakieś pilnie zadania kosztem naszych wspólnych wakacji. Nie lubię jej telefonu służbowego i pracy. Zawsze po szkole przyprowadza mnie do domu pani Krystyna i siedzi ze mną, aż do momentu kiedy mama wróci, najczęściej jest to wieczór. Ona za dużo pracuje. Myślałam, że teraz w wakacje będziemy mogły ze sobą spędzić więcej czasu, spacerować, bawić się, po prostu być ze sobą. Jednak i tym razem nie wyszło. Podróż zajęła nam kilka godzin, bardzo mi się dłużyło. Mama przez całą drogę rozmawiała przez telefon, dyskutowała o projekcie w pracy, właściwie jak sięgam pamięcią zawsze o nim rozmawia, ja zaś siedziałam na tylnym siedzeniu i słuchałam muzyki. Dziadek mieszka na skraju wsi, ma duży dom, a za oknami zielone pole pokryte trawą. Nazywa je lotniskiem. Pewno dlatego, że całe życie pracował jako pilot samolotów pasażerskich, a teraz na emeryturze wszystko kojarzy mu się z lotnictwem. Kiedy wjechałyśmy na podwórko dziadek siedział na ganku, koło jego nóg wylegiwał się duży kremowy labrador. Kiedy nas zobaczyli obaj wstali ze swoich miejsc i energicznie ruszyli w naszym kierunku. Pies podbiegł pod drzwi, którymi miałam wysiąść i tam czekał na mnie. Zlękłam się go. - Zosiu nie musisz się bać – zawołał dziadek, który to zauważył. - Ciumek bardzo lubi ludzi i nikomu nie zrobi krzywdy. - Ciumek? - zdziwiłam się głośno. - Czy to ten sam Ciumek, którego poznałam rok temu? - Tak – odrzekł dziadek idąc w moja stronę do samochodu, wziął mnie na ręce mocno przytulał. - Cieszę się, że Ciebie znowu widzę. Gdy już byłam dostatecznie wyściskana postawił mnie na ziemi i poszedł przywitać się z mamą, która przyglądała się uśmiechnięta i czekała na swoją kolej. Ciumek podszedł do mnie merdając ogonem, objęłam go za szyję. Pamiętam Ciumka jak był mały, rok temu dziadek przyniósł go w prezencie dla babci. Babcia była wtedy zdrowa, potem zachorowała i odeszła. Ciumek tak jak my wszyscy bardzo tęsknił za nią, kładł się na moje kolana i skomlał cichutko, był taki malutki. Mama została z nami cały dzień, następnego dnia rano wyjechała, miałyśmy się nie widzieć przez prawie dwa miesiące. Kiedy się żegnałyśmy płakałam. Mama próbowała mnie pocieszyć, mówiła, że wakacje szybko zlecą i niedługo znowu będzie jak dawniej. - Jak dawniej, ja będę z panią Krystyną w domu a mama będzie pracowała do późna – pomyślałam. Pożegnałyśmy się, potem udając obrażoną odwróciłam się i poszłam usiąść na schodach ganku tuż obok Ciumka. Dziadek podszedł do mamy i objął ją, mówił do niej szeptem, to znaczy dziadkowi wydawało się, że mówił szeptem ja jednak wszystko słyszałam. - Nie możesz tak pracować - rzekł do niej. - Zwolnij córko, masz dziecko, robisz jej krzywdę tą twoją ciągłą pracą. Musisz Zosi poświęcić więcej czasu. - Oj tato, - odparła poddenerwowanym głosem, już o tym wielokrotnie rozmawialiśmy. Ja muszę robić ten projekt, obiecałam, nie mogę się tak porostu wycofać. - Ty masz nie zawieść swojego dziecka i to jest twoim nadrzędnym obowiązkiem, zastanów się nad tym zanim będzie za późno. -Wszystko będzie dobrze – odpowiedziała, potem wsiadła do samochodu pomachała ręką przez otwartą szybę i odjechała. * Ciumek bawił się ze mną na podwórku, nagle wyprostował się patrząc w stronę stodoły, która stała na drugim końcu podwórka. Zawarczał i ruszył pędem w tamtą stronę. - Ciumek, Ciumek – wołałam, ale nie słuchał mnie tylko biegł przed siebie w sobie tylko znanym celu. Po chwili i ja wiedziałam co w niego wstąpiło, bowiem przy stodole stał duży szarobury kot, który widząc biegnącego w swoim kierunku psa, wygiął się w łuk, nastroszył sierść i w takiej pozycji czekał, aż przybiegnie. Ale kiedy Ciumek dobiegł do kota i zatrzymał się tuż przed nim w bezpiecznej odległości i szczekał groźnie. Kot dalej stał bez ruchu sycząc na psa. Staliby chyba tak, aż do nocy, ale kot wreszcie nabrał swojego normalnego kociego wyglądu, odwrócił się i zupełnie ignorując szczekanie poszedł spokojnym krokiem w stronę drzwi stodoły, następnie przez dziurę wszedł do środka. Ciumek przestał szczekać, chyba ze zdziwienia, że kot nie zwracał na niego uwagi. - Oni tak zawsze – zawołał dziadek, który obserwował zajście przez otwarte okno w kuchni. - Najpierw kot pokazuje Ciumkowi, że się go nie boi, a potem odchodzi nic nie robiąc sobie z psiego szczekania. - Ale czy Ciumek nie zrobi mu krzywdy – zapytałam. - Przecież on jest taki duży, a kot mały i bezbronny. - Nie – odparł, – oni tak zawsze, kiedyś widziałem jak ten sam kot mały i bezbronny gonił naszego psa, który z podkulonym ogonem przestraszony uciekał co sił w nogach do domu. - Dziadku, a co tam jest w środku? - zapytałam wskazując na drzwi stodoły, bo właśnie przyszło mi do głowy, że przecież nigdy nie byłam. - Tam są moje zabawki – odparł bez zastanowienia - Wejdź i zobacz sama co tam jest. Nie trzeba było mnie prosić dwa razy. Chwyciłam za dziwaczną klamkę i z całej siły pociągnęłam olbrzymie wrota. Otworzyły się łatwiej niż przypuszczałam. W środku panował półmrok do moich nozdrzy doszedł zapach, podobny do tego, który unosi się na stacjach benzynowych. Weszłam do środka, moje oczy potrzebowały chwili, aby się przystosować do ciemności i wtedy z mroku wyłonił się ogromny, srebrny samolot, na dziobie miał napisane „aeroplan”. - Ojej jaki wielki - zawołałam sama do siebie. - Co, zaskoczona? - zapytał dziadek, który właśnie przyszedł. - Przecież maszyna stała tutaj od ponad roku, musiałaś go widzieć jak byłaś tu na wakacjach rok temu. Chociaż może nie widziałaś, byłaś młodsza i oprócz małego Ciumka nic więcej ciebie nie interesowało. - Dziadku, czy to prawdziwy samolot? - Najprawdziwszy - odparł. - Nigdy takiego nie widziałam, wygląda trochę jak starodawny. - Nowy nie jest, ale za to jest całkiem sprawny, od czasu do czasu oblatuję go. To jest moja zabawka, - odparł dumnie dziadek. - To on lata? - zdziwiłam się. - No pewnie, że lata, inny nie byłby mi potrzebny – dziadek roześmiał się. Wieczorem siedzieliśmy przy kominku dziadek pytał o szkołę, czy mam przyjaciół, o mamę, jej pracę, o tym jak wygląda mój zwykły dzień kiedy chodzę do szkoły. Mieliśmy sobie dużo do powiedzenia. Ciumek leżał koło nas i wygrzewał się w cieple ognia. -Dziadku -zapytałam, - a kiedy kupiłeś samolot? Mama nigdy mi nie mówiła o tym, że masz samolot. - To aeroplan, – zaczął dziadek, tak nazwała go babcia. Ma podwójne skrzydła, przez co fachowcy mówią na niego dwupłatowiec. To piękna maszyna, to taki samochód, którym się jeździ na wycieczki aby zwiedzać piękne okolice. I taki był zamiar, - kontynuował dziadek. - Mieliśmy z babcią lecieć nim do miejsca, które sobie wymarzyliśmy. Niestety babcia zachorowała i wiesz co było dalej, – dziadek zamyślił się. - Dziadku, a gdzie mieliście lecieć? Dziadek spojrzał na mnie i uśmiechnął się. - Chcieliśmy Zosiu polecieć do miejsca, w którym spełniają się marzenia. - A gdzie jest to miejsce? – spytałam. - To miejsce marzeń -odparł dziadek, – nazywa się Mahali Pa Furaha, leży w afryce i jest oddalone od nas jakieś trzy dni lotu aeroplanem. - Dziadku, wierzysz, że istnieje miejsce na świecie, w którym spełniają się marzenia? - Jestem pewien, że ludzie chcą wierzyć w ich istnienie. Są przekonani, że wszystko co im się dobrego przytrafiło jest skutkiem działania takiego miejsca. - A gdzie się o nim dowiedziałeś? - zapytałam. Kiedyś przez kilka miesięcy byłem prywatnym pilotem samolotu u króla pewnego małego państwa w afryce. Wódz nazywał się Busaka co w ich języku oznacza „Mądry”. Jego kraj nie był duży, mimo to łatwiej było tam podróżować samolotem niż jeździć samochodem. Dlatego król latał dużo, a ja miałem pełne ręce roboty. Później urodziła się twoja mama, a ja chciałem być w domu z rodziną, więc skończyłem moją przygodę z lataniem u króla. Pamiętam nasz ostatni lot. Lecieliśmy wtedy nad morzem i mijaliśmy jedną z wielu wysp znajdujących się w tamtej okolicy. - Popatrz na nią – wskazał na wzniesienie otoczone piaszczystymi plażami, - to miejsce, nazywa się Mahali pa furaha, czyli Miejsce Szczęśliwości. Jedni doznają na niej szczęścia, kiedy widzą tak piękną krainę. Drudzy doznają czegoś zupełnie innego, bowiem spełniają się tam ich najbardziej skryte wydawać by się mogło nieosiągalne marzenia. Tych ostatnich doznają tylko nieliczni, którzy nie proszą o bogactwa i inne dobra materialne bo ich potrzeby są cenniejsze. Po zakończonym locie wódz jak zwykle podziękował za udany lot i zaprosił mnie do siebie na wspólną kolację. Oczywiście nietaktem byłoby odmówić, więc poszedłem. To znaczy nie poszedłem tylko pojechałem, bo Busaka przysłał po mnie samochód. Długo rozmawialiśmy, wódz jeszcze raz zapytał czy nie chciałbym kontynuować pracy dla niego. Wiedziałem, że to świetna propozycja, jednak jak już wspominałem względy rodzinne były ważniejsze. Bałem się, że Marysia będzie się wychowywała beze mnie. Busaka zrozumiał. Kiedy kolacja dobiegała końca i mieliśmy się pożegnać wódz powiedział: - Pamiętasz wyspę, którą ci dzisiaj pokazywałem? - Chodzi o miejsce Szczęśliwości - zapytałem? - Tak - odparł wódz. - Widzisz, nigdy nie latałem samolotem. Później po namowach zdecydowałem, że spróbuję. Okazało się, że w moim przypadku żelazny ptak, bo tak kiedyś nazywałem samolot to najlepszy środek lokomocji. Potem zatrudniłem ciebie, poskramiacza żelaznego ptaka. Nie powiem, że nie miałem obaw, owszem i to duże, bałem się latać. Jednak ty pokazałeś mi, że to nie jest takie straszne. Szybko minęły moje lęki i obawy. Od ciebie zależało moje bezpieczeństwo, a w samolocie z tobą czułem się bezpiecznie. Naprawdę dużo ci zawdzięczam, dlatego chciałbym dać ci mały podarunek, weź to - podał mi wtedy pergaminowy rulon. - To jest mapa wyspy Mahal Pa Fura ha, którą dzisiaj widziałeś – kontynuował Busaka. - Jest na niej zaznaczony kamień, jedyna wskazówka, ona pomoże ci odnaleźć szczęście. Pamiętaj, niewielu ludzi na świecie wie, że jest takie miejsce, a z tych co wiedzą niewielu umie rozszyfrować wskazówki z kamienia. Tylko nieliczni osiągają cel. Teraz ty jesteś wśród tych co wiedzą o Miejscu, liczę na to, że mapa, którą dostałeś pomoże ci w znalezieniu szczęścia. Więc jeśli kiedyś poczujesz potrzebę aby się tam udać, jedź! Może dostaniesz tam to coś czego twoja dusza pragnie najbardziej? Po powrocie do naszego domu postanowiliśmy z babcią, że kiedyś tam pojedziemy. Zamknęliśmy mapę w szufladzie i zapomnieliśmy o niej. Minęło wiele lat kiedy babcia przypadkowo ją znalazła – kontynuował dziadek. - Byłem już na emeryturze, mieliśmy dużo czasu więc postanowiliśmy, że polecimy do Miejsca Szczęśliwości. Moim największym marzeniem życia już od dziecka było aby mieć własny samolot. Kupiłem go. Nazwaliśmy go Aeroplan, żadna wyszukana nazwa, ale wydawało nam się, że brzmi bajkowo, tak jak miejsce do którego mieliśmy lecieć. Zaplanowaliśmy podróż – dziadek zamyślił się. - Później babcia zachorowała. Potem wiesz co było dalej. Skinęłam głową, że wiem, podeszłam do dziadka i przytuliłam go, widziałam, że był bardzo smutny. - Dziadku lećmy tam – szepnęłam mu do ucha, - polećmy proszę. - Zosiu, to daleka podróż, wymaga dużo przygotowań. - To się przygotujmy - odparłam zdecydowanie - zresztą sam powiedziałeś dziadku, że już wszystko mieliście przygotowane, wystarczy tylko odświeżyć stare plany. - Masz rację Zosiu, ale może nie ma takiego miejsca na świecie gdzie spełniają się marzenia, może polecimy tam, narobimy sobie nadziei i nic z tego nie będzie. - Dziadku, spróbujmy proszę. Dzidek spojrzał na mnie i uśmiechnął się. - Właściwie sam nie wiem czemu mielibyśmy nie polecieć. Zosiu od jutra zaczynamy przygotowania, poszukam notatek babci na których zapisane były plany podróży. Następny dzień spędzaliśmy z dziadkiem przy kuchennym stole, tam rozłożone były wszystkie notatki jakie znalazł. Dziadek czytał zapiski i nanosił je na mapę, były to miejsca tankowania, noclegi, lotniska gdzie można było wylądować i dokonać ewentualnych napraw aeroplanu. Babcia zaplanowała podróż w każdym szczególe. Następnego dnia chcieliśmy przetestować aeroplan i jak wszystko pójdzie dobrze zostanie nam tylko wielkie pakowanie i wylot do krainy szczęścia. Nie mogłam się już doczekać. Dziadek nigdy mnie nie budził, nigdy też nie kazał mi się kłaść wieczorem. - Śpij ile chcesz -mówił dom mnie – nie będę ciebie zmuszał do spania i nie będę ciebie budził. Masz wakacje śpij ile chcesz. Tak więc były dni, kiedy spałam do południa, a były też dni, kiedy wstawałam bardzo rano dużo przed dziadkiem. Jednak w te wakacje tego wczesnego wstawania było dużo mniej niż tego późnego. Tym razem jednak, kiedy mieliśmy oblatywać maszynę, bo oblatywaniem maszyny nazywał dziadek testy aeroplanu, obudziłam się wcześniej niż zwykle, wstałam i zeszłam do kuchni. Myślałam, że dziadek śpi, ale tak nie było, zapach zaparzonej kawy unosił się w całym domu, na stole stał pusty kubek, a dziadka nie było. Widziałam gdzie jest. Wybiegłam na podwórko, wrota stodoły były otwarte, na zewnątrz wesoły Ciumek bawił się piłką. Kiedy mnie zobaczył, natychmiast przybiegł się przywitać. Kucnęłam i przytuliłam go tak jak zawsze. Polizał mnie po włosach. Potem razem poszliśmy do dziadka, który był w stodole. - Dzień dobry dziadku – zawołałam w wejściu. - Dzień dobry Zosiu, wcześnie dzisiaj wstałaś. - Nie mogłam spać – odpowiedziałam. Jestem taka podekscytowana chciałabym już wyruszyć w naszą podróż. - Powiem ci Zosiu, że ja też o niczym innym nie myślę tylko o tym, żeby już być w drodze. - Uśmiechnął się. Wypchnęliśmy aeroplan ze stodoły W oddali Ciumek szczekał na kota, który jak zwykle nic sobie z tego nie robił. My zaś byliśmy całkowicie pochłonięci przygotowaniami do lotu testowego więc jego szczekanie było dla nas ledwo słyszalne. - Lecimy – zapytałam? - Tak. - Gdzie mogę usiąść? - Tam – dziadek wskazał mi fotel tuż przy miejscu pilota, potem otworzył tylne drzwi aeroplanu i zawołał Ciumka, a ten ujrzawszy otwarty samolot zostawił znudzonego nim kota i pędem przybiegł wskoczył do środka. - To Ciumek leci z nami? - zapytałam. - No tak, przecież Ciumek jest częścią załogi aeroplanu i na dodatek bardzo lubi latać. A ty Zosiu o ile pamiętam nie leciałaś jeszcze nigdy samolotem? - Nie, dzisiaj będzie to mój pierwszy raz i nie mogę się doczekać. Dziadek uśmiechnął się - no to w drogę, - pociągnął dźwignię z napisem „start” śmigło wolno zakręciło przez chwilę potem silnik zastartował. - Zapnij pasy - zwrócił się do mnie. Aeroplan podjechał na skraj zielonej łąki, którą dziadek nazywał „lotniskiem”, silnik zawarczał jeszcze głośniej. Ruszyliśmy, maszyna nabierała prędkości, na początku trochę trzęsło ale, kiedy koła oderwały się od podłoża zrobiło się cicho. Słychać było tylko silnik. Lecieliśmy! Po chwili wszystko na dole zrobiło się małe, dziadka dom, olbrzymie drzewo koło domu z góry wydawało się być tylko małą zielona kępką. Ciumek siedział spokojnie na tylnym siedzeniu i spoglądał przez okno. Dziadek założył na uszy słuchawki i zaczął rozmawiać, prosił o możliwość lądowania. - Dziadku coś się stało? - Nic się nie stało – odparł - musimy wylądować na miejskim lotnisku i zatankować aeroplan, przecież jutro rano wyruszamy w daleką podróż. Po chwili ukazał się przed nami czarny pas lotniska, dziadek obniżał lot i wylądowaliśmy. Późnym popołudniem wróciliśmy do domu, wepchnęliśmy aeroplan do hangaru i poszliśmy się pakować. Następnego dnia rano mieliśmy lecieć do krainy szczęśliwości.

* - Spakowane walizki? - pytał dziadek trzymający w reku listę, którą odhaczał po każdej odpowiedzi. - Tak – odpowiedziałam. - A w walizce – kontynuował dziadek - szczotka do zębów. - Jest. - Aparat na zęby? - Jest, ale mogłeś mi o tym nie przypominać są wakacje – odparłam. - Moja droga dla zębów nie ma wakacji. Dziadek zapytał jeszcze o kilka rzeczy za których spakowanie ja byłam odpowiedzialna, na wszystkie odpowiedź była „JEST”. - No to moja droga Zosiu, jesteśmy przygotowani do lotu. Po chwili wszystkie walizki były już w bagażniku samolotu, dziadek nazywał to miejsce lukiem bagażowym. Wsiedliśmy do aeroplanu, Ciumek jak zwykle na tylnym siedzeniu. Dziadek podprowadził maszynę na skraj łąki i po chwili byliśmy już w górze. - Właśnie zaczęliśmy naszą przygodę – zawołał entuzjastycznie dziadek - oby była naszą najważniejszą w życiu. Jeszcze wtedy nie rozumiałam co dziadek miał na myśli, jednak wkrótce wszystko się miało wyjaśnić. - Jak długo będziemy lecieć? - Zapytałam. -Długo – odpowiedział dziadek - ale będziemy mieli międzylądowanie. Zatankujemy na lotnisku w Sofii, potem polecimy do Istambułu, tam będzie nasz pierwszy nocleg, zwiedzimy miasto, a jak nam się znudzi zwiedzanie polecimy dalej. - Dziadku byłeś tam kiedyś? -Byłem - odpowiedział z uśmiechem. - Przez dwa miesiące latałem na linii Istambuł - Warszawa. Miałem dostatecznie dużo czasu aby poznać miasto, oprowadzę cię po najciekawszych miejscach. Kiedy wylądowaliśmy, zapakowaliśmy nasz podręczny bagaż do taksówki i pojechaliśmy do hotelu. Dziadek dał mi pół godziny na prysznic, a potem wyszliśmy zwiedzać miasto. Najpierw pojechaliśmy do świątyni, która nosiła moje imię, później zwiedziliśmy miejsce gdzie podziemia wypełnione były wodą. Był to zbiornik, w którym przetrzymywano zapasy wody dla cesarza i jego zamku w czasach wojny i innych kataklizmów. Obejrzeliśmy również pałac sułtana, przejechaliśmy mostem nad nad Bosforem. Dziadek wytłumaczył mi, że jest to cieśnina między dwoma kontynentami, Europą i Azją. Wszystko było bardzo interesujące, ale ja najbardziej zapamiętałam lody, najlepsze jakie kiedykolwiek jadłam. Kupowaliśmy je w różnych miejscach i wszędzie smakowały wyśmienicie. Dzieliłam się nimi z Ciumkiem dawało nam to chłodne ukojenie w upale jaki nas wszędzie otaczał i do którego nie byliśmy przyzwyczajeni. W Istambule spędziliśmy dwa dni, a następnego poranka wyruszyliśmy w dalszą drogę.

* Od dłuższego czasu lecieliśmy nad morzem. Po lewej stronie, niedaleko nas widzieliśmy brzeg afrykańskiego lądu, po prawej zaś niekończącą się otchłań morza. - Popatrz tam - dziadek wskazał mały ciemny punkt na horyzoncie. - To nasza wyspa na nią lecimy. - Taka mała? - zapytałam zawiedziona. - Za niedługo będzie większa – dziadek odpowiedział z uśmiechem na twarzy. I tak się stało, kiedy się do niej zbliżyliśmy, wyspa zrobiła się całkiem spora. Wyglądała jak niewielka góra, pokryte bujną roślinnością, a wokół niej rozciągały się szerokie morskie plaże. - Zanim wylądujemy oblecimy wyspę aby zapoznać się z jej krajobrazem - zaproponował dziadek po czym skierował maszynę tak aby przelecieć nad samym środkiem wyspy. - Dziadku, co to jest? -zapytałam wskazując w dół na sam szczyt góry. - Tam na szczycie stoją ruiny dawnego miasta – odpowiedział dziadek. - widać szczątki murów obronnych, które kiedyś okrążały miasto chroniąc przed najeźdźcą. To miasto jest zaznaczone na mapie. - Dziadku, czy tu mieszkają jacyś ludzie? - W tych ruinach nie ale pod zboczem góry, jest mała zamieszkała osada morska. Wylądujemy na ich lotnisku, mamy tam również zarezerwowany nocleg. Osada położona była u podnóża góry, wokół niej rozciągały się kolorowe paski pól uprawnych. Na morzu nieopodal miejscowości stały większe i mniejsze łodzie. - To łodzie rybackie – wyjaśnił dziadek. - Ludzie tutaj żyją z rolnictwa i rybołówstwa. Inne potrzebne rzeczy kupują na lądzie afrykańskim, który jest nieopodal. Kiedyś wożono swoje towary łodziami, teraz oczywiście też tak robią, ale wykorzystują do tego również samoloty, dlatego mają lotnisko. Popatrz -wskazał na zielony pasek na wprost – to jest ich lotnisko, podobne trochę do mojej łąki przed domem. Za chwilę lądujemy. - Dziadek zameldował się przez radio i dostał zgodę na lądowanie. Kiedy aeroplan dotknął kołami lądowiska, trochę trzęsło, ale po chwili maszyna wytraciła prędkość i zatrzymaliśmy się. Ciumek siedział na tylnym siedzeniu zapięty w pasy i czekał, aż go uwolnimy, też był zmęczony podróżą. Zaczęło się robić ciemno, na dworze było bardzo gorąco zewsząd dochodziły odgłosy świerszczy. Było tak bardzo inaczej jak w domu. Miejsca, gdzie zamieszkaliśmy to mały domek dla pilotów, którzy musieli z różnych powodów przenocować na wyspie. - To tutaj Zosiu – powiedział dziadek otwierając drzwi. Weszliśmy do środka, a tam okrył nas przyjemny chłód. - Luksusów tutaj nie będziemy mieli - powiedział dziadek - ale nie jest źle. Najważniejsze, że jest klimatyzacja. Ja i Ciumek zajęliśmy jeden pokój, dziadek wniósł swoje rzeczy do drugiego. Po kolacji zaczęliśmy studiować mapę wyspy. Tę, która była prezentem od wodza Busaki. Zaczęliśmy ją studiować, a ja dopiero teraz uświadomiłam sobie, że podczas przygotowań do podróży właśnie ta mapa mi umknęła. Dziś widziałam ją po raz pierwszy. To nie była mapa jaką dotychczas widziałam, bowiem był to narysowany obraz wyspy z drzewami, ze starożytnym opuszczonym miastem na szczycie góry. Miejscowość w której właśnie się znajdowaliśmy to kilka szałasów afrykańskich. Może kiedy ją nanoszono właśnie tak wyglądała? Zaznaczono dość wyraźnie ścieżkę, która prowadziła do opuszczonego miasta na szczycie góry. - Dziadku, a gdzie jest Miejsce Szczęśliwości? - Nie wiem, - odpowiedział. - Jest tylko jedna wskazówka, to ta. - Dziadek wskazał na odnośnik, mały rysunek na którym widać było duży głaz. - Popatrz Zosiu, według mapy stoi tutaj, to znaczy na końcu drogi do starożytnego miasta. - Może ten kamień jest Miejscem Szczęśliwości? - zapytałam. - Tego nie wiem Zosiu ale skoro jest tutaj zaznaczony, to przypuszczam, że kryje jakąś tajemnicę. Pójdziemy tam jutro znajdziemy głaz i sprawdzimy czy jest tym czego szukamy, czy może jakimś ważnym punktem, który trzeba zaliczyć aby osiągnąć cel. - A czy to jest daleko? - Nie Zosiu, tutaj wszystko jest blisko. Ruiny i kamień leżą od nas nie więcej niż godzinę drogi. Następnego dnia obudził mnie Ciumek, był już po porannym spacerze z dziadkiem, na stole w kuchni stało śniadanie. Wszędzie czuć było zapach kawy, - Dzidku przygotowałeś już śniadanie? - Tak, usiądźmy teraz i zjedzmy, później z tego co zostanie przygotujemy sobie jedzenie na drogę. Po godzinie z plecakami wypełnionymi piciem, kanapkami i innymi potrzebnymi w marszu rzeczami byliśmy na szlaku, który miał doprowadzić nas do tajemniczego głazu. - Dziadku? - No słucham cię Zosiu. - Jak się obronimy przed niebezpiecznymi zwierzętami? - Zapytałam. - Ale tu nie ma niebezpiecznych zwierząt, - odparł dziadek. - Skąd wiesz przecież w afryce są lwy, tygrysy, obrzydliwe węże i jadowite żmije? - nie dawałam za wygraną. - Zosiu, zanim tutaj przylecieliśmy dużo czytałem o tej wyspie, tu nie występują niebezpieczne zwierzęta. Wyspa jest oddalona od lądu i niebezpieczne osobniki po prostu nie dotarły do niej. Możesz być spokojna. Szliśmy polną drogą wśród upraw zbóż, czułam się jak w tunelu bowiem rośliny wokół były wyższe ode mnie. Droga była prosta w oddali widać było początek góry zanurzonej w tropikalnej roślinności. Wesoły Ciumek biegał w pobliżu merdając ogonem co chwilę zatrzymując się i obwąchując miejsca, które zaskakiwały go nowymi, nieznanymi mu afrykańskimi zapachami. Ja zaś robiłam zdjęcia moim smart fonem, chciałam wszystko sfotografować aby później pokazać to mamie. Chciałam, żeby zobaczyła co ją ominęło. Nawet nie zauważyłam, kiedy ścieżka doprowadziła nas do tropikalnego buszu. W środku panował półmrok, a w powietrzu czuć było wilgotna ziemię. Przed nami z wysokiej skały spływał wodospad wprost do małego jeziorka. - Ojej jak tu ładnie – zawołałam. - Nigdy nie widziałam takiego miejsca. - Ja też nigdy nie widziałem tak pięknego krajobrazu – rzekł dziadek. Szliśmy dalej ciesząc oczy widokami, które tropikalny las co chwilę nam odsłaniał. Zewsząd otaczały nas rośliny których nigdy nie widziałam. Docierały zapachy których nigdy nie czułam. Wszytko wydawało się takie inne. Byłam tak skupiona na otaczającej nas przestrzeni, że zupełnie straciłam poczucie upływającego czasu. Nagle usłyszeliśmy Ciumka, był daleko przed nami i szczekał. Gdy podeszliśmy bliżej, zobaczyliśmy naszego psa i dużą niebieską papugę siedzącą na pokaźnych rozmiarów głazie. Papuga wrzasnęła na Ciumka i odleciała znikając w roślinności. Staliśmy przed ogromnym kamieniem. - Czy to ten głaz, który jest zaznaczony na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%