Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kariera · 13 min czytania

Bajka o kangurze Kloku

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Bajka o kangurze Kloku”

Pewnego pięknego dnia, w samo południe, w parku narodowym Uluru w Australii przyszedł na świat niezwykły kangur. On sam o tym, że jest niezwykły, a nawet o tym, że przyszedł na świat, długo nie wiedział, obojętne mu też było, czy dzień jest piękny, czy, nie, bo siedział sobie w ciepłej, bezpiecznej torbie matczynej i przez myśl mu nie przeszło, żeby wytknąć z niej choćby czubek czarnego noska. Ale mama od początku czuła, że tym razem z jej torby wyjdzie ktoś wyjątkowy i była, można powiedzieć, trochę zdziwiona, gdy okazało się, że jej synek ma dwoje uszu, oczu, po parze górnych i dolnych kończyn, jeden ogon oraz pozostałe części ciała w liczbie odpowiadającej kangurzym standardom. Ale przecież wygląd jeszcze o niczym nie świadczy. Kangury w parku narodowym żyły sobie beztrosko. Jak szybko przekonał się Klok, który jeszcze nie nosił tego imienia, tylko zupełnie inne, kangurze, życie polegało na jedzeniu, spaniu i w przypadku starszych kangurów, rozmnażaniu się, ale jego póki co ten aspekt zupełnie nie interesował, za to od pierwszego spotkania zainteresowało go dziwne zwierzę, które pojawiało się czasem w buszu, robiło dużo hałasu i zamieszania i pozostawiało po sobie straszny bałagan. Tym zwierzęciem był strażnik John Johns, ale kangur oczywiście nie wiedział, że zwierzę tak się nazywa. Któregoś dnia postanowił je śledzić. Zwierzę nie poruszało się tak szybko, jak kangur, więc nie było to śledzenie trudne, za to trochę męczące. Z czasem, w ramach poszerzania horyzontów, zaczął towarzyszyć innym podobnym zwierzętom, poznając pomału zupełnie obce mu do tej pory rejony parku. Aż kiedyś dotarł do jego granic. Do tej pory kangur nie miał pojęcia, że park ma jakieś granice, wydawało mu się, że w ogóle się nie kończy, ale nie zmartwiło go specjalnie, że był w błędzie. Przeskoczył ogrodzenie nawet nie zastanawiając się, co robi i znalazł się w zupełnie innym świecie. Co prawda na pierwszy rzut oka niewiele różnił on się od świata, który znał, ale to były tylko pozory. Natychmiast zobaczył całe stado dziwnych zwierząt. W tej chwili poczuł, że nie wróci już do swojego buszu. Niewiele myśląc wskoczył (w ostatniej chwili) do autokaru, którym przyjechali japońscy turyści i jechał, jechał i jechał, aż zasnął. Obudził się w mieście. Jakie to było miasto, nie wiedział, a kiedy się dowiedział, szybko zapomniał, bo wtedy nie wydawało mu się to istotne. Potem zwracał już na takie fakty większą uwagę. Japońscy turyści mieszkali w pięknym, rzec by można luksusowym, hotelu z basenem (Kangur w życiu nie widział na raz tyle wody, nawet w porze deszczowej) i kortami tenisowymi... Sam nie wiedział jak to się stało, ale w jednej chwili postanowił zostać tenisistą. Jego kariera potoczyła się błyskawicznie, w czym pomógł mu wrodzony talent. Odbijał ogonem piłeczki z siłą większą, niż wszyscy członkowie australijskiej drużyny daviscupowej razem wzięci. Natychmiast stał się ulubieńcem publiczności i wielką nadzieją w mającym się niebawem rozpocząć turnieju Australian Open, na którym miał wystartować z dziką kartą. Miał szansę stać się pierwszym rdzennym Australijczykiem, który triumfowałby w tej imprezie! Na przeszkodzie stanęły jednak , jak to się ładnie mówi, względy proceduralne. Został zdyskwalifikowany. Przepisy stanowiły, że piłeczkę należy odbijać rakietą trzymana w ręce i ani słowem nie wspominały o możliwości używania w tym celu ogona... Wtedy o mały włos się nie rozpłakał. Czuł się oszukany. Nie wiedział, co robić. Nie chciał wracać do domu jako kolejny kangur, któremu się nie powiodło. Poza tym bardzo polubił sport i wydało mu się niesprawiedliwe, że nie może go uprawiać tylko dlatego, że jest kangurem. Długo myślał, aż wymyślił. Przypomniał sobie, jak jego ojciec opowiadał kiedyś o swoim dalekim krewnym, który dawno temu wyjechał do Europy. Wuj mieszkał w Ogrodzie Zoologicznym w Pradze. Tata mówił, że tam podobno kangury grają w piłkę nożną! Co prawda nie wiedział, gdzie jest ta Europa i Praga, ani jak się gra w piłkę (wielu piłkarzy nie wie i jest im z tym całkiem dobrze) ale postanowił zasięgnąć języka w środowisku tenisowym. Natychmiast wskazano mu czeskiego tenisistę, który akurat zakończył swój udział w rozgrywkach i miał wracać do domu. Klok zabrał się z nim. Tenisista był bardzo uprzejmy, wytłumaczył kangurowi, że do gry w piłkę nie potrzeba rakiety, a używanie rąk jest wręcz zabronione, ale kiedy dotarli na miejsce, pożegnał go na lotnisku, ponieważ nie mieszkał w Pradze i czekała go jeszcze długa droga. Klok został sam w wielkim, zupełnie nieznanym mieście. Ale w owym czasie nie był to już zagubiony, nieśmiały kangur z parku narodowego Uluru ale światowiec, który umie się odnaleźć w każdej sytuacji. Z pomocą „Rozmówek kangurzo-czeskich” zaczął wypytywać tubylców o drogę. Byli bardzo uprzejmi i pomocni, przyzwyczajeni do egzotycznych turystów. Najpierw chciał odnaleźć ZOO i wuja. Dotarł tam stosunkowo szybko i bez problemów, ale wuja nie zastał. Na pytanie, gdzie go może znaleźć, otrzymał sprzeczne informacje- jedni twierdzili, że wujaszek niestety jakiś czas temu umarł, inni, że zobaczyć go można w Muzeum Narodowym. Ale tam postanowił wybrać się innym razem. Teraz chciał dostać się do miejsca, gdzie kangury grają w piłkę nożną. Tym razem trochę błądził. Kiedy po raz siódmy skierowano go na Hradczany, juz chciał się poddać. Ale to nie było w jego stylu. To nie było godne sportowca! W końcu zmęczony, zasapany, stanął przed siedzibą klubu Bohemians Praga, kiedy zaczynało się robić ciemno. W klubie byli juz tylko sprzątaczka i prezes. Sprzątaczka pracowicie wykonywała swoje obowiązki, prezes bynajmniej nie. Prawdopodobnie w jego słowniku nie było ani słowa „pracowicie”, ani „obowiązki”. Sprzątaczka nie była do końca pewna, czy może przeszkodzić prezesowi w robieniu tego, co robił, cokolwiek by to nie było, ale w końcu zaprowadziła Kloka do jego gabinetu. - Dzień dobry.- przywitał się Klok grzecznie, najpierw po czesku (był to zwrot, który powtarzał przez cały dzień, więc go już naprawdę doskonale opanował), potem jeszcze na wszelki wypadek po angielsku i po kangurzemu. Powoli z Kloka stawał się nie lada poliglota. Prezes na klokowe „dobrý den” w ogóle nie zareagował, ale kiedy do jego uszu dotarły słowa w obcym języku, nawet się uśmiechnął. Zagraniczny gość…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bajka o kangurze Kloku — czytnik · opowiadania