Fantastyka · 17 min czytania
Bajka o Małym Chłopcu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
BAJKA O MAŁYM CHŁOPCU
Dawno, dawno temu był sobie pewien Mały Chłopiec. (Albo może nawet nadal jest?) A było to tak dawno, że nikt, nawet on sam, nie pamięta już jego imienia, ale do tego dojdziemy. Mały Chłopiec pochodził z bogatej, ale nieszczęśliwej rodziny- brakowało im matki, dwójki rodzeństwa i miłości. Zaczynając możliwie od samego początku, powiem o matce. Albo nie, nie o matce, bo to było później, a o dzieciakach. Otóż na początku Mały Chłopiec miał dwójkę młodszego rodzeństwa: siostrzyczkę i braciszka, który był tym najmłodszym. Imiona tej dwójki wyryły się jednak w pamięci Chłopca tak mocno, jak imię matki. Siostrzyczka nazywała się Anna, braciszek – Wiktor, a matka Rozalia. Ojca nie zapamiętał- ten nigdy nie dał Małemu Chłopcu zbyt wiele ciepła ani zainteresowania. Jak to się stało, że odeszli? Pamięta jakby to było wczoraj. Bo właściwie to było wczoraj, tylko lata się nie zgadzają. Zrobił z tej daty swe prywatne, smutne święto.
* Jesienny, chłodny dzień. Pada deszcz. Nuda. Pięcioletnia Anna chce się pobawić, przynosi zabawki. Dziesięcioletni Chłopiec ma jej dosyć- wciąż za nim łazi, niech dla odmiany pobawi się z tymi zastępami opiekunek i guwernantek, które ojciec i matka zatrudnili tylko dla niej. Odsyła ją do Wiktorii- ta ma akurat 18 lat i właśnie zaczęła kształcić małą odnośnie etykiety. Też dziecko z niej jeszcze, więc często ich lekcje zamieniały się w piknik lalkowy z herbatką w porcelanowej mini-zastawie i niewidzialnym ciastem na maleńkich spodeczkach. Mój Boże, ileż by Chłopiec dał za jeszcze jeden taki piknik z Anną… Zegar właśnie wybijał południe – „babunia” Karolina, kochana kucharka, lek na całe zło świata, prosi do stołu. Obiad jest przepyszny, jak zawsze. Pamięta co jedli, lecz nie chce o tym myśleć. To nieistotne w obchodach tego święta. Swoją drogą to ciekawe: skoro uczynił świętą każdą chwilę tamtego dnia, to dlaczego nie obiad? Mały Chłopiec nie wie. Po prostu nie potrafi myśleć o potrawach i już. Zasiedli do stołu. On, mama Rozalia, Anna, Wiktor i ojciec. A pod stołem żebrał o okruchy ich ukochany piesek. Jedli posiłek, uśmiechając się wesoło i z uznaniem do Karoliny. Później mama Rozalia zabrała Wiktora i położyła do łóżka na poobiednią drzemkę. Zrozumiałe- w końcu miał niecałe 3 lata. Mały Chłopiec postanowił zagrać coś na fortepianie. Nie zdążył wydobyć nawet trzech tonów, gdy do drzwi zapukał ktoś obcy. Nie, zapukał to złe słowo- załomotał. Z wrażenia aż skamieniał. Po prostu nie mógł się ruszyć. Ojciec zdołał jedynie odłożyć gazetę i wstać z ogromnym trudem. Małemu Chłopcu wydało się, że ojciec spodziewał się tej wizyty, choć i wtedy czuł, że nie będzie to nic przyjemnego. Mama wybiegła z pokoju na piętrze i przechyliła się przez barierkę. Odwrócił głowę i ujrzał w jej oczach strach. Poczucie bezpieczeństwa prysło jak bańka mydlana. Pomyślał, że przyszli po niego. Skąd wiedział? W następnej sekundzie drzwi zostały wywarzone a do środka majestatycznie wkroczyło czterech ubranych na czarno mężczyzn. Mieli czarne płaszcze, buty oraz zabawne kapelusze, z powodu których w tamtej chwili nikomu jednak nie było do śmiechu. Stanęli w półkolu przed ojcem i skłonili głowy. Z samej rozmowy Mały Chłopiec nie pamięta nic, prócz słów, które na zawsze zmieniły jego życie. Dwa zwięzłe zdania o tak wielkiej mocy, wypowiedziane spokojnym, rzeczowym tonem. Najwidoczniej nic nadzwyczajnego dla Czarnych Panów. „Najstarszy chłopiec idzie z nami, reszcie darujemy życie.” A po chwili upartego milczenia i nieustępliwego już bezruchu: „Po chłopca przybędziemy ponownie gdy osiągnie wiek czternastu lat i ani dnia później”. I kropka. I jatka. Wyciągnięciem ręki oderwał Annie główkę, która potoczyła się jak piłeczka po parkiecie w salonie, zanim ktokolwiek zdążył zareagować. Bez dotyku. Bez szarpaniny. Bez protestów. Za szybko. Mały Chłopiec pomyślał, że to musieli być chyba jacyś czarodzieje. Skąd wiedział? Pierwsza zareagowała Rozalia. Pędem rzuciła się do pokoju Wiktora i zatrzasnęła drzwi. Nie poświęciła ciałku Anny ani minuty uwagi. Nie miała na to czasu- musiała ratować ostatnie zagrożone dziecko. Jak to zrobili? Dzisiaj już wie. Dopiero dzisiaj. Gdy Mały Chłopiec spojrzał znów przed siebie, jednego z Czarnych Panów już nie było. Zostało ich trzech. Wpatrywali się uparcie to w ojca, klęczącego teraz nad Anną, to w Chłopca, tkwiącego nadal przy fortepianie. Bał się Czarnych Panów, panicznie się ich bał. Lęk przed utratą braciszka był silny, lecz coś nie pozwalało mu stanąć w jego obronie. Czyjaś wola? Skąd wiedział? W następnej sekundzie usłyszał trzask łamanych drzwi, przeraźliwy krzyk matki i ciszę. Nie usłyszał Wiktora. Mały zawsze miał mocny sen, teraz też się nie obudził. Może i to dobrze? Nie wiedział.
* Mały Chłopiec siedzi w fotelu. Od minionych wydarzeń minęło dokładnie 20 lat. Ale dla niego to było wczoraj. To się dzieje co rok dnia 09 sierpnia. Dziś jest 10.08.1900 roku. A Mały Chłopiec wciąż ma 12 lat. Czas się zatrzymał, lecz nie dla jego ojca. Nadal mają pieniądze, nadal mają siebie. Ale nie mają już miłości, bo nie ma mamy Rozalii, która miała jej w tym domu najwięcej. Ojciec siedział w fotelu i czytał gazetę. Chyba będzie wojna, tak przynajmniej twierdził. Dobrze, że to powiedział- przynajmniej porozmawiają. To już nie były te dobre czasy. Mały Chłopiec chodził do szkoły, zamiast mieć prywatną guwernantkę, chociaż było ich na to stać. Ale nie, mieszkali w kamienicy czynszowej dlatego nie powinni się trzymać przestarzałej mody. Ludzie patrzą. Zresztą właśnie dlatego, że ludzie patrzą, Mały Chłopiec często przenosił się z ojcem, który mógł już spokojnie uchodzić za jego dziadka, z miejsca na miejsce. Bo był mały. Zawsze mały i tylko w różnych podstawówkach mógł oszukiwać zdrajcę czas. Jak to się stało, że po 20 latach wciąż jest mały? *
„Zabili Annę, Rozalio!” krzyczał zrozpaczony ojciec. Czarni Panowie poszli sobie równie szybko, jak się pojawili. Mały Chłopiec chciał powiedzieć ojcu, że przez rozpacz przegapił sekundę i mamy już nie ma, ale nie mógł powiedzieć nic. Opadł ciężko na podłogę, nie utrzymał się na wacianych nogach. Głowa była jakaś ciężka. Miliony myśli. „Zabiorą mnie gdy będę miał czternaście lat. Czyli za… dziesięć… cztery… czyli za cztery lata!” Rozrywający serce w strzępki szloch ojca, cisza domu, skowyt psa, huk myśli Małego Chłopca. „Skoro Czarni Panowie czarowali, to on chyba też by mógł. Poza tym, chcieli go. Zabili wszystkich, żeby go dostać, czyli jest cenny. Zabili wszystkich…” Ojciec nadal woła mamę. Mama nie żyje. Wiktor też. Tylko ja i on. Anna też nie żyje. I mama.. I mały Wiktor… Nie żartowali Czarni Panowie. Na pewno go chcą i zdobędą. Mały Chłopiec płacze. Krzyczy rozdzierająco. Dopiero teraz, gdy wszystko przemyślał. Guzik! Nie pozwoli, żeby Czarni Panowie go dostali. Nie pozwoli, żeby tu przyszli jeszcze raz i zabili ojca. Tylko on mu pozostał. Ale jak to zrobi? Musi nauczyć się czarować. Ojciec wstał. Cały we krwi idzie na górę. Mały Chłopiec już niemal słyszy jego krzyk. Nie ma na to sił. Wybiega przez otwarte drzwi. Gdzie te wszystkie służki? Pewnie uciekły. Albo zginęły najpierw, po cichu. Nie ma siły sprawdzać. Biegł. Kogo znał oprócz rodziny? Ciotkę Hannę. Ale ona jest stara i dziwna. Mówi, że czaruje, a mama wtedy zawsze na nią krzyczy, że nie przy dzieciach takie bzdury opowiadać. A jeśli ciocia Hanna naprawdę czaruje? Pójdzie tam. I poszedł. Szedł dwie godziny, bo ciocia Hanna mieszkała daleko. W sąsiedniej wsi. Ale dotarł. Ciocia Hanna piecze pyszne ciasteczka. Posłała też zaraz ludzi do domu ojca. Potrzebna mu była pomoc. Bardzo potrzebna. Mały Chłopiec zjadł ciasteczka i wypił lemoniadę. Ciocia Hanna siedziała tuż przy nim i trzymała jego maleńką dłoń w swej gładkiej, ciepłej dłoni i uśmiechała się pocieszająco. Mały Chłopiec spytał ją o czary. W pierwszej chwili roześmiała się sztucznie i zapewniła, że tak tylko robiła mamie Rozalii na złość, mówiąc, że potrafi czarować. Jednak po chwili upartego milczenia siostrzeńca i wzmiance o Czarnych Panach, ich wizycie, zapowiedzi i sposobie zabijania nagle zmieniła zdanie i z pełną powagą w pociemniałych oczach, przyznała, że mówiła prawdę i dlatego mama Rozalia tak się wściekała. „Rozalia, mówiła ciocia Hanna, zawsze bała się magii. Sama była zupełnie niemagiczna. Ktoś jednak musiał to potrafić w następnym pokoleniu. Ja nie mam dzieci, więc musiało to być dziecko Rozy. Tyle, że ona nie chciała stracić