Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

przyjazn · 12 min czytania

BAJKA O OLBRZYMACH

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

BAJKA O OLBRZYMACH

Tuż za siedmioma lasami, do których rodzice zabierali was na grzyby, tuż za siedmioma górami, z których z uśmiechem na ustach i rozgrzanymi policzkami zjeżdżaliście zimą na sankach, tuż za siedmioma wreszcie morzami, nad którymi spędzaliście swoje najpiękniejsze wakacje, istniała nigdy nie dostrzeżona przez ludzi Kraina. Położona w cieniu drzew i pośród cichego szemrania strumyków emanowała spokojem i dawała poczucie bezpieczeństwa wszystkim zamieszkującym je stworzeniom. Co rusz rozbrzmiewała odgłosami wylegującej się leniwie w słońcu natury. Niemal w samym jej środku, nieopodal piętrzącego się nad okolicą, wysokiego na kto wie ile metrów, przypominającego swoim kształtem śpiącą kobietę wzgórza, na świat przyszła czwórka małych olbrzymów. Pomarszczeni chłopcy o ziemistej cerze pojawili się jakby znikąd. Nie mogąc otworzyć zbyt wrażliwych wciąż oczu wiercili się nieporadnie w trawie, instynktownie poszukując mamy. Nie znaleźli jej jednak zarówno wtedy, jak i nigdy później. Być może nie było w olbrzymiej tradycji zwyczaju pielęgnowania młodych, a być może stało się coś strasznego. Co się wydarzyło nie wiedział nikt, pewnym jednak było, że przed niemowlakami w tej właśnie chwili rozpoczęła się największa przygoda ich życia – spotkanie ze światem twarzą w twarz. Mijały kolejne dni i noce. Słońce na przemian z księżycem doglądało, by nikt z ludzi nie odnalazł Krainy i nie zanieczyścił jej pradawnego piękna. Olbrzymy natomiast otworzyły wreszcie oczy i rozpoczęły przechadzkę po swoim nowym domu. Choć ich nogi, mimo młodego wieku, były ogromne i zbudowane jakby ze skały, nie potrafiły jeszcze dźwignąć reszty potężnego ciała. Nie żeby chłopcy nie próbowali. Co to, to nie. Nieustannie podejmowali ambitne próby wstania, kończące się jednak zawsze niekontrolowanymi piruetami i upadkami, wygniatającymi w miękkiej ziemi głębokie bruzdy. Swoją rozkoszną nieudolnością wzbudzali salwy śmiechu wśród przypatrujących się z góry ptaków i łzę wzruszenia u młodych saren bacznie obserwujących swoje młode wyczyniające podobne popisy. Nie zniechęcone niepowodzeniami olbrzymy jeden za drugim raczkowały dokoła, zataczając coraz to większe kręgi aż dotarły do maleńkiego stawu. Jak za dotknięciem magicznej różdżki pochyliły jednocześnie głowy nad taflą wody i z zaciekawieniem wpatrywały się we własne odbicia. W nieruchomej toni ujrzały cztery szerokie, złożone z mieszaniny piasku, gliny i kamieni twarze, których brunatne oblicze rozjaśniały porastające czubek głowy rzadkie, zielone włosy oraz duże, jasne i pełne niewytłumaczalnego ciepła oczy. Chłopcy nie mogli się nadziwić. Jeden z nich spróbował nawet dotknąć swojej podobizny, jednak wystraszył się i natychmiast wyciągnął dłoń z lodowatej wody. Po gładkiej jak lustro powierzchni stawu nieśmiało przebiegły fale a razem z nimi zerwał się wiatr. Choć całe zdarzenie nie trwało dłużej niż kilka sekund olbrzymy ze strachu zamknęły oczy. Gdy znowu je otworzyły nad swoimi odbiciami na spokojnej i gładkiej jak lustro powierzchni stawu dostrzegły delikatne kształty układające się w słowa: Onufry, Fryderyk, Alfred i Jerzy. Zdarzenie to jednak nie przykuło uwagi chłopców i wkrótce po nim ruszyli dalej odkrywać nie poznane zakątki cudnej Krainy. Już wkrótce nauczyli się chodzić i ze sposobności tej korzystali najczęściej jak to tylko było możliwe. Nie istniał zakątek, w którym nie goniliby się, nie taplali w błocie, czy nie rzucali do celu owocami. Odwiedzili nawet miejsca, do których dochodził cichy szum ludzkiej egzystencji, a przed którymi to miejscami tak ostrzegały ich wszystkie zwierzęta. Rośli w zastraszającym tempie i niespełna rok po urodzeniu sięgali ponad korony najwyższych nawet drzew. Szybko zaprzyjaźnili się z pozostałymi mieszkańcami Krainy. Nie tylko dlatego, że mieli dobre serca i czyste dusze, ale również dlatego, że jako najsilniejsi nigdy nie odmówili pomocy nikomu, kto by jej potrzebował. Nawet ptakom, które nieraz bujając wysoko w obłokach, nie dostrzegając olbrzymów zapaskudziły ich głowy, za co później żarliwie przepraszały. Czy jednak zaprzyjaźniły się z naprawdę wszystkimi mieszkańcami? Zdarzyło się razu pewnego, że po ciężkim dniu, w którym Onufry, Fryderyk, Alfred i Jerzy jak zwykle beztrosko całe przedpołudnie hasali po łąkach i zagajnikach, po czym naznosili gałęzi na gniazda dla tysiąca skrzekliwych jaskółek, niezmiernie zachciało im się spać. Położyli się blisko siebie w trawie i w ostatnich blaskach słońca usnęli. Poza drobnym incydentem, gdy Jerzemu śniło się że wdrapuje się na największą górę świata ich sen był głęboki i nieprzerwany, a noc spokojna i nie zwiastująca kłopotów. Jerzego zresztą także udało się poskromić. Onufry, nie budząc nawet stąpającego po nim brata, strząsnął go jednym głębokim wdechem powietrza do klatki piersiowej. Najdziwniejsze miało jednak dopiero nadejść. Obudziło ich delikatne łaskotanie w swojej uciążliwości nieco przypominające poranne brzęczenie muchy. Kiedy Alfred spróbował ręką strzepnąć z siebie intruza i powoli podniósł się z wygniecionej trawy dookoła olbrzymów rozległ się nieprzenikniony wrzask tysięcy cieniutkich głosików. Pozostali bracia zerwali się i spostrzegli na sobie maleńkie istoty o dziwacznych twarzach pokrytych jasnożółtą sierścią, spiczastych uszach i mocno nasuniętych na nie czapkach z liści, delikatnie szczypiące ich ciała. Maluchy rozpierzchły się natychmiast z wrzaskiem po okolicznych zaroślach, jednak olbrzymom udało się schwytać jednego z nich. - Kim jesteście? – zapytał spokojnie Alfred przeciągając się i ziewając jednocześnie. - Jesteśmy Troblesy. – wyjąknął ze strachem jeden z maluchów. - Co takiego? Nie znam was. – olbrzym z zadziwieniem przyglądał się machającemu krótkimi nóżkami nieproszonemu gościowi. - Nie znasz nas? Kim ty jesteś? – nabrał nieco śmiałości Trobles. - Znaleźliśmy żyzną glebę.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
BAJKA O OLBRZYMACH — czytnik · opowiadania