Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 18 min czytania

Bajka o pięknym Królewiczu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

BAJKA O PIĘKNYM KRÓLEWICZU

W dawnych czasach, kiedy Słońce było bogiem a narkotyki nie były nielegalne żył sobie Piękny Królewicz Pedro. Miał długie pekaesy i 40 w bicepsie. Władał ogromnym nadmorskim królestwem Menelandii. Mieszkał w wielkim pałacu, cały dzień żłopał drinki z parasolkami i wylegiwał się na leżaku, a na skinienie palcem gorące Szwedki w bikini podawały mu winogronko. Królewicz Pedro miał też piękną czerwoną bryczkę zaprzężoną w 120 dorodnych koni. Była to najkonkretniejsza bryczka w całym królestwie i specjalny niewolnik o zielonej twarzy trolla z bagien, którego Królewicz nazywał Czerstwy, dbał o jej czystość, a szczególnie o nieskazitelność chromu na jej błyszczących lusterkach. Niewolnik spełniał swoje obowiązki z ochotą graniczącą z zachwytem. Czasem gładził czule karoserię bryczki i gdy się podeszło do niego bliżej słychać było jak półgłosem mówi ,,my precious...” Pewnego dnia Królewicz leżał sobie na swoim leżaku a Czerstwy pucował bryczkę, gdy nagle nadleciał gołąb i narobił prosto na niewolnika. Królewicz zawył ze śmiechu i trzymając się za brzuch aż spadł z leżaka. Ale okazało się że odrobina kloca gołębia odprysnęła na szybę bryczki. Królewicz przestał się śmiać. Wstał i władczym tonem rzekł do najbliższej Szwedki w bikini: - Podaj mi strzelbę kobieto! Szwedka migiem spełniła polecenie. Królewicz złożył się do strzału, wycelował w gołębia, który krążył nad pałacem. Wystrzelił. Z trafionego (oczywiście Królewicz nie mógł nie trafić bo był najlepszym strzelcem na świecie) gołębia posypało się pierze. Kawałek jego nogi doleciał aż do stóp Królewicza. Szwedki w bikini biły brawo i piszczały radośnie, a Pedro podniósł nogę gołębia i zauważył że coś jest do niej przyczepione. Okazało się że jest to kartka z wiadomością. Królewicz odpiął ją i rozwinął. Treść była następująca:

„Pomocy!!! Jestem niebieskooką Blond Królewną uwięzioną w wieży Kawał Drogi Stąd. Uwięził mnie tam Zły Czarnoksiężnik, któremu odmówiłam upieczenia ciasta. Do kogokolwiek trafi ten list, proszę o pomoc. Obiecuję że jeśli mnie stąd uwolnisz upiekę Ci pyszną szarlotkę. Blond Królewna P.S. Proszę również, zaopiekuj się moim gołąbkiem. Jest moim przyjacielem i nie zniosłabym gdyby mu się coś stało.”

Królewicz zadumał się nad kartką. - Lipa z tym gołębiem – powiedział Pedro i ponieważ był powszechnie znany ze swojej wrażliwości dodał – ale kobita potrzebuje pomocy, to trzeba jechać... Czerstwy, gotuj bryczkę!!! - Yes... my lord – odparł Czerstwy, który z niewiadomych powodów często mawiał po angielsku. Pięć minut później Królewicz był gotowy do drogi. Jak wiadomo wieża Kawał Drogi Stąd była kawał drogi stąd. Żeby tam dotrzeć trzeba było przebyć 6 wysp oddzielonych od siebie niebezpiecznymi wodami pełnymi rekinów. Ale dla Królewicza nie było to nic strasznego, ponieważ był najdzielniejszy ze wszystkich najdzielniejszych i żadne niebezpieczeństwo go nie przerażało. Podszedł bo bryczki z którą Czerstwy ze łzami w oczach żegnał się właśnie słowami „don’t worry, we will be together... soon” i upomniał niewolnika -Spierdalaj! Czerstwy ze strachem w oczach odkuśtykał na bok w sposób który można opisać jako połączenie biegu szympansa i kroku Quasimodo. Nikogo to nie zdziwiło ponieważ on zawsze tak chodził. Pedro wsiadł do bryczki i żegnany przez tłum gorących Szwedek w bikini, z rżeniem 120 koni, ruszył w drogę. Dotarcie nad morze nie zajęło mu wiele czasu, ponieważ 120 rączych koni wypielęgnowanych przez czułego niewolnika Czerstwego niosło go szybko do celu. Królewicz zatrzymał się na plaży, gdzie na horyzoncie widać było zarys pierwszej wyspy z sześciu dzielących go od Blond Królewny. Ale jak do dotrzeć do tej wyspy? Pedro uznał że najlepszym i najprostszym sposobem będzie po prostu przeskoczenie na nią bryczką. Jak pomyślał tak zrobił. Cofnął bryczkę dla rozbiegu, konie ruszyły z kopyta, nabrały prędkości jakiej jeszcze nie osiągnął żaden śmiertelnik i wybiły się ku wyspie z klifu nad brzegiem morza. Leciały kawał czasu, a Królewicz podziwiał w międzyczasie widoki. Ani chwilę nie bał się że spadnie ufny w moc swych 120 rumaków. Wyspa się zbliżała bardzo szybko, aż w końcu nastąpił moment lądowania. Na polance w środku wyspy. Bryczka walnęła mocno, ale nic jej się nie stało ponieważ miała bardzo mocną konstrukcję, natomiast konie zerwały się z zaprzęgu i rozbiegły się po całej wyspie. Gdy chwilę później Pedro ochłonął po locie rozejrzał się dookoła - Wyłapię je potem – powiedział patrząc za końmi – a teraz, jak dotrzeć na kolejną wyspę? Obszedł wysepkę dookoła, siadł na kamieniu i zaczął myśleć. Nie trwało to zbyt długo gdyż Pedro był cwany jak cholera i sypał pomysłami jak z rękawa. Kwestia tylko w wybraniu tego najlepszego. Wyjął nóż z kieszeni i ściął kilka gałęzi z drzew porastających obficie wyspę. Ściął też sporo trzciny znad brzegu. Siadł po turecku obok góry trzciny i starym sposobem Eskimosów zaczął ją cierpliwie przeżuwać, tak żeby wyodrębnić włókna. Wiedział że z odpowiednio spreparowanego i splecionego włókna trzciny można zrobić tkaninę i sznurek. Gdy... duuużo czasu później... miał już odpowiednią ilość włókna, utkał z niego za pomocą samodzielnie wymyślonych narzędzi najpierw odpowiednią ilość sznurka a potem tkaniny. Następnie zbudował z gałęzi połączonych sznurkiem szkielet lotni i doczepił skrzydło z tkaniny. Rozpędził się nad brzegiem wyspy i ... poszybował w stronę następnej. Lotnia poniosła go po bezchmurnym niebie ku następnemu etapowi jego wędrówki. Szybował dumając o szarlotce którą upiecze mu Królewna gdy już ją uwolni. Wylądował na kolejnej wyspie, kamienistej jak jasna cholera, rozbijając lotnię w drobny mak. Nic mu się jednak nie stało gdyż był gruntownie przeszkolony w technikach kaskaderskich. Wstał więc i otrzepał piach ze spodni. Szczątki lotni w postaci drzazg i strzępków tkaniny leżały wokół niego. - I co teraz? – powiedział rozglądając się dookoła. Wyspa przypominała kopiec kreta i była zbudowana w całości z kamieni. Gdzieniegdzie rosły kępki trawy stanowiąc smętny obraz bezsilności życia w tej martwej okolicy. Wiatr nie powstrzymywany przez żadne przeszkody terenowe hulał dookoła zwiewając powoli do morza pozostałości po lotni Królewicza Pedro. - Nie ma rady, trzeba się stąd wydostać – podsumował podnosząc pierwszy z brzegu kamień i rzucając go do morza. Potem wziął drugi i też go rzucił. I następny, i następny... Grobla na następną wyspę powoli rosła. Dużo czasu i wiele ton kamieni później następna wyspa pojawiła się w zasięgu wzroku. Królewicz zmotywowany tym widokiem zdwoił wysiłki. Żywiąc się kalmarami i śpiąc na łóżku z trawy spędzał na pracy dzień za dniem. W końcu dotarł na miejsce przeznaczenia – na 3 wyspę. Trzecia wyspa okazała się zamieszkana. Królewicz zszedł ze zbudowanej przez siebie grobli i po krótkim marszu przez pustkowie znalazł się w małym nadmorskim miasteczku. Składało się ono z kilkunastu domów, niekiedy piętrowych skupionych wokół małego portu w którym na falach kiwało się na sumach parę rybackich kutrów. Dookoła na brzegu widać było porozwieszane na żerdziach suszące się sieci. Obok portu stał niewielki budynek z wypłowiałym, ale zachęcającym napisem ,,BAR”. Po długim pobycie na pustkowiu spragniony Królewicz wszedł do knajpy. W środku siedziała banda ruskich wyglądających jakby wczoraj skończyli odsiadywać ciężkie wyroki. Wszyscy pili wódkę czerpakami z wiader. Pedro zamówił to co wszyscy, siadł przy stoliku z własnym wiadrem i czerpakiem i zaczął pić. Niedługo później podeszła do niego najgroźniej wyglądająca ekipa w całej knajpie i usiadła przy jego stoliku. Siedzący naprzeciwko ruski z twarzą jak tatarskie siodło powiedział: - Zdrastwuj. Mamy tu taką zasadę, że jak tylko przyjdzie ktoś nowy i zacznie jak my pić wódkę czerpakiem, musi przepić jednego z nas. Jeśli mu się nie uda to obcinamy mu jaja tępym nożem do obierania kartofli i każemy mu je zjeść. A tak się złożyło że pijesz wódkę czerpakiem i jesteś tu pierwszy raz... Królewicz, któremu nigdy nie brakowało pewności siebie, rozejrzał się po zakazanych mordach dookoła które wszystkie były obrócone w jego stronę i odpowiedział ruskiemu, który aktualnie grzebał sobie nożem w szczątkach zębów - Zdrastwuj zacny ruski towarzyszu. Szanuję wasze zasady. Musicie wiedzieć że u mnie, w królestwie Menelandii, nie ma mocniejszego łba ode mnie więc... który z was ma odwagę ze mną stanąć do walki? - Tak się składa że tutaj ja, Borys, jestem najmocniejszy – rzekł ruski z twarzą jak tatarskie siodło siedzący naprzeciwko niego – to pijemy... Więc siedli i pili... Zanim zaczęło być ciężko, każdy wypił 3 wiadra. Z każdym następnym czerpakiem ruska hałastra patrzyła na Borysa i Królewicza Pedro rosnącym podziwem. W

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bajka o pięknym Królewiczu — czytnik · opowiadania