Komedia · 11 min czytania
Bajka o siłaczu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Aneta Starczewska & Paweł Grochowalski "Bajka o siłaczu"
Dawno, dawno temu, a może całkiem niedawno, za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma..., a może tuż koło nas, zupełnie blisko jak przypuszczam, żył sobie król... a może żebrak? Na początku nie był on ani królem, ani żebrakiem... W zasadzie trudno stwierdzić kim był! Nie wiadomo skąd pochodził, gdzie mieszkał, czy miał rodzinę i takie tam różne dane osobowe. Oczywiście nie możemy tego wiedzieć, gdyż czarownica nazywająca siebie Ustawą o Ochronie Danych Osobowych wymazała wszystkie dostępne wiadomości na jego temat, żeby różni miejscowi handlarze nie mogli posyłać mu do domu (a może do pałacu? - to nie jest takie istotne) próbek swoich towarów i nastoletnich Reklamówek, które pokazywały te towary i nie tylko. A wszystko to było okraszone podtekstami erotycznymi. A fuj...!!! Całe szczęście, że czarownicy nie udało się dotrzeć do wszystkich zapisów. Zachowała się jedna legenda, w której występuje nasz nieokreślony bohater. Nazwijmy go, dajmy na to Amber. Dlaczego Amber? No cóż, imię dobre jak i każde inne, a do tego z początku alfabetu, żeby łatwiej było zapamiętać. I w tym miejscu zaczyna się opowieść. Amber był z pozoru przeciętnym zjadaczem chleba. Mieszkał tam, gdzie i inni mieszkańcy jego kraju, tzn. w miastach albo wioskach, albo i gdzie indziej, w lesie chociażby... Robił to, co i oni, żeby przeżyć oczywiście, czyli inaczej związać koniec z końcem. A musiał robić bardzo dużo, gdyż kraj nie należał do najbogatszych. No, bo nie mógł należeć, gdy wszyscy chcieli tylko żreć, dużo żreć, bardzo dużo żreć, bardzo bardzo dużo... Do pewnego dnia był niewidzialny. "Niewidzialny" powiedziałem? Hmm... Noo... too... znaczy... To znaczy, że nie widzieli go żadni porządni ludzie, którzy kształtują opinię publiczną, oczywiście! Noo, to są cii, eee... O! Poeci, gawędziarze, skrybowie, Koszałki Opałki, bajkopisarze, kronikarze anonimowi zazwyczaj, gdyż jak coś będzie nie tak, to żeby nie było wiadomo, kto to napisał i różni tacy tam. A nawet takie zapomniane już stworzenia jak "dziennikarze"! No więc pewnego dnia... Zbliżał się dzień Wielkiej Majówki, tzw. Wielki Weekend Wolny Od Pracy. Władze kraju, w którym Amber miał nieszczęście przebywać przez większą część swojego życia, ogłosiły konkurs na najsilniejszego człowieka. Był to uświęcony tradycją sposób na wybranie nowego władcy kraju, nazywany jakoś tak - "Wolna Erekcja" czy podobnie. Tak się jakoś złożyło, że król biedaczysko, mimo że starał się dwadzieścia i pięć lat, nie zostawił żadnego męskiego potomka. A zmarł sobie nagle, zostawiając problem następstwa tronu Radzie Królewskiej i dziesięciu córkom, z których każda chciała być królową. Wracając do zawodów, to każdy uczestnik mógł zaprezentować dowolną technikę wykazania swojej siły. Nastał zatem dzień zwycięzców i przegranych. Zjechali się najtężsi siłacze o nieproporcjonalnie wielkich bicepsach i maleńkich móżdżkach, wystarczających jednak do kierowania całą tą górą mięśni. Każdy prężył się, wyginał. Była to orgia bicepsów, tricepsów i innych psów. Nagle Główny Prowodyr festynu podniósł ręce do góry, uciszając morze białka przed sobą na arenie i rzekł: - Ten, który z was wykaże się siłą nad siłami, zostanie królem nad królami!!! Odpowiedział mu gromki okrzyk porażając wszystkich widzów jak ryk nisko przelatujących odrzutowych smoków z Gór Zwalistych. Siłacze przystąpili zatem do gigantycznych bloków skalnych, kloców dębowych, ołowianych kul i innych ciężkich przedmiotów, m. in. żony burmistrza miasta stołecznego. Nazywało się ono tak, gdyż na rynku głównym wznosił się ogromny stół, przy którym, zgodnie z tradycją król przyjmował całą elitę państwa na trzyrocznej (tzn. co trzy lata) uczcie dobroczynnej, po której odchodził z urzędu z torbami i do śmierci spłacał koszty uczty stołecznym gastronomom, restauratorom, barmanom, pubistom i innym garkożercom i garkorobom. Siłacze z mozołem podnosili ciężary. Konkurencja tegoś roku była tęga. Zaczęto już sięgać po coraz wyszukańsze ciężary. A to cały wóz ze słomą i czterema wołami na dokładkę, a to dwa wozy płótna najznamienitszego plus trzeci wóz rudy żelaza. Już, już miano wyłonić najlepszego, największego siłacza, gdy wtem na środku areny stanął Amber i rzekł: - Chciałbym przyznać- wam rację wyboru i cieszyć- się ze zwycięstwa najsilniejszego, lecz nie mogę, nie mogę po prostu i już! O jak nie mogę! O jakbym mógł tak móc, jak nie mogę!!! No nie mogę, gdyż nie byłbym w porządku w stosunku do siebie i do was. Jestem w stanie udowodnić- , że żaden z was nie jest tak silny jak ja!!! Nastała wielka cisza... Wszyscy obecni na zawodach zapowietrzyli się. Powietrze z niedowierzania zatrzymało się w górnych drogach oddechowych, tak że mało brakowało, a wszyscy byliby się udusili i Amber faktycznie wygrałby zawody przez fizyczną eliminację zawodników. Na szczęście nie doszło do apokalipsy. Ktoś z tłumu nie mogąc dłużej wytrzymać łaskotania krtani od wewnątrz przez zdziwione powietrze, wyrzucił je w nagłym wybuchu śmiechu. W jego ślady poszedł następny i jeszcze jeden. Po chwili śmiało się już dziesięciu. Aż wreszcie