Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Historia · 12 min czytania

Bajka o synu Opatrzności

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Podejdźcie no, baję Wam opowiem. A powiadam, dziwna to będzie historia, podejdźcie, słuchajcie! Opowiem Wam baję.

Niezbyt daleko, na halach gór, żył pewien młodzieniec. Nie było to dawno, może nawet komuś z Was wróble go przedstawiły. Ten młody człowiek był pasterzem. Był wtedy niewiele młodszy od większości z Was i każda z dzierlatek wzdychała do niego ciężkimi nocami. Posturą swoją dawał do zrozumienia, że jego niebieskie oczy wiele widziały, zaś ze skóry, okrytej znoszonym, umorusanym trawą i błotem ubraniem, czytać można było jak z księgi. Włosy, nieznacznie ciemniejsze od owczej wełny, lśniły jak białe złoto w promieniach wschodzącego słońca. Zaiste, klejnotem był swych pastwisk. Ale to nie będzie opowieść o nim.

Mimo swojego zawodu, chłopiec ten nie był pustelnikiem. Często, pilnując owiec, zapraszał którąś z wiejskich panien, a one, zauroczone bliskością gwiazd i nieba, nie zwykły były odmawiać. Ciekawe to były noce. Żadna z utęsknieniem nie wyglądała brzasku, zanurzona w cudnych opowieściach albo w głębokiej trawie. Jedną z nich jednak pasterz upatrzył sobie najmilej. Tęga córka młynarza, grzeszyła uśmiechem i nadobnym ciałem, które każdą drobiną świadczyło o jej statusie na wsi. Jej pełną, okrągłą buzię zdobną w zdrowe rumieńce okalała korona z długich płowych włosów, zebranych w tłusty warkocz. Rozkoszny widok dopełniały pulchne ręce i nogi wstydliwie wystające z białej sukni za niejedną sztukę złota, dokładnie wypełnionej przez jej dorodne ciało. Nie wiedziała co to bieda. Była księżniczką na młyńskim kole swataną z księciem pobliskich pastwisk. Nie było młódki, która nie chciałaby być na jej miejscu. Ale też nie jej będzie ta historia.

Opowieść zaczyna się w dniu, w którym książe biorąc na świadka Drzewo całuje swą brzuchatą wybrankę. Ach ślicznie wyglądała w lnianej sukni, prawie jak księżniczka! Wykrochmalone płótno sztywno okrywało jej drobne ciało, a sznurki niezawiązanego gorsetu opadały na kościste pośladki. Na głęboko osadzone oczy opadały cienkie kosmyki rzadkich brązowych włosów. Pan młody, z twarzą napuchniętą od bimbru, chwiał się nieznacznie u jej boku, ubrany w sfatygowane lniane ubranie. Mężczyźni już dawno leżeli w trawie, napastując pijacko przybyłe panie. Nikt nie okazywał większego zainteresowania ceremonią, gdy przed oblicze drzewa wytoczyli się ojcowie młodej pary. Z misy wydrążonej w pniu zaczerpnęli garść czarnego błota cuchnącego alkoholem i dobrze nawożoną ziemią. Ojciec dziewczyny potężną rękę wklepał błoto w pierś zięcia. Teść panny, z lubieżnym uśmiechem, starannie wcierał maź w niewydatny biust dziewczyny. Łza przetoczyła się po jej policzku.

W tym czasie, w Stolicy, dziecko zrodzone z najpiękniejszej miłości znowu uciekało przed kaprawym okiem swojej matki. Mąż młynarczykowej nie zwracał nigdy zbytniej uwagi na jamę, którą odważnie nazywał domem, pochłonięty całkowicie zagadką pobliskich ruin. Chłopcu zdawało się, że rany i siniaki nie goiły się przez ten cały czas. Zawsze, kiedy jego ojciec wracał pijany z karczmy chował się za szafą. Mężczyzna zwykł wtaczać się ciężko do pomieszczenia, obwieszczając wszystkim, iż jest najpotężniejszym z śmiałków. Wymachiwanie kijem, mające potwierdzić jego słowa, na ogół sprowadzało się do obicia gnatów wszystkiemu, co weszło mu w drogę. Nie jeden raz trzaskały kości, ale to nic. Bywało, że szmaty zalegające na posadzce oglądały trzewia jego synów. Nie szkodzi. Ściany często trzęsły się pod wrażeniem łez, kiedy półprzytomny, zamykał się z żoną lub jedną z córek. Nikt nie patrzył. Dopiero wtedy chłopiec oddychał z ulgą. To była cudowna okazja, wyobraźcie sobie tylko. Mógł pałętać się wreszcie po ciemnych uliczkach rozbijając kamieniami szyby mijanych wystaw. Wiele cieni miało zwyczaj pełzać między cuchnącymi uryną kamienicami. Bezpańskie potomstwo, włóczyło się między przechodniami polując na sute sakiewki lub żebrząc o kawałek chleba. Skomlenie to wymieszane z ujadaniem zdziczałych psów i nieludzkimi wrzaskami obijanych dzieciaków szczelnie wypełniał ciasne, szare uliczki. Gdzieniegdzie koła kupieckich wozów rozcierały po bruku końskie łajno z resztkami stratowanego przez kopyta bachora, w innym miejscu jeszcze ciepłe zwłoki łapczywie pożerały szczury. Miasto tętniło brudnym, cuchnącym życiem, w które to z taką lubością zanurzał się syn córki młynarza. Nie wyglądał on na niezwykłego chłopca, o nie. Był raczej drobnej budowy, co dodatkowo podkreślały wystające kości, często krzywo pozrastane. Głód zostawił mu nie tylko chorobliwie zapadnięty brzuch. W jego oczach skrzyło się coś, co upodobniało go do dzikiego zwierzęcia. Iskry nienasycenia, które każdy z Was może znaleźć w oczach szaleńca. Chłopiec, przeraźliwie chudy, był niemalże łysy. Resztki jego jasnych tłustych włosów sklejały strupy i skrzepy, zaś czarne kopułki krwi znaczące miejsca po owadzich pogryzieniach ledwo wystawały spod grubej warstwy błota i odchodów. Mimo wszystko, nie wyróżniało go to niczym od rówieśników. Może był nieco bardziej brudny i zaniedbany niż inne dzieci, jednak, powiedzcie sami, czy to ma znaczenie w takim mieście? Był i tak tylko jednym z wielu zawszawionych cieni na ulicy.

Nie wiadomo, dlaczego akurat tego dnia Gwiazda postanowiła się uśmiechnąć do bękarta. Nie wiem także, czy naprawdę był to uśmiech, czy może raczej obnażenie spróchniałych zębów. Niemniej myślę, że prędzej czy później ktoś wykręciłby szczeniakowi rękę grożącą kolejnej witrynie. Dźwięczne skomlenie kolejnej wybitej szyby wróżyło niebagatelne zmiany. Chłopiec nie wrócił już tego dnia do domu. Następnego nie pamiętał już, że kiedykolwiek go miał.

Powinien stracić rękę, o tak, tak się powinno karać małych wandali. Batogi na rynku zdawały się być kolejnym podarunkiem od Opatrzności. Niewielu zwracało uwagę na płaczliwe krzyki bachora, chociaż paru rzuciło pomysł,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%