Biografia · 22 min czytania
Bajka o zapachu seledynowym
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 4
Słychać pierwsze nuty pozytywkowego "Dla Elizy". Cala sala kobiet zamieniła się w pudełko pełne porcelanowych lalek obracających się w rytm pozytywki. Nie miały baletek ani przykrótkich spódniczek jak po własnych córkach, ale to wyglądało pięknie.
Skończyły taniec w zgaszonym świetle. Nieżywe kamienie ciał leżały porozrzucane po podłodze. W powietrzu unosił się słodkawy zapach żurawiny. A my leżałyśmy na wpół-martwe, na wpół-zmartwychwstałe.
***
Widziałam w tramwaju starszego pana który, kiedy się uśmiechał, miał w policzkach dołeczki. W tym jednym momencie, kiedy jego kąciki ust szły ku górze, można było zobaczyć cień tego, jak wyglądał, kiedy był młody.
***
Uwielbiam jeździć metrem, ale najpierw zbiegać po metalowych schodach (najlepiej w butach bez fleków, bo wtedy się tak pięknie stuka blaszanym dźwiękiem - jak łyżką w metalową miskę).
***
"Psycholodzy twierdzą, że nie należy wybierać się na zakupy do spożywczego, kiedy jest się głodnym. Wszystko wtedy wydaje się smakowite i kupujemy, kierując się wyłącznie impulsem. Prażona kukurydza, ostrygi... to nie ma żadnego znaczenia, bo twój brzuch mówi "tak" na wszystko, nie zwracając uwagi, czy jest to logiczne, odżywcze, czy po prostu zapycha żołądek. Spotkałam Petera, kiedy byłam głodna, więc wydawał mi się prawdziwą ucztą."
Część 22 / 4
Jak często, kierowani głodem, wybieramy jedynie to, co zapycha żołądek. Czasem trzeba się zadowolić słodka deserową czekoladką zamiast porządnego posiłku, która nie syci, ale pozostawia na języku słodki smak przez kilka chwil.
***
Wyobraź sobie słoneczne popołudnie. Wchodzimy gdzieś w boczną uliczkę Mediolanu. Jakaś pani krzywi się, bo pies ciągnie ją w stronę parkingu, ktoś kupuje lody i moneta wypada mu na chodnik, stare znajome plotkują skrzekliwym włoskim na rogu ulicy, piekarz stoi w drzwiach piekarni w oczekiwaniu na klientów. Gdzieś w tej scenerii jakaś nienajniższa dziewczynka przebiega przez rozłożony z białych pasów dywan na ulicy, a potem obraca się do drugiej z uśmiechem - nie takim z kartek imieninowych, nie takim w podziękowaniu za prezent, choć się on wcale nie podoba, ale żywym! Tak, jakby przed chwilą dostała ulubioną zabawkę na gwiazdkę, jakby spotkała kogoś, kto dołoży swoją połowę radości do jej połowy i wypatrzyła 50% przeceny na najśliczniejszą sukienkę! Ulica byla sceną, a ona, tancerka - motylem, powietrzem zaczepionym o dachy budynków. Roześmiana, pląsająca wesoło po chodniku, śpiewająca bez najmniejszego skrępowania i obracająca się co chwila dookoła własnej osi pasuje do szarej sceny pomiędzy ruchliwymi ulicami jak Lily Allen w balowej sukni do adidasów, które ma na sobie i brudnego miasta, przez które idzie podskakując co dwa kroki.
Życie potrafi być filmem, videoklipem, snem, marzeniem, obrazem, jeśli tylko masz odwagę wyrzucić skrępowanie i wznieść dłonie wysoko, szarpiąc łobuzerko za chmury - próbując złapać wszystko, co tylko zechcesz, zobaczyć to, co zachwyca swoim pięknem, niezwykłością, egzotyką kolorowych rybek, siłą dominanty czerwieni latawca nad błękitem nieba, delikatnością japońskich drzewek wiśniowych. Kiedy wróciłyśmy do domu usłyszałam: ludzie się na ciebie patrzyli.
Hm, jakiś problem?
***
Kiedyś ktoś powiedział mi: prawdziwa miłość nie istnieje. Odpowiedziałam: popatrz na staruszków trzymających się za ręce - uwierzysz. Widziałam dziś właśnie takich staruszków. Nieśli po jednej reklamówce zakupów. On szedł o lasce, a Ona wspierała się na jego ramieniu. Co jakiś czas jedno zatrzymywało się, żeby zaczekać aż drugie złapie oddech. I szli tak przez ulice. Bardzo powoli - tak, jakby wiedzieli, że nie ważna jest droga ani czas, ale to, że idą razem.
Jest tu tyle starszych ludzi. U nas o wystrojonej, eleganckiej babci mówiono by - wariatka. Babcie muszą mieć białe albo przynajmniej siwe włosy upięte w niedbały koczek, chodzić zaniedbane i zgarbione - najlepiej z laska i w okularach. Tu starsze panie z godnością przechodzą przez ulicę. Mają złote kolczyki w rozciągniętych płatkach uszu. Niektóre wykreślają na czołach groteskowe, geometryczne brwi. W największy upał chadzają w atłasowych rękawiczkach.
Część 33 / 4
Jechałyśmy tramwajem, kiedy powiedziała mi: nie wyobrażam sobie tego, że mogłabym być taką babcia. Nie mogę uwierzyć w to, że mogłabym być stara. To więcej niż pewne, że wszyscy się kiedyś zestarzejemy. Często wracając sama do domu myślałam o tym co będą widzieć moje oczy, kiedy będę ledwo odróżniać różowy od czerwonego, kiedy będę stara i pomarszczona. Kiedy z moich nóg zostaną drobne kosteczki ledwo obleczone skórą albo przeciwnie - nogi mi spuchną i będą boleć wieczorami, po ściągnięciu ciasnych butów - co będę wtedy myśleć o tym, że przejmowałam się w młodości jakimiś nicnieznaczącymi drobiazgami? I jak będą czuli się wtedy ci, którzy kiedyś prześladowali mnie, pisali teksty pełne zazdrości i jadu, a którzy, jak ja, będą już wtedy starzy? Kiedy chciałam nabrać dystansu do tego, co działo się wokół mnie lub do tego, co zostawiłam na 5 tygodni w Polsce myślałam o tym jak na to popatrzę, kiedy będę już bardzo stara. Czasem to pomagało. A czasem nie.
***
Wysiadłam na przystanku, kiedy jakaś spora rodzina z walizkami, torbami i siatkami wsiadała do tramwaju. Z torby wysypały się zabawki. Drzwi tramwaju zamknęły się. Odjechał. A przy trawniku, pod wielkim baldachimem dachu przystanku, został malutki, plastikowy domek z żółtymi ścianami i różowym dachem. Porzucone dzieciństwo.
***
"Lata temu, kiedy spotkałam go po raz pierwszy, uznałam jego "postawę" za naiwność, ale nie miałam racji. To był zdrowy, wspaniale niewinny zmysł cudowności. Dla Daniela Jamesa życie było cudowne - albo przynajmniej pełne cudów. Spoglądał na składowisko złomu i dreszczem przejmowało go magiczne bogactwo kolorów. Kiedy szturchał mnie, żebym też spojrzała, widziałam tylko składowisko złomu. Ani ładne, ani brzydkie, po prostu składowisko. Jednak jego zachwyt nie był denerwujący czy też specjalnie zaraźliwy. Najczęściej był zupełnie niezauważalny do chwili, gdy nie spojrzało się na Danka, dostrzegając lekki, rozanielony uśmiech na jego twarzy i wpatrzone w coś łagodne, brązowe oczy"
Kiedyś długo patrzyłam na krzak róży oplatający latarnie. Aż w końcu z domku, przed którym stała latarnia, wyszedł niski człowieczek z siwymi włosami i jak czarodziej wprowadzający w bajkę - zaczął opowiadać o tym jak to było, gdy zasadził krzak. Były przymrozki i myślał, że już nic z tej roślinki nie będzie. A jednak przetrwała. Warunki zewnętrzne są zmienne - czasem przyjdzie taki wiatr, który powali Cię na kolana. Zniszczą Cię naprzemienne deszcze i susze. I nawet będąc niemym, głuchym i bezradnym w bólu trzeba trzymać głowę w górze - bo tylko wtedy ktoś zobaczy między połamanymi gałęziami różę i podleje ją.
W pierwsze dni, kiedy byłam w Mediolanie nie robiłam zdjęć sobie, zabytkom ani wystawom markowych sklepów. Fotografowałam nasze małe, wewnętrzne podwórko. Wypatrywałam ludzi. Sfotografowalam parę staruszków - Panią wchodząca do klatki za Panem, dziecko schylające się po zabawkę, cień barierki na balkonie, rdzę na posadzce. Sąsiedzi z góry wywieszali zawsze poszewkę od kołdry tak, że machała rogami znad naszego balkonu. Kiedy wiał wiatr - wyglądała tak, jakby tańczyła, jakby chciała się oderwać od sznurka i lecieć. Schwytany w siatkę motyl. Niemal każdy budynek miał taras pełen roślin na dachu. Ponad hałasem ulicy pięły się liście i kwiaty, opadały po barierkach zwieszając głowy ku oglądającym je z dołu. To właśnie takie zdjęcia - niezaplanowane, zrobione wraz z danym momentem, przypominają mi o ulotności chwili. Czasem kilka minut później wiatr przestawał wiać i poszewka sąsiadów zamierała z powrotem w bezruchu, para staruszków przeszła przez ulicę i zniknęła gdzieś za rzędem samochodów, słońce zaszło i z balkonowej podłogi znikły fantazyjne cienie. A na zdjęciu ta chwila wciąż trwa.
Część 44 / 4
Na drugi dzień znalazłam dalszy ciąg moich rozmyślań nad momentami zamkniętymi w klatce fotografii, tyle, że napisany ręką Carrolla:
"Chciałabym, żeby wszystko zatrzymało się właśnie teraz i nigdy, nigdy nie ruszyło dalej. Tak jak zdjęcie, które nosi się w portfelu. Wiesz, o czym mówię? Ten rodzaj zdjęć, które ludzie noszą w portfelach, żeby móc ci je pokazać. Ktokolwiek na nich widnieje, zawsze się uśmiecha i jest taki szczęśliwy. Ale wiesz, ci ludzie zawsze potem byli smutni. Może już w pieć minut lub dzień po zrobieniu zdjęcia umarł ktoś, kogo kochali, albo stracili pracę... i wszystko się spieprzyło. Ja po prostu chcę wszystko zatrzymać dokładnie teraz, tak żeby już nic się nie zmieniło ani nie poszło w złym kierunku."
***
Niektóre tramwaje są w środku seledynowe jak szpitalne fartuchy lekarzy, ale nie pachną lodami pistacjowymi. Te tramwaje mają twarde siedzenia i jest w nich strasznie duszno. Pachnie plastikiem i stłoczonymi masami ludzkimi. Seledynowy tramwaj wygląda od środka jak domek dla lalek - w pastelowym kolorze i z dużymi siedzeniami (żeby nie połknąć zbyt drobnych elementów). Dziś jechałyśmy właśnie taką dużą zabawką. Śpiewalyśmy cicho o wolności - jak rusałki dopiero co wypuszczone z ciasnego słoika. Ludzie chyba zaczynają się mnie bać, kiedy nagle sięgam do torebki po aparat jak po broń i strzelam zdjęcia przez brudne od zaschniętych na szybach okna kroplach, przez otwarte drzwi tramwaju, przez czyjeś ramię.
W każdym miejscu na ziemi można się nudzić, czuć chłód wrogiej przestrzeni. I w niemal każdym zakątku można odnaleźć coś, co zachwyca. Czasem każe Ci usiąść i wdychać świeże powietrze. Innym razem napełnia energią. Pobiegnij krętą, wydeptaną wieloma śladami stóp ścieżką, by zobaczyć, gdzie wiedzie, spójrz do góry omiatając wzrokiem korony drzew i wpatruj się tak długo w ten wir rosnącego życia, aż zakręci Ci się w głowie. Znajdź stary pień, na którym można przysiąść i odpocząć.
Właśnie takie miejsce odkryłam ostatnio z pomocą miejscowych w, z pozoru szarym i nieciekawym mieście. Pomimo wyobrażeń ludzi, nie zachwyca ono od pierwszego wejrzenia. To miejsce to park - mała Arkadia. Zamek, a za nim morze trawy, powietrze udelikatniane przez drobne motyle skrzydła, przez kremowe masy chmur. Wreszcie bez kilkumetrowych, przeszklonych witryn sklepowych, bez hałasu ulicy i natrętnych sprzedawców wszystkiego-co-się-tylko-da. Na wielkich zielonych polach jak na szachownicy leżały dwójki pionków. Ze skrzyżowanymi pod głową rękami lub powyciągani w dziwne pozy, ludzie. Niektóre pary zabierały sobie usta bez opamiętania, przewracały po trawie, śmiały głośno jak dzieci zjeżdżające ze zjeżdżalni albo rzucające w siebie kulkami z ziemniaków. Inni leżeli spokojnie przytuleni do siebie, patrząc w czyste niebo, wdychając szczęście już nabrzmiałymi od niego płucami. Jeszcze inni siedzieli na ławkach przesuwając sobie wargami po policzkach, łapiąc oddechy jak spragnione powietrza ryby.
Każdą komórką ciała cieszyłam się z tego, że mogę być w tak cudownym, magicznym wręcz miejscu. Nie zdziwiłoby mnie to ani trochę,…