Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 37 min czytania

Bajka o złookim królewiczu (I/ III)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dziecię

Dawno, dawno temu, w pewnym zakątku świata istniało królestwo. Przez długie lata nie wyróżniało się ono niczym szczególnym spośród wielu innych, aż do dnia, w którym dziesiąty władca z prastarego rodu – król Dionizy doczekał się potomka. Długo wypatrywano tego dziecięcia. Wrogowie knuli spisek, chcąc pozbawić obecnego króla władzy. „Szron okrył jego włosy i brodę, a syna nie doczekał się. Prawdopodobnie jego ród wygaśnie. Możemy ten proces przyspieszyć...” – szemrali ze śmiechem. Lud smucił się bardzo i ze strachem myślał o przyszłości. Król Dionizy, podobnie jak jego przodkowie był dobrym władcą: mądrym, sprawiedliwym, wrażliwym na potrzeby poddanych. Kto poręczy, że król z innego rodu również będzie taki? Nikt nie dostrzegał, nie próbował nawet dostrzec niepolitycznej strony tej tragedii. Jedynie królewska para, skrywając niegodne łzy w zamkowych komnatach, rozpaczała nad brakiem owocu swojej miłości. „Nie obchodzi mnie tron – płakała królowa Waleria. – Chciałabym mieć tylko małą istotkę do kochania, która byłaby nam pociechą na stare lata. Dlaczego inne kobiety mają tyle dzieci i uważają to za rzecz zwykłą, a ja...” Król Dionizy, nie wiedząc, co odrzec, bez słowa głaskał po głowie swoją połowicę i gryzł wąsy ze zgryzoty. Aż stał się cud. Pewnego ranka usłyszano śmiech na zamku. Służba wyległa ze swoich komnat i przez chwilę w osłupieniu patrzyła na swoją panią, która w samej tylko koszuli przemykała się zalaną słońcem werandą, tańcząc i śmiejąc się dźwięcznie. Osłupienie trwało tylko chwilę. Zaraz pokojowe rzuciły się do królowej, nalegając, by wróciła do łoża. Szeptano między sobą, że postradała zmysły od zmartwienia. Jednak dwa miesiące później oficjalnie ogłoszono wielką nowinę. Powtarzano ją sobie z ust do ust, obiegła całe królestwo, w końcu znano ją także w sąsiednich państwach: „Królowa Waleria jest brzemienna!” Z lękiem oczekiwano oznaczonego czasu. W końcu przyszła matka nie była już młoda. Modlono się o pomyślne rozwiązanie, ale przede wszystkim o potomka płci męskiej. „Moja droga, musisz się postarać, aby to był syn” – mówił król. A małżonka tylko się śmiała, bo znała się na tych sprawach lepiej. Zauważono, że odmłodniała. „Wygląda tak, jak wtedy, gdy król Dionizy pojął ją za żonę – twierdziła stara kucharka. – I ciągle się śmieje. Daję słowo, małe, co się urodzi będzie nie lada wesołkiem.

Zima tego roku była niezwykle mroźna i śnieżna, jednak na wszystkich twarzach gościł uśmiech. Każdy, od króla począwszy, na najnędzniejszym żebraku kończąc, miał w sercu radość. - Narodził się królewicz! – wołano. – Ród nie wygaśnie! - Krążą słuchy, że ma się nazywać Jaromir Bożydar. Jaromir na cześć pamięci pierwszego władcy z rodu. - A Bożydar? – spytał ktoś. - Głupiś! Przecież ten chłopiec to dar od Boga! Dar boży. Boży dar. Teraz rozumiesz? Podobno to najpiękniejsze dziecię, jakie kiedykolwiek narodziło się w królestwie... Tak sobie opowiadano i z niecierpliwością czekano oficjalnych komunikatów. Tych jednak długo nie było. Wreszcie odbyły się chrzciny. Król wyprawił wielką ucztę dla wszystkich, ale sam święty obrządek odbył się w prywatnej zamkowej kaplicy. Niemowlęcia nie pokazano. Było to zastanawiające odstępstwo od tradycji. Tłum chciał zobaczyć następcę tronu zgodnie ze zwyczajem. Król, obawiając się buntu, skinął na pierwszego ministra. Ten wstał z miejsca i wygłosił krótką mowę. Prawił o tym, jak wielka, niespodziewana radość spadła na królewską parę i na całe królestwo, potwierdził informację o imionach, jakie nadano chłopcu. Na koniec, wobec niezadowolonego szemrania ludu, oznajmił, że mały królewicz jest niedomagający, lekko, co prawda, jednak nie można ryzykować. Zapewnił także, że już wkrótce para królewska wyda kolejną ucztę, na której będzie obecne ich dziecię. Nie usatysfakcjonowało to ciżby, jednak bogate jedzenie i przednie wino zamknęły im usta. Kilku niedowiarków bacznie przypatrywało się twarzy króla i królowej, podejrzewając wielkie oszustwo. Oblicza te wyrażały jakieś napięcie, niepokój. Zaczęto podejrzewać, że dziecka nie ma. Królewicz jednak był i, wbrew słowom pierwszego ministra, cieszył się doskonałym zdrowiem. Spokojnie leżał w kołysce, sam w olbrzymiej komnacie przeznaczonej na pokój dziecięcy. Gdyby zapłakał może przyszłaby piastunka, a może nikt. Naraz przeraziły go nagie, surowe ściany, oświetlone nikłym blaskiem księżyca, wpadającym przez okno. Zakwilił. Piastunka podniosła głowę i zadrżała. Wahała się chwilę, uczyniła krok w stronę kołyski, po czym odwróciła się na pięcie i uciekła. Po kilku minutach wróciła, wiedziona obowiązkiem. W komnacie dziecka była już królowa. Tuliła do siebie maleństwo i śpiewała mu łagodnym głosem tak długo, aż usnęło. Ostrożnie ułożyła syna w kołysce i na migi kazała piastunce pójść za sobą do sali obok. - Gdzie się podziewałaś? – zapytała surowo. – Nie lubię, gdy mały zostaje sam. Nie słyszałaś o śmierci łóżeczkowej? - Przepraszam, Jaśnie Wielmożna Pani... – wyjąkała zaskoczona dziewczyna. – To się już nie powtórzy. - Mówisz to już nie pierwszy raz. Dość! Od dzisiaj sama będę się zajmować moim synem. Wracasz do kuchni. - Dobrze, proszę Jaśnie Wielmożnej Pani – zgodziła się dziewczyna z ulgą. Ukłoniła się i wyszła. - Wszyscy się ciebie boją, mój malutki – wyszeptała królowa, pochylając się nad dziecięciem. – Całe szczęście, że usłyszałam twój płacz. Mam w sercu trzecie ucho. Wewnętrzne ucho matki, które słyszy każde poruszenie się twojego ciałka, każde twoje westchnienie, twój cichy szloch. Byłam na uczcie, kiedy zapłakałeś. Usłyszałam to, moje ty szczęście, usłyszałam w gwarze głosów, śmiechu, muzyki. Synku, jesteś taki śliczny. Nie rozumiem, dlaczego znajdujesz się w niełasce nawet u własnego ojca. Nie rozumiem, choć wiem, co jest tego przyczyną – dodała uczciwie i zamyśliła się. Nie wróciła już na ucztę. Do późnej nocy czuwała przy dziecięciu. Wpatrywała się w jego miłą twarzyczkę i dumała. Tak ją zastał król. Stanął na progu. - Walerio, chodźmy już spać. Mam do ciebie żal, że tak nagle odeszłaś... - Ciiii... Obudzisz go. Zbliż się. Spójrz na niego. Mąż z ociąganiem posłuchał. - Wygląda słodko, gdy tak śpi – mruknął. – Teraz to najpiękniejsze i najrozkoszniejsze dziecko na świecie. Szkoda, że takiego nie mogliśmy go pokazać ludowi. Gdy podniesie powieki stanie się podobny szkaradnemu potworowi. Nie przerywaj mi. Wiesz, że mówię prawdę. Pokochałem go od pierwszego wejrzenia. Miał wtedy zaledwie kilka godzin, spał tak, jak teraz. Pochyliłem się nad nim i wtedy... otworzył oczy. Ogarnęła mnie trwoga, zamarłem, nie wierząc temu, co widzę. Oczy są zwierciadłem duszy. Taki jest napis na naszym herbie. Tak wierzy lud, tak my sami zawsze wierzyliśmy... Dobry człowiek ma dobre oczy, zły – złe. A to dziecko patrzy jak bazyliszek. Wygląda jak aniołek, uśmiecha się słodko i szczerze, czule wyciąga rączki, aby objąć twoją szyję, lecz jego oczy... - Wystarczy, Dionizy – przerwała ostro królowa. – Idź spać. Ja tu zostanę. Zwolniłam piastunkę, od dzisiaj sama będę się zajmować chłopcem. W jego komnacie będę sypiać, jadać i przebywać. - Walerio... – jęknął mąż. – Nie patrz na mnie w ten sposób. Nie odsuwaj się ode mnie. Kocham cię. - Ale nie kochasz naszego dziecka. Widzę to wyraźnie. Tylko ja darzę tego małego bezwarunkową miłością, całego, razem z jego oczami. Wyjdź!

Królowa dotrzymała słowa. Niemal nie wychodziła z komnaty królewicza. Przewijała go, karmiła, bawiła się z nim. Rzekłbyś, kochała go i pieściła za całe królestwo. Król postarzał się bardzo ze zgryzoty. Żony, która była dla niego wszystkim, prawie nie widywał. Zapomniał o obowiązkach dobrego władcy. Całymi godzinami przesiadywał w ogrodzie, a kiedy nie mógł tam znaleźć spokoju, bo służba i ministrowie wciąż mieli do niego różne sprawy, krył się w ustępie. Pewnego dnia nawet i tam dotarł jeden z interesantów. Był to pierwszy minister. Stanął pod drzwiami i czekał. Wreszcie, kiedy słońce wyraźnie zmieniło swoje położenie na nieboskłonie, odważył się zastukać. - Najjaśniejszy Panie! – zawołał. – Wiem, że Wasza Wysokość tam jest! Stoję tu już kilka godzin. Czy potrzeba wezwać medyka? - Nie – odezwał się znużony głos. – Zamknąłem się tu, aby mieć spokój. Lecz jak widzę myliłem się. - Proszę o wybaczenie. Zapewniam, że nie ośmieliłbym się przeszkadzać Waszej Wysokości, gdyby sprawa nie była poważna. Dowiedziałem się, że nasi wrogowie zdołali podburzyć część ludu. Mówią, że królewicz nie istnieje, sądzą, że nigdy nie istniał. Wiele osób już w to wierzy. Zamierzają wtargnąć do zamku i obalić rządy Najjaśniejszego Pana, oskarżyć Waszą Wysokość o oszustwo i skazać... Krzyczą: „Śmierć królowi Dionizemu i królowej! Śmierć oszustom!” Musi Wasza Wysokość uciekać. Chyba nie ma innego wyjścia... Jestem lojalnym sługą Waszej Wysokości, proszę mi powiedzieć... dziecięcia nie ma, prawda? Najjaśniejszy Panie? - Jest – po długiej chwili ciszy odezwał się głos. - Uff... – odetchnął pierwszy minister, wierząc królowi na słowo. – To zmienia postać rzeczy. Trzeba tylko wszystkim pokazać królewicza. Powinien Wasza Wysokość wziąć się aktywnie za politykę i wszystko wróci do normy. Tylko trzeba pokazywać królewicza, często i wszystkim. Nie rozumiem, dlaczego wcześniej nie... - Zrozumie pan, jak zobaczy – drzwi ustępu otworzyły się, po czym z wnętrza wyszedł powoli król Dionizy. – Idziemy do pokoju dziecięcego. - Niech Najjaśniejszy Pan nie myśli, że ja również należę do tych, co nie wierzą... –tłumaczył się pierwszy minister, przestraszony zmarszczonymi brwiami króla. - Ma pan do tego pełne prawo. Małego widziało ledwie kilka osób. Ciężką zgryzotę mam z tym dzieckiem. - Czy chore? – zapytał mężczyzna, ale nie otrzymał odpowiedzi. Za chwilę weszli do komnaty dziecięcej. Na podłodze tyłem do drzwi siedziało małe dziecko, ubrane w drogie, przetykane złotem tkaniny. Chłopczyk układał wieżę z drewnianych klocków, a królowa, klęcząc za nim, czesała złote loczki na jego głowie. Wyraz czułości na jej twarzy ustąpił miejsca zdziwieniu, kiedy zauważyła dwóch mężczyzn przy drzwiach. - Witam Najjaśniejszą Panią – skłonił się pierwszy minister. - Witaj droga żono – odezwał się król oficjalnie, tak wypadało w obecności osób trzecich. - Dzień dobry – odparła, kontynuując czesanie syna. - Czas pokazać poddanym naszego pierworodnego – wyjaśnił władca. - To nie ja chciałam go ukryć przed światem – wzruszyła ramionami kobieta. – Chodź, Jaromirku, przytul mamusię. Malec wstał, odwrócił się do matki i wyciągnął rączki. Oczom mężczyzn ukazała się urocza twarzyczka. - Witam Jaśnie Pana – uśmiechnął się pierwszy minister, kucając przy królewskim synu, który mrużąc oczy tulił się do rodzicielki. – Nie miałem jeszcze zaszczytu poznać. Pozwoli Wasza Łaskawość, że się przedstawię. Makary Hiacynt Gratl. - Skiń głową, synku – odezwała się królowa. – Powinieneś już zapoznawać się z dworską etykietą. Chłopiec posłusznie odwrócił się ku kanclerzowi i spojrzał na niego. Okrzyk przestrachu wyrwał się z ust starego sługi. Zdjęła go trwoga, lecz nie mógł oderwać spojrzenia od oczu królewicza. Oczy te zupełnie nie pasowały do słodkiej, dziecięcej twarzyczki. Były duże i poważne, okolone gęstymi rzęsami. Tkwiło w nich coś potwornego, na dnie tęczówek koloru popiołu czaiło się zło. Pobłyskiwały w nich złowrogie iskierki okrucieństwa, bezwzględności i wszystkiego, co najgorsze. Nie same oczy jednak były jednak najstraszniejsze, najbardziej wstrząsający był kontrast między nimi a szczerym, niewinnym uśmiechem małego królewicza. - Czy coś się stało, panie ministrze? – zapytała królowa ironicznie. – Czyżby bał się pan dziecka? - Najjaśniejsza Pani... – wyjąkał Gratl. - Sam pan teraz widzi – zwrócił się doń król. – Nie możemy pokazać ludziom tego diabełka. - Dionizy! – zgromiła go żona. - A gdybyśmy – odezwał się pierwszy minister, nerwowo ocierając czoło chusteczką. – pokazali ludowi chłopca z pewnej odległości? Dodatkowo puściłoby się w obieg jego portret, portret z przymkniętymi powiekami. - Jest to pewna myśl – kiwnął głową władca. – A co z dworem? - Dwór się przyzwyczai. Zresztą na razie można dziecku zakryć czymś oczy pod pozorem zapalenia spojówek, czy czegoś takiego – mówił starzec jak w natchnieniu. – Później puszczę plotkę, że królewicz ma dziwne spojrzenie w wyniku tajemniczej choroby narządu wzroku. - Brawo! – klasnął w dłonie król. – Genialna myśl! Właśnie tak zrobimy! Jeszcze tego samego dnia sprowadzono z Italii znanego malarza portrecistę, a tydzień później portret półtorarocznego królewicza rozpoczął wędrówkę po wsiach i miastach. Kilka dni później król urządził wielką ucztę, na którą królowa zabrała chłopca, któremu wcześniej owinięto głowę gazą w ten sposób, aby przytrzymywała rzekomy okład na oczach. „Bądź grzeczny. Uśmiechaj się do wszystkich” – szeptała mu do ucha królowa. Tym sposobem stłumiono bunt. Każdy, kto zobaczył małego królewicza, długo pozostawał pod wrażeniem jego uroku. „Jaki on śliczny, jaki miły...” – zachwycano się. Lud w całym królestwie podzielał tę opinię, mimo iż nie dane mu było ujrzeć dziecięcia, jedynie portret. Pierwszy minister dotrzymał słowa. W czasie uczty, podczas rozmów z gośćmi mimochodem wspominał o tajemniczej chorobie oczu, na którą cierpi królewski syn. Wieść ta szybko rozniosła się po całym kraju. Odtąd nikt się nie dziwił kolejnym wizerunkom Jaromira Bożydara z opuszczonymi powiekami. Wszędzie wzdychano: „Biedny chłopiec. Oby szybko znaleziono lekarstwo na jego dolegliwość. Wtedy ujrzymy jego oblicze w całej okazałości.”

Laska Gratla

Mijały lata. Królewicz rósł i rozwijał się pod czułą opieką matki. Jej bacznemu oku nie umknęły także zmiany w charakterze syna. Ze słodkiego, uśmiechniętego malca zmienił się w wyniosłego młodzieńca, skłonnego do wszelkiego zła. Postępki Jaromira znacznie wykraczały poza zwyczajne chłopięce psoty. Zdolny był do najohydniejszych zachowań. Żebrakom kradł uzbierane grosze, znęcał się nad zwierzętami, służbę wyzywał i bił. Robił też wiele innych, gorszych rzeczy. Nieraz królowa musiała wysłuchiwać skarg na swojego jedynaka. „Dlaczego to zrobiłeś?” – pytała ze smutkiem. W takich chwilach zły wyraz szarych oczu królewicza znikał na chwilę. Całował matkę w rękę i przepraszał. Była jedyną osobą, która miała na niego jakikolwiek wpływ. Przy niej się hamował. Gdy nie widziała, stawał się nikczemny i okrutny. Królowa Waleria wierzyła jednak, że z czasem uda jej się wykorzenić zło z oczu i zachowania syna. Stało się jednak inaczej. Niedługo po swoich piętnastych urodzinach królewicz dla zabawy zatłukł ulubionego psa emerytowanego pierwszego ministra. Sądził, że i ten postępek ujdzie mu płazem, jak dotychczas. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wszyscy boją się jego spojrzenia, nawet jeśli wierzą, że jest spowodowane rzekomym, tajemniczym schorzeniem. Nie przewidział siły gniewu pana Gratla. Ten ponad osiemdziesięcioletni już mężczyzna chwycił za laskę i nie zważając na demoniczne oczy młodzieńca, ani na królewski majestat, obił mu porządnie grzbiet, krzycząc: - Diabelskie nasienie! Myślisz, że skoro masz szatańskie ślepia, to wszystko ci wolno?! Już ja cię wyleczę z okrucieństwa! A masz, nędzniku! Miarka się przebrała! A masz! Upokorzony, potłuczony młodzieniec udał się do króla. Nigdy nie łączyły ich serdeczne stosunki, jakie powinny istnieć między ojcem a synem. Władca niechętnie pojawiał się w komnatach zamieszkiwanych przez małżonkę i Jaromira. Bał się swego syna i czuł do niego bardzo negatywne uczucia, w chwilach wyjątkowej goryczy – nienawiść. Winił syna za separację z Walerią, która nawet się do niego nie odzywała, od czasu jak nieopatrznie, w wybuchu złości krzyknął: „Żałuję, że to dziecko przyszło na świat! Już wolałbym bunt i w konsekwencji hańbę i ubóstwo, niż taką obojętność z twej strony!” Tak, król unikał Jaromira ze wszystkich sił. Również chłopiec, czując chłód rodzica, rzadko zakłócał jego posępną samotność. Teraz jednak postanowił udać się do niego na skargę. - Witaj, ojcze – rzekł, wchodząc. - Szukasz matki? Wiesz dobrze, że od dawna mnie nie odwiedza – mruknął król, a w jego tonie brzmiał gniew i wyrzut, jakby chciał dodać: „przez ciebie”. - Mam sprawę d o c i e b i e, ojcze – zaznaczył chłopak. - Jakąż to? – zdumiał się władca. - Przed chwilą zostałem okropnie potraktowany przez jednego z ministrów, starego Gratla. Znieważył mnie i pobił. - Czyżby? – uśmiechnął się złośliwie król. - Nie widzi ojciec? – zapytał królewicz z wyraźną irytacją. - Widzę – od rzekł zimno. – Znasz drogę do komnaty medyka. - Żądam, ojcze, abyś surowo go ukarał za moją hańbę. Stłukł mnie jak byle chłopca stajennego. Splamił nasz herb swoim barbarzyństwem. - Nasz? – prychnął szyderczo król. – Ja się nie czuję dotknięty. Jestem nawet wdzięczny poczciwemu Gratlowi. Słyszałem o twoich ciemnych sprawkach i cieszę się, że ktoś wreszcie przetrzepał ci skórę. - Więc nie ukarzesz go, ojcze? – zapytał Jaromir złowieszczo, czyniąc kilka kroków naprzód. Oczy królewicza ciskały gromy, płonęła w nich wściekłość i groźba. Król Dionizy dawno ich nie widział, toteż wydały mu się one podwójnie straszne. Zadrżał z lekka, lecz pomyślał: „Jeżeli teraz ulegnę łotrowi, będzie miał mnie w garści”. - Nie – odpowiedział zdecydowanie. - Nie? – powtórzył chłopiec, zbliżając się do króla na odległość ramienia. - Rzekłem – uciął władca surowo, wytrzymując spojrzenie diabelskich oczu syna. - Dobrze! – krzyknął młodzieniec, wybiegając z komnaty, a w tym jednym słowie było więcej zawziętości i groźby niż we wszystkich przekleństwach, które królewskie uszy odebrały w ciągu całego życia. Władca zasiadł na tronie i zasępił się, patrząc na miejsce, gdzie przed chwilą stał jego jedynak. Królewicz tymczasem pobiegł do komnat, które dzielił z matką, chcąc, tak jak we wczesnym dzieciństwie, złożyć jasną głowę na jej kolanach i przelać wypełniający go żal w jej dobre, kochające serce. Królowej jednak nie było. Nieukojona gorycz i wściekłość musiała gdzieś znaleźć ujście. Na pierwszy ogień poszedł ozdobny wazon z kwiatami. Jaromir cisnął go o podłogę i uśmiechnął się chytrze. Spodziewał się, że zaraz przybiegnie Ilza, wspólna służąca jego i królowej, małomówna, wiecznie wystraszona dziewczyna. Doskonale wiedział, dlaczego taka była. Świadomość wrażenia, jakie wywierał na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bajka o złookim królewiczu (I/ III) — czytnik · opowiadania