Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 14 min czytania

Bajki – haute-couture’ki.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}Bajki – haute-couture’ki.{/i}

- Zuziu, powiedz dlaczego? – zadał pytanie, tępo wpatrując się w rysunek gładkich jej pleców. Pod delikatną skórą, obsypaną tu i ówdzie nieregularnymi pieprzykami, dostrzec można było wszystkie mięśnie, napięte i twarde.

- Bo cię kocham.

- Brzmi, jakbyś mówiła największą rzecz swojego życia – zaśmiał się pod nosem. – A pewnie mówisz to każdemu.

- Dla mnie kurwa i miłość to równoznaczne słowa – powiedziała to spokojnie, nawet się do niego nie odwróciła. Rozczesywała włosy, w śmieszny sposób przechylając przy tym głowę. Raz za razem – delikatne, ale pewne pociągnięcia ręki, zupełnie jakby artystka grała na magicznym instrumencie, grzebykiem trącając struny, nie pojedyncze, atramentowe kosmyki. – Wszystko to tylko kwestia odpowiedniej ceny za seks.

- A wiesz w ogóle, co znaczy to słowo?

- Które słowo – kurwa czy miłość?

Leżeli w niewygodnym łóżku hotelowym. Pościel śmierdziała starą miłością za pieniądze. Targowano tam nią pewnie nie raz. Nie byli pierwsi, nie byli ostatni. I sam już nie wiedział, czy myśl ta miała go pocieszyć, czy zdołować. Sięgnął do spodni leżących na ziemi, by wyjąć z nich papierosa. Ostatniego. Zaklął i znów spojrzał na Zuzię.

Czuł, że ta dziewczyna nic dobrego mu nie przyniesie. Nigdy i nikomu. Wtedy odwróciła głowę i spojrzała na niego. Miała nieobecny wzrok. Jak dziecko. Gdy tak wpatrywali się wzajemnie w zielono-brązowe swoje oczy, przestraszył się. Przez moment. Trwało to sekundę, może jej ułamek. Wypuścił dym i mrugnął.

Nie mógł się oprzeć zabawnemu wrażeniu, że właśnie przegrał jakiś głupi pojedynek. Zuzia uśmiechnęła się. Zalotnie. Zupełnie bezwiednie grając z jego zmysłami, wyobraźnią i portfelem.

W końcu, po dusznej od znudzonych spojrzeń chwili, wstała i ruszyła w kierunku łazienki. Delikatny ruch sprawił, że poczuł zapach rozpalonego jej ciała. Zaszeleściła kołdra, zafalowały atramentowe włosy. Boże, była blada, chuda i taka krucha, a przecież przy tym wszystkim piękna. Ironicznie piękna, znów zaśmiał się pod nosem.

Bezbronna, naiwna dziewczynka, której nie sposób nie kochać. Wystarczy jedno spojrzenie, lśnienie, by utonąć. W oczach, udach, ciele. Zrodzona, by dawać rozkosz, jak sama wiele razy powtarzała, leżąc obok niego, irytująco dmuchając mu w ucho.

I choć to głupie, ale ją kochał. A przecież była tylko dziwką.

***

W tamtych dniach ziąb był już straszny. Pogoda zdawała się buntować i jedyne, co miała do zaoferowania, to chłód wdzierający się w oczy wraz z każdym podmuchem wiatru. Poczuli go, gdy tylko opuścili hotel. Rozwiewał włosy Zuzi, tak skrupulatnie rozczesywane i układane przed lustrem ledwie godzinę wcześniej. Drażniło ją to, a on śmiał się tylko głośno i wkładał głębiej ręce w kieszenie szarego, wytartego prochowca.

Mimo że klęła przy każdym, najmniejszych podmuchu, Zuzia zdawała się nie odczuwać zimna. Siedzieli na zakurzonej miejskim życiem ławce i obserwowali nocnych zbiegów z klubów, z domów, z pustych po wódce butelek. W milczeniu popijali jednego z najtańszych, ruskich szampanów.

Jedynie błyski świateł z rzadka przejeżdżających samochodów zdawały się wzbudzać w nich jakieś emocje, kolorując ich twarze, grając i drażniąc, by ostatecznie zawsze uciec z cichnącym warkotem silników. Gdy skończył się szampan, Zuzia nagle wstała i zaplątanym krokiem podeszła do krawędzi ulicy. Udając, że tańczy i śpiewa, w tę i z powrotem chodziła po krawężniku, co chwilę tracąc równowagę. W końcu spojrzała na niego, odgarnęła zburzone włosy i powiedziała:

- Masz ochotę na wycieczkę?

- Daleko? – zbity z tropu, nie miał najmniejszego pojęcia, o co tym razem jej chodzi.

- To zależy od tego, jak szybko chcesz dojść – zachichotała i szeroko rozłożyła ręce w dziecinnym, zabawnym geście. Przez chwilę kręciła się tak w kółko, by w końcu stanąć przed nim w wyzywającym rozkroku. Czekała na wyrok, choć dobrze znała jego odpowiedź, zanim jeszcze zadała pytanie.

- Gdzie?

- Tam gdzie zawsze, w samą rozkosz – po których to słowach zerwała się pędem w stronę najbliższego przejścia podziemnego. Bez cienia zdziwienia popatrzył przez chwilę na oddalającą się sylwetkę i położywszy pustego szampana na ławce, pobiegł za odgłosami stukających jej obcasów.

Gonienie Zuzi właściwie nie sprawiało mu większych trudności, ale odczuwał dziecinną frajdę w obserwowaniu jej pleców i zgrabnych nóg pod powiewającą od wiatru spódniczką. I zdawało mu się, że wszystkie falbanki, koronki falują w rytm jej biegu. Że wszystkie te wzory są skrupulatnie zaprojektowane, zaplanowane. By zwodzić i omamiać.

A kreację miała rzeczywiście niezwykłą, co właściwie zauważył dopiero wtedy. Nie wyglądała jak prostytutka, raczej jak modelka z wybiegów i pokazów paryskich projektantów Haute Couture. Przez chwilę nawet pomyślał, że to wszystko musi być bardzo niewygodne i ciężkie. Czy jest sens – tak się katować?

W szaleńczym tym biegu zgubił zupełnie rachubę czasu i ulic. Nie zwalniając tempa, rozejrzał się wokół, nie poznając żadnego z budynków, żadnej nazwy alei, żadnego z przystanków autobusowych. Pomyślał jednak, że podoba mu się ta gra, że przyjemna to odmiana w jego życiu. Nic nie musiał kontrolować i planować. Poddać się i zdać na stukanie obcasów przed sobą.

Jednak po kilku minutach ekscytującej wędrówki dotarli – jak mu się zdawało – do celu. Stali pod schodami prowadzącymi do jednego z licznych w tamtym mieście hoteli. Stanęła u podnóża piętrzących się białych stopni, a gdy tylko do niej dobiegł, delikatnie chwyciła go za rękę i pociągnęła ku górze.

I kolejny już raz tej nocy postanowił się jej oddać. Wszystkim zachciankom, kaprysom, życzeniom. Czuł jak drobna jej dłoń wyślizguje mu się, a Zuzia pchnęła z całej siły potężne, obrotowe drzwi na szczycie schodów.

Wnętrze budynku zdziwiło go. W żadnej mierze nie przypominało hotelu. Nie zauważył ani recepcji, ani portierów. Sterylnie czyste i białe ściany raziły. Mimowolnie przymrużyli oczy, a jedyne, co sugerowało, że mieszkają tu jacyś ludzie, to windy. Srebrne i oślepiająco błyszczące. Gdy tylko ich drzwi rozwarły się, Zuzia bez wahania pociągnęła go ze sobą.

Na piętrze był korytarz. Długi jak świat, ciasny jak strach. I znów wszystko sterylnie białe. Żadnych drzwi czy pokoi. Tylko ludzkie twarze powieszone na ścianach jak obrazy. Setki grymasów. Przerażonych min, znudzonych oczu, chichoczących ust. Poruszały się i mrugały. Wyglądały raczej komicznie niż przerażająco, jak ludzie wmurowani w fundamenty budynku. Żywe płaskorzeźby.

I ciągle coś mówili, szeptali, czasami tylko dochodził do nich z oddali jakiś urwany krzyk. Ale Zuzia sprawiała wrażenie, jakby ich wszystkich znała. Kiwała, przytakiwała, machała. Zupełnie jak do znajomych na ulicy. Kierowała ich w kierunku jedynych tam drzwi – na końcu tłocznego od wystających twarzy korytarza.

Gdy wsłuchał się w ich…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bajki – haute-couture’ki. — czytnik · opowiadania