psychologia · 11 min czytania
Bajki – kolorowanki.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
{i}Bajki – kolorowanki.{/i}
Tamtego dnia nie planowałem użyć noża. Ale tak wyszło. Trudno. Z drugiej strony to dobrze… Lecz po kolei. Wprowadzenie, przedstawienie oraz inne tego typu nice-to-meet-you, żeby było poprawnie i etykiecie stało się zadość.
Weronikę poznałem kaprysem losu. Zdarza się, że ludzie zakochują się w sobie od pierwszego wejścia. Jednak w naszej sytuacji seks był w zupełności przypadkowy, przygodny, przygodowy. Następnych razów z założenia miało nie być. Choć seks, przyznać trzeba, był pierwsza klasa.
I zabawne, że wtedy, po tamtej nocy zapamiętałem po niej tylko włosy. Ich atramentowy kapturek na bladej, mlecznej cerze. Nie twarz, nie głos, nie uśmiech. Kac – zły bóg – alkoholowym swym zaklęciem i dmuchnięciem magicznego, białego pyłku wymazał resztkę wspomnień. Wszystko prócz włosów rozpuścił wraz z aspiryną i bąbelkami dnia następnego.
We mgle dymiących, przepalonych styków obolałego mózgu nie pierwszy już raz starałem się dojść. Dojść do wniosków, konkluzji i porządku. Z puzzli i wizji poskładać bezpowrotnie – jak wtedy myślałem – utracony obraz.
Życie jednak płynęło dalej, szarą rzeką i psychodelą ścieków. Były następne – posępne, czasami ponoć nieletnie, lecz zawsze gorące i żarliwe. Tylko podobnych, czarnych kosmyków i kapturka na mlecznej skórze wciąż nie znajdywałem, pomału tracąc nadzieję…
Atramentowe jak wszechświat włosy mej kochanki powrócić jednak miały w najmniej oczekiwanym momencie. Prosta gra skojarzeń, poetyckich i bzdurnych porównań. Nie wiem, po czym rozpoznała mnie Weronika, ja ją po ptaku…
Na peronie kruk czytał gazetę. A gdy dodziobał się do ostatniej strony, skrzekliwie się roześmiał i wbił we mnie hitchcockowski wzrok. Milczał i ciemniał tą swoją czernią, a pociąg wciąż i jak zwykle nie przyjeżdżał. Taka ich natura. Pociągów i kobiet.
Część 22 / 2
Wiatr wiał szatańsko, rozwiewając po kątach ludzi, czapki i szaliki. Z nudów zanurzyłem się więc w pojedynku na spojrzenia ze zwierzęciem, rzekomym potomkiem dinozaurów. Przegrałem jednak szybko, zupełnie spodziewanie, w mgnieniu oka, można by rzec. Ale nie bez powodu. Zezem – panoramicznym swym wzrokiem – dostrzegłem, jak zlał się atrament jej włosów i czerń piór ptaszyska. Nie pamiętałem twarzy, lecz poznałem bezbłędnie. Zresztą z wzajemnością.
Uśmiech pod tym samym kruczowłosym kapturkiem przywabiał i przyciągał skuteczniej niż feromony, oksytocyna i reszta tego chemicznego cholerstwa fruwająca w powietrzu. I znów z żalem przyznać muszę, nie przyjrzałem się mej kochance, szczegółom jej rysów, ustom czy oczom. Być może, że to wybiórczy, osobisty rodzaj prozopagnozji, kto zgadnie, dla tego milion. Pamiętam jedynie ślicznotkę na skraju przepaści peronu, białe linie i bulgot dochodzący z głośników, oznajmiający, że pociąg...
Wiadomo, gdy seks za pierwszym razem jest tak udany, straszliwy ciężar spoczywa na kolejnych szczytach i flagach. A proszę mi wierzyć, to nie było proste. Wtedy, w obskurnym pociągu, wśród tłumów napierających na liche drzwiczki ciasnej toalety. I znów niemalże anonimowo, zupełnie przypadkowo, przygodnie, niezbyt wygodnie.
Na końcu jeszcze obciągnięcie spódniczki, zdublowanie pięknej – a tak ulotnej, o losie-ironio – twarzyczki w miniaturowym lustereczku prawdy, kąśliwym głosem podpowiadającym, gdzie należy użyć szminki i maskary, gdzie poprawić pana Boga. Jej uśmiech – błogi, na poły nieobecny, błądzący w niebycie, acz odrobinę niepewny – pełna paleta, proszę państwa. I jeszcze tylko twardy mózg w spodniach rozpaczliwymi impulsami nerwowymi podpowiadający, krzyczący – numer!
Sześć, sześć, sześć, dziewięć, jak to szło dalej, nieważne, mniejsza o to… Nastąpiła więc transakcja, absurdalna w swej prostocie wymiana ciągami cyfr. Na następnej stacji ona wysiadła. Rozstaliśmy się jednak z obietnicą i mocnym postanowieniem poprawy, nadrobienia zaległości towarzyskich przy kolacji i śniadaniu, kawie i papierosach…
Naukowcy podobno udowodnili kiedyś, że stan zakochania w swej istocie niczym nie różni się od nerwicy natręctw. Pobudzanie śródmózgowia, wysyłanie dopaminy do jądra ogoniastego, a potem to już tylko obsesyjne stany umysłu, prowadzące do czynności natrętnych, rytualnych, symbolicznych. W zasadzie to się zgadzam, a jeśli chodzi o wyszukany styl prozy to na wariatach, mordercach i zakochanych można polegać. Choć w sumie oni wszyscy to to samo…
Tak więc z prywatną mą nerwicą natręctw spędziłem kilka najgorszych dni życia. W malignie, gorączce i koszmarach cierpiałem na ten tak zwany zespół odstawienia. A najgorsze – znów! – było to, że ani szczegółu, szczególiku z jej twarzyczki. Ani milimetra kwadratowego mapy piegów na papierze cery, tylko włosy, kapturek i atrament pity w hektolitrach, by potem go zwracać i krwią z nosa przelewać na karty pamiętnika… Prozopagnozja tudzież demencja postępowała. Po tygodniu jednak przypomniałem sobie o szatańskim urządzeniu telefonem zwanym i starym, acz idiotycznym konwenansie, że to facet – czy też mężczyzna – powinienem zadzwonić pierwszy.
A jednak kolacji nie było, śniadania zresztą też. Umówiliśmy się od razu u niej, w mieszkaniu ciasnym, lecz…