Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

psychologia · 10 min czytania

Bajki – obsesyjki.

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{i}Bajki – obsesyjki.{/i}

{i}...dla M....{/i}

Zadarłszy głowę, w górę popatrzył. Chlorofil spływał z drzew, sączył się po bruzdach gałęzi i pni. {i}Zaczyna się{/i}, pomyślał. {i}Zawsze tak jest. Wiosna{/i}, jak to niektórzy zwać zwykli. Wylewała się na chodniki, ulice, place. W lepkie kałuże mazi, których nikt nie dostrzega. A potem ludzie włażą w nie z cichym pluskiem, roznosząc fosforyzujące odciski stópek i buciorów, by za nimi węszyć, tropić jak psy w zielonej, wiosennej rui.

Widział to tak: gdy raz już się wplączesz w podobne bagno, zawsze cię do niego ciągnie. Być może, że to głupie, ale uznał to za aksjomat, jedno z nielicznych praw naprawdę rządzących losem szarych zjadaczy. Ludzie są masochistami, tylko o tym nie wiedzą. Starzy fetyszyści ciągle nowych złudzeń. Za każdym razem, gdy uda im się poskładać cnoty w porządku i kolejności, jak klocki, samochody na parkingu, zawsze muszą złapać nową nerwicę natręctw. I zawsze na chwilę, zawsze na jedną noc, na jedno wejście i jedno wyjście…

Dlatego nie trawił tej pory roku. Bo odzywały się instynkty, nawet nie pierwotne i nie stare, zwyczajne, oczywiste. Zero romantyzmu, zero dramatyzmu. Jakieś hormony, chlorofil, witamina D i słońce. Świeciło mu właśnie w twarz, ciągle słabe i liche, irytującymi igiełkami jednak skutecznie wbijało się w oczy, właziło pod powieki, kręciło się i uciekało, pozostawiając białe plamy na siatkówce i zmęczonym mózgu.

Z grymasem przypatrywał się jak spomiędzy krawężników, kostki brukowej, tu i ówdzie rozrzuconych kocich łbów, wyrastają kolejne efemerydy. Uczucia sekundowe, jak kłosy w górę strzelały mu spod stóp. Przez chwilę pomyślał, że ładny to ogród, te kwiatki poetów, miłostki tak zwane, ale przecież… Ale przecież nie o to chodzi, by dać się zwieść wonią ulotną, z podmuchem wiatru niknącą za byle lepszym trzmielem, pszczołą, czy innym paskudztwem.

Bał się owadów. {i}Panicznie{/i} to mało powiedziane. Gdy tak się przechadzał wśród miejskiej dżungli, co rusz zalękniony kręcił głową w poszukiwaniu nadlatujących, skrzydlatych stworzeń, by w porę – w razie zagrożenia – uchylić się przed ciosem. Doszedł w tym do dużej wprawy. Często miał wrażenie, że słyszy bzyczenie już z niewyobrażalnych odległości. Dokładnie wyczuwał drżenie powietrza, miarowe i rytmiczne uderzenia cząsteczek, które najpierw rozbijały się o jego błonę bębenkową i potem, rozchodząc się po drobniutkich kosteczkach w uchu, tonęły w labiryntach czaszki, by ostatecznie, zamienione w impulsy nerwowe, dotrzeć do kory mózgowej. Wtedy wiedział dobrze, z której strony nadlatują, z jaką prędkością i tym podobne sprawy, i nikt nie wmówi mu, że praktyka nie czyni mistrza.

Nawet w byciu superbohatarem. Często to sobie wyobrażał. Jak w komiksach i filmach zza oceanu. Dziś też miał misję, a świadomość jej ważkości i świetności z każdym krokiem dodawała mu pewności siebie, podsycała szalejącą wyobraźnię. A może nie. Może wcale nie była to wyobraźnia. Znów przez chwilę rozejrzał się po świecie wokół, tańczącym w orgiastycznym tańcu godowym, przychodzącym co roku wraz z roztopami. Tak przynajmniej było w jego mieścinie. Tu z kolei obudziły się w nim uczucia patriotyczne, te z szeregu ksenofobicznych. Nic osobistego, po prostu duma.

Lubił to uczucie, wydawało mu się ono silne, mocne, chyba potężne. Było w każdym calu i szczególe różne od tych, które akurat wtedy musiał wymijać na chodniku. Odnosił wrażenie, że znajduje się w tropikalnym lesie, gdzie na każdym kroku przed nosem wyrastają dzikie rośliny, zawsze kolejne, a każde z nich równie denerwujące i słabe, równie łatwo poddające się maczecie i tak właśnie się czuł, jakby w marszu z nożem torował sobie drogę w powietrzu gęstym od wiosennych westchnień, wyuzdanych oddechów, kobiecych obcasów. W drodze do domu, chatki na skraju lasu popędów obudzonych po zimie.

Przyśpieszył. W końcu nie mógł zawieść M. Zakupił mleko i ulubione jej ciastka, a słodki to ciężar, gdy dla ukochanej niesiesz skarb. {i}Dla ukochanej.{/i} Wymijał kolejne sylwetki, coraz bardziej go bawiące. Tym się od nich różnił. On kochał naprawdę, oni odczuwali jedynie sezonowe pożądanie, jakkolwiek by to nie brzmiało, w jego świadomości nic innego nie miało znaczenia.

Jeszcze dwie ulice i będzie na miejscu. Zza horyzontu przypełzło kilka szarych chmur. Oblały drogę ciemną, bezpostaciową substancją i przez chwilę wydawało mu się, że w niej ugrzęźnie. Wstrzymał się ruch. Ludzie stanęli, przypatrywali się ze zdziwieniem na twarzy, nie poruszywszy się jednak. Bo ulicą spacerował biały koń, potężny, umięśniony, majestatycznym stępem przemierzał ich świat wzdłuż ciągłej. Dumnie podniesiona głowa, stukot ciężkich kopyt i wrażenie, że tylko on…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bajki – obsesyjki. — czytnik · opowiadania