Duchy · 36 min czytania
Balkon
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Ania siedziała przy biurku, jak co dzień od przeszło 3 lat. Była sekretarką w firmie swojego ojca. Miała długie blond włosy, opadające na ramiona. Obcisła szarawa bluzeczka z rysunkowym pingwinem podkreślała kształt jej sporych piersi. W powietrzu, bez trudu, dało się wyczuć słodkawy zapach jej perfum, za które zapłaciła połowę swojej ciężko zarobionej pensji. Przed nią stał stary aparat telefoniczny, pamiętający jeszcze lata dziewięćdziesiąte, miał pobrudzony cyferblat z pościeranymi numerkami. Tylko ktoś kto używał tego telefonu w czasach jego świetności mógł odnaleźć właściwe klawisze. Cały blat biurka zapełniony był starymi dokumentami, rachunkami i setkami małych kolorowych karteczek zapisanych numerami, adresami, nazwiskami. Mniej więcej na środku tego rozgardiaszu, ze sterty papierzysk wyłaniał się zielonkawy stojak na długopisy, z jednym tylko piórem wiecznym i pozostałościami po czerwonym ołówku. Niegdyś na biurku panował ład i porządek, wszystkie dokumenty poukładane były równo, a kiedyś nawet alfabetycznie, jednak Ania z natury wolała żyć w bałaganie. Stwierdziła zatem, że skoro prędzej czy później porządek zanika, a chaos przejmuje prym, nie opłaca się wszystkiego układać, że to „syzyfowa praca”. Z zamyślenia, jak z letargu, wyrwał ją dźwięk dzwoniącego telefonu. Przez pierwsze dwa sygnały nie docierał do niej, jednak z chwilą kiedy rozdzwonił się po raz trzeci, Ania wyciągnęła rękę i położyła dłoń na telefonie. Wbiła wzrok w swoje niedawno pomalowane paznokcie i szybko przyłożyła słuchawkę do ucha. -Halo? – powiedziała ciągle jeszcze będąc myślami gdzieś w północnej Irlandii, gdzie obecnie przebywał jej narzeczony. -Dzień dobry – odezwał się kobiecy głos – czy to firma remontowa Farbka? -Tak oczywiście. Czego pani potrzeba? Remont? -Mam robotę dla jednego człowieka. Chodzi o omalowanie balustrady balkonu. -Oczywiście. Proszę mi jeszcze powiedzieć, jak duża jest balustrada? – Ania już całkowicie wróciła do siebie. Skupiła się na przyjęciu zlecenia. -Nie wiem dokładnie, ale nie jest wielka, jeden człowiek na pewno sobie poradzi. -Dobrze, proszę zatem o pani adres, nazwisko i termin jaki pani odpowiada. -Ul. Kościuszki 23. Moje nazwisko Zofia Korba, pani człowiek znajdzie mnie na domofonie, niech zadzwoni to wytłumaczę mu gdzie ma iść. Jeśli chodzi o termin proponuje jutro. Najlepiej rano, żeby wyrobił się przez wieczorem. -Oczywiście, więc jutro rano może spodziewać się pani naszego malarza. Dowidzenia. -Dziękuje i dowidzenia. Ania wstała ze swojego starego, poszarpanego fotela obrotowego i podeszła do drzwi. Chwyciła klamkę, nacisnęła ją i pociągnęła mocno. Zawiasy, nie oliwione od dawna, nieprzyjemnie skrzypnęły. Dziewczynie ukazał się znany już od dawna widok - kilkumetrowy korytarz pomalowany na zielono. Obróciła głowę w prawą stronę, gdzie znajdowały się drzwi z pękniętą, acz nie wybitą, szybą. -Jacek – krzyknęła – masz fuchę na jutro.
***
Jacek jechał bordowym fordem, kupionym w komisie kilka lat temu. Już wtedy nie był pierwszej nowości. Koła starej półciężarówki toczyły się wolno, jakby ciągnięte przez szkapę, a nie blisko sto pięćdziesiąt koni mechanicznych amerykańskiej mocy. Co jakiś czas któreś z kół wpadało w dziurę w asfalcie i amortyzatory tłukły się głośno. Towarzyszył temu stukot sprzętów remontowych i puszek z farbą na pace auta. Podczas jazdy lubił palić, więc i teraz zaciągał się przyjemnym dla niego, acz szkodliwym, siwym dymem. Jacek przez cały czas patrzył na niebieskie tabliczki z białymi cyferkami, przytwierdzone do budynków. Przedstawiały one numery przyulicznych kamieniczek. Na każdej takiej tabliczce, tuż pod numerem, takim samym kolorem, za to mniejszych rozmiarów, widniał napis „Ul. Kościuszki”. -Dziewiętnaście, dwadzieścia jeden – odliczał powoli – o, jest dwadzieścia trzy – wyszeptał z pewną ulgą i zadowoleniem. Zatrzymał auto przy chodniku i wyłączył silnik; wyjął kluczyki z dyndającym wesoło brelokiem. Spojrzał na zegarek, była dziewiąta piętnaście. Wyszedł z pojazdu zatrzaskując za sobą drzwi. Samochód nie był w idealnym stanie, wiec trzeba było trzasnąć naprawdę mocno. Miał zamiar chwycić za puszki z farbą, zapakować kilka starych pędzli, które niewątpliwie przeżyły już wiele remontów, wejść do kamienicy i wykonać swoją robotę. A może lepiej byłoby najpierw znaleźć mieszkanie, w którym ma pracować? To chyba będzie lepsze rozwiązanie, tym bardziej, że wcale nie spieszyło mu się do malowania. Podszedł do sporych, brązowych drzwi i spojrzał na domofon, usytuowany po prawej stronie, tam gdzie zwykle umieszczane są tego typu wynalazki. Z kieszeni wyciągnął małą, oryginalnie białą, teraz już nieco przyczerniałą, karteczkę i spojrzał na napisane na niej nazwisko. Przeniósł wzrok z powrotem na domofon i zaczął czytać podpisy przy guzikach. Mieszkanie którego szukał było mniej więcej w środku listy. Nacisnął przycisk palcem wskazującym. Zbliżył twarz do kratki mikrofonu. -Dzień dobry, Jacek Żagiel, firma remontowa Farbka. -A tak, oczywiście. Proszę wejść na trzecie piętro, na drzwiach jest moje nazwisko, na pewno pan znajdzie. Już panu otwieram. Na te słowa, jakby na magiczne zaklęcie, zamek w drzwiach zabrzęczał. Jacek chwycił uchwyt, pchnął mocno i drzwi otwarły się szeroko. Bez wahania wszedł do środka. Od razu uderzył go zapach stęchlizny, jak się domyślał dochodzący z piwnicy. Popatrzył na ściany klatki schodowej. Roiło się na nich od graffiti i kolorowych napisów, głównie wyzwisk. Większość z nich była czerwona, pewnie napisana przez tego samego chuligana. Litery przypominały przerośnięte czerwone mrówki, tłoczące się podczas robienia zimowych zapasów. Jacek podszedł bliżej. Przeczytał jeden z napisów, który głosił „W razie pożaru popatrz w górę”. Bez wahania podniósł głowę i zobaczył kolejne, napisane w ten sam sposób, zdanie. „W razie pożaru, kretynie!” - krzyczał na niego napis. Jacek uśmiechnął się szczerze, odwrócił głowę w stronę schodów i ruszył ku nim. Miał 38 lat, był raczej nie wysoki, wzrostu przeciętnego gimnazjalisty. Szczękę miał wysuniętą, brodę zarysowaną dość wyraźnie, nie miał śladów po zaroście, który codziennie rano dokładnie golił. Włosy zaczęły mu już siwieć, a na czubku głowy rysowała się łysina. Nie miał zbyt szerokiej klatki piersiowej, muskulaturą też nie mógł się popisać. Pomimo tego, że od dziecka jadał dość sporo, był okropnie chudy. Było to wszystko, w połączeniu z jego ubiorem, jakim był niebieski strój roboczy, co najmniej o dwa numeru za duży, gdzieniegdzie pochlapany farbą w kilku kolorach i rozerwany pod pachą, iście komicznym obrazem. Palił od piętnastego roku życia, więc wejście na trzecie piętro było sporym wyzwaniem dla jego płuc. Kiedy doszedł na właściwy poziom, odnalazł wzrokiem metalowe tabliczki umocowane śrubkami do drzwi i przeczytał nazwiska widniejące na nich. Od razu zobaczył inicjały swojej klientki. Postanowił jednak odpocząć minutkę i zaczerpnąć tchu, zanim zadzwoni do drzwi. Gdyby zleceniodawczyni zobaczyła go spoconego i zdyszanego jak po przerzuceniu kilku ton węgla, bez wątpienia nie wywołałoby to najlepszego pierwszego wrażenia.
***
Część 22 / 2
Zofia siedziała na swojej nowej sofie oglądając swój ulubiony serial. Widziała wszystkie dotychczasowe odcinki, była wiernym widzem. Popijała poranną kawę, przegryzając co jakiś czas kawałkiem ciastka kupionego w cukierni za rogiem. Nogi trzymała na kraciastej pufie, dostawionej do sofy. Nie była już młodą kobietą, w tym roku skończyła sześćdziesiąt jeden lat, jednak trzymała się całkiem nieźle. Ktoś obcy zapytany o jej wiek nie dałby jej więcej niż pięćdziesiąt. Włosy, dawno już zsiwiałe, zostały starannie zafarbowane na jasno-kasztanowy kolor. Na twarzy nie było zbyt wiele zmarszczek, na pewno mniej niż u przeciętnej kobiety w jej wieku. Była niska, choć figury zazdrościła jej nie jedna młodsza koleżanka. Dwa miesiące temu jej mąż, z którym była przeszło trzydzieści lat, zmarł na raka płuc. O tym, że nie zostało mu zbyt wiele życia wiedziała już kilka miesięcy wcześniej. Lekarze dawali mu pół roku życia, przeżył drugie tyle. Zofia myślała, że pogodziła się z jego śmiercią jeszcze zanim ona nastąpiła, że kiedy umrze ona wróci do domu jakby nic się nie stało, zje kolacje i zwyczajnie pójdzie spać. Tak jednak nie było. Jego śmierć dotknęła ją jak jeszcze nigdy nic w jej całym długim życiu. Po śmierci męża sprzedała ich wielki dom, w którym sama bała się spać. Kupiła to małe przytulne mieszkano, nie daleko centrum i z niezłym widokiem z okna salonu. Chcąc zaoszczędzić pieniądze na ekipę remontową sama pomalowała ściany w pokoju gościnnym i kuchni, chodź kosztowało ją to sporo zdrowia. O mało co nie spadła z drabiny podczas malowania sufitu. Do doskonałości brakowało tylko odnowienie balustrady balkonu, która już nieco leciwa pokryła się rdzą. Najchętniej sama by to zrobiła. W zasadzie dlaczego tego nie zrobi? No tak, nieraz w nocy budzi się słysząc jakieś szmery na balkonie, patrzy przez szybę w drzwiach i widzi, lub zdaje się jej, że widzi, czyjąś twarz. Twarz jakiegoś młodzieńca z bujną blond czupryną i koszmarnym grymasem na twarzy. Więc właściwie dlaczego sama nie odmalowała balkonu? Bo po prostu się go bała. Serial kończył się już. Jeden z bohaterów wyznał miłość swojej koleżance z uczelni. Zofii aż łezka kręciła się w oku. Chwilę zadumy i wspomnień z czasów, kiedy sama studiowała, przerwał dzwonek do drzwi. Kilka sekund trwało zanim zebrała się do kupy i wstała z sofy. Kubek z resztką kawy i czarną breją z fusów położyła na stoliku. Szła już w stronę drzwi, kiedy dzwonek zagrał jeszcze raz. -Idę już, idę – powiedziała prawie krzycząc. Otworzyła drzwi. Jej oczom ukazał się chuderlawy, nie wiele wyższy od niej mężczyzna w stroju roboczym. -Dzień dobry – rzekł smętnie – Jacek Żagiel, firma remontowa… -Tak, wiem, pan do malowania balkonu – przerwała mu brutalnie Zofia. -No tak, właśnie – odparł zmieszany i wszedł do mieszkania – pomyślałem, że najpierw obejrzę balkon, muszę wiedzieć czy starczy mi tyle farby ile mam. W ogóle na jaki kolor wymalować balustradę? -Myślałam nad czarnym lub ciemnym brązowym. -To świetnie, akurat mam kilka puszek ciemnego brązu. Mógłbym zobaczyć balkon? -Tak proszę tędy – odparła wskazując ręką na drzwi salonu. Do pokoju wszedł pierwszy, Zofia zaraz za nim. Kiedy mijał telewizor ustawiony na stoliku, mniej więcej po środku długości salonu, Zofia wyprzedziła go, idąc, a raczej biegnąc w stronę balkonu. Odsłoniła koronkową firankę i przekręcając klamkę otworzyła drzwi. Jacek wyszedł na balkon i rozejrzał się powoli. Balkon wyglądał jak każdy inny, zwyczajny i pospolity. Oprócz drzwi którymi wszedł były jeszcze drugie, tej samej wielkości, prowadzące do małego pokoju. Jacek podszedł do balustrady, pochylił się nieco i dokładnie się jej przyjrzał. Była miejscami zardzewiała, na prawie całej powierzchni odchodziła od niej stara farba. Wyprostował się i odwrócił. -Myślę, że farby starczy na całość. Zanim zacznę malować będę musiał zdrapać tą starą warstwę i rdzę. To zajmie trochę więcej czasu niż przewidywałem, ale myślę, że przed wieczorem się wyrobię. Zejdę teraz do auta po farbę i potrzebne rzeczy. -Oczywiście. Drzwi zostawię otwarte, może pan wchodzić i wychodzić. Jacek wyszedł z mieszkania zamykając za sobą drzwi i zszedł po schodach. Jedyne co go teraz martwiło to ponowne wchodzenie na trzecie piętro. Z toną farby i setką pędzli. Znów spojrzał na czerwone napisy i uśmiechnął się, wspominając ostrzeżenie pożarowe. Wyszedł z budynku i staną przy aucie, żeby chwile odpocząć. Popatrzył w górę, na swoje dzisiejsze miejsce pracy. Wydawało mu się takie odległe. Znudzony wpatrywaniem się w kawał betonu wystający ze ściany dla odmiany spojrzał w dół. Na chodniku widoczne były sieci pęknięć i różnych wgnieceń. Jakby coś dużego i ciężkiego spadło tu z góry. Może doniczka? Nie, doniczka nie zrobiłaby takich szkód. To musiało być coś dużego, coś wielkości… człowieka? Tak, to mógł być człowiek. Nieważne. Jacek postanowił nie zaprzątać sobie tym głowy i wziąć się wreszcie do pracy. Najpierw jednak musi zapalić. Wyciągnął paczkę Malboro i wziął jednego papierosa do ust. Odpalił go z pomocą plastikowej zapalniczki, której żywot był już bliski końca. Płuca miał wyćwiczone do palenie, więc wystarczyło parę zaciągnięć i w palcach ściskał już tylko pożółkły filtr. Rzucił go na chodnik. Zabrał kilka puszek z ciemnobrązową farbą do metalu, pakując je do reklamówek foliowych, kilka starych, ale jeszcze nadających się do użytku pędzli i szczotki druciane różnych wielkości, wsadził do kieszeni. Z wielkim trudem nacisnął przycisk domofonu. Z jeszcze większym wysiłkiem otworzył drzwi. Poczuł jak szczotka druciana kłuje go przez spodnie w lewe udo a rączki reklamówek wrzynają mu się w dłonie. Zignorował jednak ból i rozpoczął mozolną wspinaczkę po schodach, być może jedną z najgorszych w swoim życiu. Kiedy doszedł do mieszkania pani Zofii był padnięty jak po całym dniu malowania. Z trudem łapał oddech toteż usiadł na schodku i odpoczął minutkę. W sumie odpoczywał prawie pięć razy dłużej niż zamierzał. Czuł się jednak już znacznie lepiej. Nacisnął klamkę łokciem, gdyż nie chciało mu się ponownie stawiać reklamówek na podłodze. Wszedł do mieszkania. Od razu skierował się do salonu. -Już jestem, mam wszystko. Mogę brać się do pracy. -To wspaniale – odrzekła Zofia i odruchowo spojrzała na zegarek leżący na jednej z półek segmentu. Wskazywał dziewiątą trzydzieści – napije się pan może czegoś? Kawa? Herbata? -Nie, dziękuje. Wolę od razu wziąć się do pracy, dużo roboty przede mną. -Oczywiście. Ale jeśli czegoś będzie pan potrzebował proszę powiedzieć. -Tak jest – odpowiedział lakonicznie i wyszedł na balkon – dużo pracy przede mną – powiedział sam do siebie. Wyciągnął z kieszeni pędzle i szczotki i starannie ułożył je na parapecie. Puszki farby położył w kącie balkonu. Wybrał największą szczotkę, przykucnął i zaczął ścierać rdze i starą farbę.
***
Słońce grzało tego dnia wyjątkowo intensywnie, jak na tą porę roku. Jacek wyczyścił już trzy czwarte balustrady. Ręce bolały go jak po całym dniu na siłowni. Był przyzwyczajony bardziej do subtelnych ruchów pędzlem niż do kilku godzinnego ścierania farby z metalowych prętów. Był jednak uparty. Tak łatwo nie odpuści. Skończy ten balkon dziś, choćby nie wiem co. Żołądek zaczął prosić się o chociaż symboliczny kęs czegokolwiek co da się zjeść. Ile właściwie już pracuje? Popatrzył na zegarek. Musiał przetrzeć go o kombinezon, gdyż cały był w rdzawym pyle, podobnie zresztą jak pół balkonu i prawie całe jego ciało. Nawet w uszach czuł pył. Dla czego nie ubrał jakiejś maski? Rękawic? Nie wiedział. Wskazówki wskazywały czternastą czterdzieści sześć. Teraz myślał tylko o tym, że jest potwornie głodny, nie jadł nic od siódmej, a i wtedy zjadł niewiele. Podniósł się z klęczek. Kręgosłup nieprzyjemnie i nieco boleśnie strzelił mu w okolicach krzyża. Zadumał się przez chwilę patrząc na oświetlone dachy domów. Zastanawiał się czym były te głosy które słyszał co jakiś czas za plecami, podczas swojej pracy, a kiedy się obracał wszystko cichło. Może to telewizor z salonu, albo odbijające się głosy ludzi przechodzących pod nim? Nie, ten głos to było coś innego, ten głos brzmiał jak coś nie z tego świata, jak coś… no właśnie, co? Żołądek przerwał jego medytację długim i głębokim burknięciem. Otrzepał się z pyłu i przeszedł przez drzwi do balkonowe. -Myślę, że mógłbym sobie zrobić małą przerwę. Wyjdę na miasto i zjem coś. -Skoro pan chce. Myślała, że zje pan ze mną, ugotowałam pyszną pomidorową. -Hmm – zastanowił się. Ostatnie o czym marzył to była znienawidzona przez niego zupa pomidorowa – Niestety nie przepadam za pomidorową. Ale dziękuję. Zjem coś na mieście i zaraz wrócę do pracy. Wyszedł z mieszkania. Znów będzie musiał zejść i wejść po tych pieprzonych schodach. Trudno. W tej chwili dla jedzenia skoczyłby nawet z balkonu. Że co?! Dlaczego o tym pomyślał? Zastanowił się przez chwilę. To pewnie przez zmęczenie. W zasadzie na pewno przez to. A teraz do dzieła, zjedzmy coś. W sporym pośpiechu szedł schodami na sam parter i wyszedł z budynku. Mimowolnie spojrzał na pęknięcia w chodniku. Stwierdził, że kiedy wróci musi zapytać o to panią Zofie. Postanowił iść na piechotę, wolne miejsca parkingowe o tej porze w centrum miasta były tak prawdopodobne jak atak meteorytów na stolice. Nie znał okolicy, więc szedł przed siebie nie skręcając w żadne boczne uliczki, żeby nie zabłądzić, a po posiłku wrócić bezproblemowo do mieszkania pani Zofii i dokończyć pracę. Wypatrywał jakiegokolwiek baru lub restauracji. Jest! Tam po prawej, po drugiej stronie ulicy. Przeszedł na prawą stronę i otworzył drzwi restauracji „U Jasia”. Od progu jego nozdrza uderzył zapach schabu i zasmażanej kapusty. Żołądek jeszcze bardziej wariował mu w brzuchu. Z rozpaczą spostrzegł, że nigdzie nie ma wolnego stolika. Nie ma co się dziwić, była pora obiadowa, a restauracja znajdowała się w centrum miasta, nieopodal rynku. A może jest nadzieja? Jacek zobaczył, że w samym koncie, pod zwisającą wesoło zieloną paprocią jest jeden, dwuosobowy stolik. Bez wahania podszedł do niego szybkim krokiem i zajął miejsce. Nie musiał długo czekać, kelnerka zjawiła się od razu podając mu kartę dań. - Proszę – powiedziała uprzejmie. -Nie dziękuję, zamówię od razu. Proszę filet z kurczaka z frytkami. -Oczywiście, dziękuje za zamówienie – odparła dziewczyna, obróciła się na pięcie i poszła do kuchni złożyć jego zamówienie. Podczas chodzenia, przyjemnie dla oka, ruszała pośladkami, które podobnie jak całe jej młode ciało były łapczywie obserwowane przez męską część klientów restauracji. Jacek rozglądał się po sali, częściowo z ciekawości, trochę też z nudów. Nagle naszła go myśl, że prawie wszyscy ubrani są w ładne i eleganckie stroje, tylko on, sam jeden, ubrany w potargany, umazany farbami i zakurzony kombinezon, w dodatku zwisający na nim jak na…