Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 35 min czytania

Ballada o Mgle, Lesie i Rzece

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ballada o Mgle, Lesie i Rzece

Część pierwsza - Mgła, czyli pożegnania.

Pamięć jest jak szalona kobieta, która zbiera jedzenie i wyrzuca kolorowe szmaty. On już nic nie pamiętał. 'Dwa plus dwa równe cztery. Wiem, jak wrócić do domu.'. Wiley uwielbiał podróżować. Od kiedy skończył dziesięć lat często wyruszał na samotne spacery wzdłuż plaży. Niekiedy znikał na cały dzień i wracał dopiero na kolację. Zastawał wtedy ojca siedzącego przy stole w salonie i palącego papierosa. Wiedział, że czekali na niego i że się martwili. Wtedy pokazywał im swoje znaleziska. Kawałek drewnianej konstrukcji, który Rzeka wyrzuciła na brzeg w pobliżu zatoki, i który potem dał w prezencie Leeanie, żeby mogła w nim urządzić domek dla lalek. Kiedy indziej przyniósł niewielkie, metalowe pudełko, którego nigdy nie udało mu się otworzyć. Najbardziej lubił początek każdej wycieczki. Uwielbiał poranny śpiew ptaków i orzeźwiający zapach rosy, które otaczały go, kiedy wcześnie wychodził z domu. A kiedy po kilkunastu godzinach włóczęgi zmęczony wracał do domu i po kąpieli zasypiał w fałdach świeżej pościeli, przypominał sobie, że lubił także zakończenia. W każdym zakończeniu ukryta była jakaś nauka. I początek czegoś innego, nowego. Właśnie tak wyobrażał sobie piękno nierozrywalnego mariażu przyczyny i skutku. Kilka lat później umarła jego matka, pani Jenice-z-Rogów. Ten koniec też okazał się początkiem. Wtedy tak naprawdę zaczęła się cała ta szalona historia - w dniu jej pogrzebu. Ciężko wyobrazić sobie bardziej przygnębiającą pogodę na taką uroczystość. Wszystko dokoła było szare, przesłonięte welonem mgły. Nawet tańczące na kanoe płomienie zniczy wydawały się rozmywać i powoli, ale konsekwentnie wsiąkać w krajobraz. Ubranie Wileya było przesiąknięte wilgocią i zimne. Wzdrygnął się, kiedy delikatna bryza przylepiła materiał do skóry. Wtedy nie zrozumiał otaczającej go aury rozpaczy. 'Gdzie ona płynie?'. Ojciec powiedział mu, że mama chce wpisać się do rejestru doktor Breuck. I że będą za nią bardzo tęsknili. Jednak Wiley w jego szklistym wzroku dostrzegał coś więcej, niż zwykłą tęsknotę. Czegoś brakowało tym oczom. Pamiętał ten wzrok... Ojciec kochał ją w ten wyjątkowy sposób. Ich uczucie nigdy nie przygasało, nie zbierał się na nim kurz, który od czasu do czasu wypadałoby zdmuchnąć. Zawsze patrzyli na siebie tak samo - od momentu, kiedy właściwie po raz pierwszy siebie zobaczyli. Wtedy miłość była jak przeźroczyste powietrze, upajała jak najlepszy koniak. Tego dnia stała się jadem. Mieszała się z krwią, poruszała każdy nerw. Zaciskała dłonie w pięści, dławiła i dusiła. Plemienne bębny poruszyły mgłą. Zerwał się wiatr. Łódź zakołysała się lekko. Miała tylko dwadzieścia osiem lat. Była szamanką. Zajmowała się myślącymi maszynami. Przesiadywała w Bibliotece i całymi dniami obracała w dłoniach jakiś kawałek elektroniki. Przychodziła na wykopaliska. Odtwarzała technologię naszych przodków. Była mądra. I taka piękna. Wszyscy ją uwielbiali. Uroczystość przeciągnęła się do wczesnego wieczora. Ostatnia osoba opuściła kamienistą plażę, kiedy znowu zaczęło padać. Miasto wydawało się trochę bardziej senne niż zazwyczaj. Wielkie krople bębniły o szyby, wygrywając hipnotyzujące melodie. Wkrótce większość mieszkańców uległa przygnębiającej atmosferze i poszła spać. Światła paliły się jeszcze tylko w Bibliotece i kilku pojedynczych mieszkaniach. Nazajutrz znowu świeciło słońce. Mgła stała się zaskakująco rzadka jak na tą porę roku. Później minęło jeszcze kilkanaście miesięcy i życie zdawało się powracać do normalności.

***

Wśród Starszyzny nastąpił rozłam. Część Rady opowiedziała się za zbadaniem terenów poza Miastem. Chcieli wysłać tropicieli, zwiadowców, być może odnaleźć inne miasta. Nagle wszędzie dokoła zapanowała moda na cele. 'Przecież w jakimś celu nas tu umieszczono.' - mawiano. Inni straszyli starymi baśniami o przerażających bestiach czających się we mgle, o Aniołach i polach radiacji. I rzeczywiście - z podjętych ekspedycji nikt nie wrócił.

***

Wiley dokładnie pamiętał także dzień, w którym podjęli decyzję o ucieczce. Chcieli popłynąć wzdłuż Rzeki. Mieli niewiele do stracenia. Ojciec zatracił się w alkoholu niedługo po tym, jak lady Jenice wyruszyła w najdłuższą z podróży. Miasto też miało im niewiele do zaoferowania. Albo studia w Bibliotece albo nieustające szaleństwo: alkohol, wyniszczające używki i zabawy przy ogniskach na plaży. I wieczny strach. Przerażenie, które odbijało się we wszystkich oczach. Obawa przed Mgłą, Rzeką i Lasem. Strach przed grzechami ich pradziadów, które mogły one skrywać. Wszechobecna melancholia, dekadencja, beznadziejne marzenia o przywróceniu porządku Starego Świata. O podniesieniu nieba, które na nas spadło. To wszystko, o czym zawsze się milczało, bo było to boleśnie oczywiste. Była wiosna, jeden z pierwszych dni kwietnia. Wiley pamiętał, że tego dnia zbrojni znowu musieli zatłuc jakiegoś włóczęgę, który wrócił z Lasu i przyprowadził za sobą roje much i zarodników. Pamiętał większość rzeczy, nie miał tylko pewności co do tej feralnej rozmowy. Jak ona się w ogóle zaczęła? - Co chcecie z tym zrobić? - wskazał na łódź. Drewniano-stalowa konstrukcja kołysała się, częściowo zanurzona w wodzie. Biała farba marszczyła się i odpadała płatami. W okolicach dzioba widać było surową stal. Na pokładzie znajdowała się niewielka nadbudówka, zdolna pomieścić jednocześnie co najwyżej dwie osoby. Jedyną pozostałość po omasztowaniu stanowił fantazyjnie wygięty i ułamany pręt. Wiley podejrzewał, że brakuje dość sporej jego części. - Zamierzamy popłynąć po mamę. Oderwał wzrok od łodzi i spojrzał na Leeanę. Osłupiał. Leeana miała dziewięć lat, była jego siostrą. Czasem przychodziły jej do głowy różne pomysły, i zbyt często były niebezpieczne. Była podobna do niego. Musiał jej pilnować przez cały czas. - Oszalałaś? Żachnęła się. - Miała wrócić już dawno. Nie ma jej od miesięcy. Wiley, może coś się stało? Milczał przez chwilę. Poczuł, jak szczypiąca, cienka szybka pokrywa jego oczy. Przygryzł wargę i przywołał się do porządku. - Ona nie wróci. Już nie wróci. Nikt, kto popłynął Rzeką nie wrócił. Nigdy nikogo nie znaleźli. - Nie mów tak! Dlaczego... nie wróci!? Zaczął myśleć nad odpowiedzią. Rozejrzał się wokół. Znajdowali się w drewnianej chatce. Dawniej używali jej poławiacze. Gromadzili tu różne przedmioty, które wyrzuciła Rzeka, żeby później móc je badać. Na wiosnę, kiedy przez większą część dnia padał deszcz, wody wzbierały i zalewały część konstrukcji. W końcu smród gnijącego drewna stał się dla nich zbyt uciążliwy i od tamtej pory służyła przyjaciołom Wileya za schronienie. - Nie wróci, bo już nas nie kocha. Ani taty. Jesteśmy zbyt głupi. Pożałował tych słów, zanim jeszcze dokończył zdanie. Leeana przez moment patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, po czym opuściła głowę. Jasna twarz skryła się za zasłoną gęstych włosów. Zaczęła cichutko chlipać. - Wiley, ale z ciebie palant - odezwał się Colleen. - Rzeczywiście chyba zaczynasz durnieć. Zaciągnął się papierosem i pokręcił głową z dezaprobatą. - Nie jestem głupia... - łkała Leeana. - Przepraszam. Po prostu... - Wiemy - uciął Colleen. Nagle zapanowało milczenie. Wiley westchnął ciężkim od zgnilizny i papierosowego dymu powietrzem. Czuł, że decyzja już zapadała. Zabrakło mu argumentów. 'Najgorsze jest to, że ja chyba chciałem wyruszyć. Dopiero teraz przypominam sobie, że ta chęć tkwiła we mnie już od jakiegoś czasu. Chociaż... Może tylko tak mi się teraz wydaje?'.

***

W nocy miał sen... Śniła mu się Alicja... Jej widok zapierał dech w piersiach... Czarne, kręcone włosy... Opadały wokół jej twarzy... Była naga... Jej wspaniałe oczy płonęły... A on... On oddychał benzyną.

***

Zerwali się wcześnie rano i rozpoczęli przygotowania. Ukradli jedzenie, wodę i piwo. Alicja przytwierdziła swoją balisetę do paska u spodni. Nie byli w stanie odwieść Leeany od przyłączenia się do nich. Wyprowadzili łódź na głęboką wodę i wsiedli. Długim, cienkim szigarutem przywiązali łódź do brzozy stojącej opodal Kozich Skałek, ponieważ ich plan przewidywał do pewnego momentu możliwość powrotu. Mogli wypłynąć kilkanaście metrów w głąb Mgły i w razie wątpliwości za pomocą szigarutu przeciwstawić się rwącemu prądowi i jeszcze wrócić na brzeg. Ale linka okazała się zbyt cienka. Pękła przy pierwszym naprężeniu. Był pogrzeb, rozmowa i zerwana linka. Nie było żadnych pożegnań. Tak, dokładnie tak to się zaczęło.

***

Część druga - Las.

Rzeka miejscami wiła się jak wrzucony na rozżarzone węgła wąż. Co kilka minut napotykali na zakole i osiadali na mieliźnie. Wspólnymi siłami starali się zepchnąć łódź z powrotem na głębszą wodę. Brzegi raz po raz niebezpiecznie zbliżały się do siebie i na pokład wdzierały się cienkie, kłujące gałęzie. Kiedy indziej znów przez kilkanaście godzin cały czas płynęli prosto. Nabierali prędkości i wiatr podrywał poły ich koszul. Rzeka rozlewała się na kilkanaście metrów wszerz i znów zostawali sami, pośród mgły. Wielka, krwawoczerwona tarcza słońca przesuwała się ponad nimi, powoli odliczając kolejne godziny. Niebo niezmiennie trwało w zimnej, szarej tonacji. Tak samo wyzute z innych kolorów rano i wieczorem. Opuścili łódź po czterech dniach dryfowania. Częściowo ze względu na kończące się zapasy, częściowo ze znużenia jednostajnym kołysaniem łajby. Mieli też szczerze dość własnego towarzystwa. Wiley regularnie awanturował się z Colleenem. Za którymś razem omal nie wywrócili łodzi do góry dnem. Leeana już w parę godzin po wyruszeniu zaczęła tęsknić za domem i często płakała. Alicja starała się zainteresować ją grą na balisecie, z umiarkowanym skutkiem. Tylko wieczorami, kiedy wypili trochę piwa i usiadłszy w kole śpiewali swoje ulubione piosenki, cała wyprawa na kilka godzin nabierała sensu. Jakiegoś trudnego do opisania posmaku celowości. Jednak potem alkohol wietrzał. Jedno po drugim zasypiali z papierosami w rękach, Wiley i Alicja wtuleni w siebie po jednej stronie łodzi, reszta po drugiej. Colleen czasami na długo zamierał w półsiedzącej pozycji i obserwował wyłaniające się co kilka chwil z mgły gałązki. Brakowało im gwaru miasta. Codziennej nudy, która wcześniej ich irytowała. Ich jasno i wyraźnie zakreślony plan tracił na swojej ostrości. Szczęście i wolność, których szukali, zostały daleko za nimi i oddalały się jeszcze bardziej - z każdą minutą, godziną, dniem. Została tylko wszechobecna dzicz. W końcu dojrzeli do podjęcia decyzji. Postanowili zawrócić. Nie mogli płynąć pod prąd, więc przybili do brzegu i zeszli z łajby. Las sprawiał przytłaczające wrażenie. Przyzwyczaili się do nieprzerwanie wiejącej wzdłuż rzeki bryzy i teraz nieruchome powietrze zdawało się zawierać w sobie jakąś groźbę. Przesycone zapachami i wilgocią, ciężkie. Po kilkunastu minutach przedzierania się przez zarośla byli cali mokrzy od potu. Szybko otoczyły ich roje muszek. Rozłożyste paprocie przylepiały się do ciała, stopy grzęzły w mieszaninie mchu, błota i jakichś pnączy. - Nie mam siły. - w pewnym momencie Leeana usiadła na jakimś pniaku i przybrała zacięty wyraz twarzy. - I chcę siku. O ile Wiley i Colleen nie mieli problemów z załatwianiem się na łodzi, o tyle dziewczyny znajdowały się w bardziej skomplikowanej sytuacji. Wiley natychmiast zbeształ się w myślach za swoją bezmyślność. Rozeszli się. Wiley i Collen ruszyli w kierunku lasu, a dziewczyny - w stronę wybrzeża.

***

Przedzierali się przez chaszcze, nie odzywając się do siebie. Wiley nie lubił tego rodzaju ciszy. Nie miał Collenowi nic do powiedzenia. W zasadzie nie miał dla niego nic oprócz sarkazmu i ponurych spojrzeń. Milczenie, które ich ogarnęło, było jak ciężkie, wilgotne powietrze, które w każdej chwili mogło zostać rozerwane błyskawicą. - Idę tędy. - stwierdził w końcu sucho i skręcił.

***

Słońce zaczęło już chować się za horyzont. Spłoszone jakimś dźwiękiem ptactwo zerwało się do lotu. Alicja ocknęła się z zamyślenia. Leeany wciąż nie było. 'Jak długo jej już nie ma?'. Kiedy jednak zaczęła się poważnie martwić, spostrzegła ją, wyłaniającą się z gęstwiny. Szarpała się z jakimś przedmiotem. - Patrz! Patrz, co znalazłam! - pęczniała z dumy. Była cała ubłocona, nawet buzię miała utytłaną w ziemi. Rzuciła ciężką, trójkątną płytę pod nogi Alicji. - Leeana gdzie ty się tak ubabrałaś? Wiley się wścieknie. - No patrz! - wskazała na znalezisko. Trójkąt był cały zardzewiały. Żeby dokładniej mu się przyjrzeć, Alicja musiała najpierw oczyścić go z porostów. Był żółty, z czerwoną oblamówką. Na środku widniał duży, czarny wykrzyknik. Wyglądał zupełnie jak... 'Chryste!'. Westchnęła z zachwytem. Przecież mieli takie same w Mieście! - Gdzie to znalazłaś? - teraz w jej głosie słychać było napięcie. Leeana napuszyła się jeszcze bardziej, widząc, że jej artefakt wywołał na Alicji wrażenie. - Chodź, pokażę ci - zaproponowała łaskawie. Alicja zawahała się na moment. Znalezisko takie, jak to, mogło świadczyć o bliskości jakiegoś innego Miasta. Podobno nikt nie widział takiego od setek lat! Być może uda im się... Zamilkła na dłuższą chwilę i zastanawiała się. Ciekawość jednak zwalczyła rozsądek. Wstała i pozwoliła się poprowadzić Leeanie przez zarośla.

***

Colleen wlókł się powoli pomiędzy wysokimi drzewami. Zbliżała się już noc. Mgła znowu zgęstniała i chyba zanosiło się na deszcz. Szedł nie zwracając uwagi na siekające jego skórę cienkie pędy. Czuł się jeszcze paskudniej niż zazwyczaj. Nie mógł znieść poczucia bezradności, które ogarniało go ostatnio bardzo często. Nie znosił widoku Wileya i Alicji wtulonych w siebie, trzymających się za ręce, całujących się. Wiedział, że musi się z tym pogodzić, ale nie mógł. 'Gdzie ja w ogóle jestem?'. Podniósł głowę i zamarł. Jego wzrok padł na wysoką, białą postać. - O kur... - nie dokończył, wzdychając z nabożnym strachem. Postać teraz stała nieruchomo. Ale mógłby przysiąc, że jeszcze przed chwilą się ruszał! Był co najmniej dwa razy wyższy od niego. Był prawie nagi, tylko jego lędźwie okrywała biała szata. Zastygł w dziwnej pozycji, czymś pomiędzy skradaniem się a paniczną próbą ucieczki. Z pleców wystrzeliwały wysoko pomiędzy drzewa dwa potężne skrzydła o mieczowatych piórach. W jednej chwili wszystko stało się śmiesznie jasne. - Pieprzony pomnik! - szepnął Colleen i poprawił okulary. Odetchnął z ulgą. Czuł, jakby uszło z niego powietrze. Miał ochotę zaśmiać się głośno z własnej głupoty. Patrzył na marmurową rzeźbę. 'Tylko skąd do cholery rzeźba w takim miejscu?'. Rozejrzał się. - Alicja? Stała w cieniu drzewa. Wyprostowana, cała napięta. Niemal się jej przestraszył. - Alicja, to ty? Co tu robisz? - Przyszłam do ciebie. Poczuł, że serce bije mu jak oszalałe. - Do mnie? Postąpiła kilka kroków w jego kierunku. Jej smukła figura wyłoniła się z cieni drzew i teraz mógł ją podziwiać w pełnej okazałości. Idealna talia, idealne nogi. Rozognione oczy. Kaskada ciemnych włosów, które wspaniale połyskiwały za każdym razem, kiedy odwracała głowę. Jego nimfa. - Tak. Wiesz, zawsze myślałam, że między nami... Coś iskrzy. Poczuł, że traci oddech. - Na... Naprawdę? Podeszła jeszcze parę kroków. Teraz stała już bardzo blisko. Jeszcze kroczek. Chwyciła go za jasne włosy i przyciągnęła jego usta do swoich. Zaczęło padać.

***

Słońce zaszło już kilkanaście minut temu. Po krwawoczerwonym blasku przezierającym spomiędzy gałęzi nie pozostał już nawet ślad. Wspinały się po stromym zboczu. Niewyraźna ścieżka wśród drzew pięła się pod górę. Właściwie nie była to nawet ścieżka, tylko zwykłe przerzedzenie wśród gęstwiny. Stok coraz bardziej się pochylał. Od pewnego momentu musiały już zacząć wspinać się na czworaka. Wydostały się z plątaniny krzaków i otoczyła ich brzezina. Drzewa wyrastały z ziemi pod ostrym kątem, niemal poziomo. Sterczące z ziemi kamienie stawały się coraz ostrzejsze, skalne półki - coraz wyższe. Całość przypominała wyrzeźbione przez naturę olbrzymie schody, wyściełane spływającym z samej góry gęstym dywanem ściółki. Schody prowadzące do czegoś... zakazanego. 'Jak ona tam wlazła?'. - Widzisz? Popatrz tam! - Leeana wycelowała palcem w ciemność. Alicja nie mogła wyłowić niczego z bezkształtnej masy liści i smug deszczu. - Chodź, zobacz! - Leeana złapała jej rękę i pociągnęła za sobą w gąszcz. Zaczęły szybko biec po rozmiękłym mchu. Kilka razy poślizgnęły się, ale entuzjazm Leeany udzielił się już Alicji i żadna z nich nie zwracała już uwagi na zadrapania i siniaki. Oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Z mroku, powoli, jedna za drugą, zaczynały wyraźniej odcinać się sylwetki budynków. Jeden niski, na lewo od nich. Prawie w całości pochłonięty przez roślinność. Z wybitych okien wystrzeliwały grube gałęzie. Dach był już w strzępach. A naprzeciwko następny, jeszcze większy. Puste okna ziały czernią, jak oczodoły czaszki jakiegoś ogromnego monstrum. Zatrzymały się. Im dłużej się rozglądała, tym więcej szczegółów odcinało się od półmroku. Niedaleko nich sterczała z wysokiej trawy latarnia. Trzy plastikowe kule wciąż wisiały na zardzewiałych łańcuchach. Trochę dalej, na prawo, dostrzegła rzędy pawilonów i górujące nad nimi kamienice. Wszystko to stało nieruchomo, szare, niewyraźne. Wolną przestrzeń pomiędzy ścianami wypełniały wysokie hałdy gruzu. Znajdowały się w starożytnym mieście. Stąpały po potłuczonym szkle. Otaczały ich olbrzymie ilości stali i betonu. W powietrzu unosiło się coś... Zapach starości. I coś jeszcze. Alicja poczuła strach. Przejmujące, chłodne ukłucie niepokoju. Zesztywniała. Coś zaszeleściło wysoko, wśród liści. Odskoczyła z wrzaskiem, kiedy…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Ballada o Mgle, Lesie i Rzece — czytnik · opowiadania