Inne · 6 min czytania
Bałtycka impresja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Dojechaliśmy. Pociąg wtaczał się na stację, jeszcze bardziej niż my znużony podróżą. Koła obracały się coraz wolniej i wolniej, by w końcu znieruchomieć na dobre. Wszystko wydawało się być zawieszone, unieruchomione. Nawet rozgrzane słońcem powietrze przestało drgać. I nagle trzask otwieranych drzwi, szuranie bagażami, tutpot setek nóg na peronie. Ostatnia stacja. Dalej nie ma nawet już torów. Tylko ten bezmiar błękitu. Wyjrzałam przez otwarte okno. Tłum podróżnych powoli opuszczał ciasny peron. Mężowie z żonami, matki z dziećmi, dzieci z psami. Bagaże- plecaki, walizki, torby, siatki, pudła. Gdyby rozejrzeć się dokładnie możnaby w tej porażającej nawałnicy bagaży odnaleźć pewnie kufer podróżny z ubiegłego stulecia. Lubię odwlekać moment wysiadania z pociągu, tę tajemniczą chwilę, kiedy po długiej podróży opuszcza się znane terytorium i wysiada na dziki, nieodkryty ląd. Myślę wtedy o sobie jako o podróżniczce, prawdziwym odkrywcy, który po raz pierwszy stawia stopę na niezbadanej ziemi. To emocje o jakie niezwykle trudno w naszych czasach- kiedy wszystko jest znane, odkryte, zużyte. Ostatni pasażerowie opuszczali wagony. Czułam się dziwnie poddenerwowana. Zdjęłam plecak z półki i głęboko odetchnęłam. Ostatni rzut oka na opuszczony przedział- puste butelki po napojach, niedojedzona kanapka dziewczyny z naprzeciwka, zaczytana gazeta, którą zostawił starszy mężczyzna z miejsca przy drzwiach przedziału. Żadnych śladów po mnie- tak jakbym nigdy nie istniała, nigdy nie przebywała w tym przedziale. Puste miejsce, które za godzinę zajmie nieznany zmiennik. Przesiedzi na nim kilka godzin- tak samo anonimowy jak ja, bogatszy tylko o sierpniowe słońce, zaklęte w opaleniźnie. Pewnie będzie spał całą drogę, rozkoszując się snami pełnymi szumu morskich fal i letniej bryzy. A potem wysiądzie na nagrzany popołudniowym słońcem peron, rozejrzy się i pójdzie w swoją stronę. Podniosłam plecak i zarzuciłam go na plecy, mocno zaciskając paski. Trzymaj się- pomyślałam, czując kolejny przypływ zdenerwowania. To moje pierwsze wakacje nad morzem, usprawiedliwiłam się w myślach i ruszyłam przed siebie. Dwa kroki przez przedział, dwanaście korytarzem wagonu. Dworzec, schody, przejście podziemne. Ulica. Jestem. Najmocniej uderzył mnie wiatr. Wieje zupełnie inaczej niż u nas. Powietrze niesie ze sobą dziwaczny zapach, coś na kształt obietnicy, jakby zaproszenie- idź dalej, chodź, pokażę ci coś, czego nigdy nie widziałaś. I sierpniowe słońce- jest ranek, wczesny ranek a słońce zdążyło już nagrzać asfaltowy podjazd przed dworcem. Powietrze drży i wibruje, poruszane niewidzialną siłą. Ruszam przed siebie. Sandały przykleiły się do czarnej mazi, jakby coś chciało mi…