Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Środowisko · 9 min czytania

Banalne

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Biegnę po linii, między drzewami, a polem - tam, dalej jest ferma kur, stamtąd właśnie przyszedłem. Nie z fermy, ale z tamtej strony. Przebiegłem obok górki, potem przez puste pole. Zbieram żonkile, patrzę na niebo - namalowany na nim wielki żółty kwiat, na którego na pewno jest jakiś sposób. Ona mówi, że nie możliwe, żebym był tak piękny sam z siebie. Wczoraj spotkaliśmy się za filarem, miała modne spodnie i różową szminkę. Podarowała mi bukiet omiegów. Mówi, że pasują mi żółte kwiaty. Zerkam na zegarek - bez gwizdków, pokręteł i trzech tarczy z dziewięcioma wskazówkami. Mam prosty zegarek, który wskazuje szóstą. Czas wracać do domu. Obudzić się z fantasmagorii, zjeść na śniadanie produkty mączne, kawałek mięsa i może coś z nabiału, oraz marchewkę umyć potem zęby żółtą szczoteczką. Niebo czerwone jak beret Che Guevary - nadchodzi wieczór. Żyję samotnie, ale odczuwam czasem chęć żeby ją zobaczyć, zagrać na gitarze basowej pod jej domem, zapukać do drzwi i umalować jej usta tą różową szminką, która zawsze leży na stoliku w przedpokoju. Zamówić pizzę numer 1 - sos, ser, oregano. Pociąć jej zasłony. Miłość i zniszczenie - to takie metaforyczne. A ona nie będzie mówić niskim głosem, jak te seksowne, aksamitne prezenterki w telewizji, które muszą być dla mnie seksowne. Wyrzuciłem telewizor. Rzeźnia charakterów. A ona znów zacznie się dziwić nad moją rzekomą urodą, przywoła jakiś cytat z Bułhakowa. Ma na imię Małgorzata. Uwielbia pisać listy, dla mnie zawsze na końcu odbija swoje uszminkowane na różowo usta. Jej pismo jest bardziej czarne, bardziej mocne niż moje. Ma hiszpańskie korzenie, bardzo dobrze mówi po hiszpańsku, często przez sen, chociaż słyszę to tylko wtedy, kiedy zamknę się u niej na balkonie na noc, a ona myśli, że już wyszedłem. W swoich listach pisze "luna" i "amar". A ja nie jestem młodym Werterem, pisze bardzo kiepsko, bardzo naiwnie. Nie jestem nawet interesującym pseudointelektualistą. Tak, jestem banalny. Wkładam jej tylko żółte tulipany do kopert i liżę tę górną, lepką część, potem zaklejam i wrzucam do żółtej skrzynki przed moim domem. Wychodzę z domu zmierzam na autobus. Zastanawiam się, jak wygląda świat z perspektywy mojej żuchwy. Mam za szerokie zęby i wystają pod skórą na boki, tuż przy ustach. A kiedy się uśmiecham po lewej stronie robią mi się trzy wąskie dołki. Moje zęby zobaczyły silną pięść, a oczy - faceta w czarnej koszulce, obwieszonego w dodatku, czymś jak trofea archeologa - kości, zęby, jakieś etniczne wisiorki z drewna. Nogi uginają się, padam na ziemię. Jest bardzo zimna i sucha. Nierówna i szara, ale nie mam czasu zastanawiać się nad tym, podjeżdża mój autobus, macham ręką do kierowcy, a poobwieszany facet przeprasza mnie i podaje rękę żebym wstał. Czy to wydarza się cud? Facet, od którego dostałem znienacka w zęby pośrodku miasta przeprasza mnie i podnosi. Ludzie są tak cudownie nieoczekiwani. Korzystam z jego pomocy. Teraz mężczyzna jest tak uprzejmy, że skapuje na moje buty. Uprzejme są jego stopy w czarnych sandałach, uprzejme są pomoce ręce i miły uśmiech. Jest uprzejmy od stóp do głów i vice versa. Biegnę do autobusu i wydarza się kolejny cud. Kierowca otwiera mi drzwi. Dziękuję i rzucam się na siedzenie. Chcę zapiąć bluzę, bo panowie kibice naprzeciwko patrzą na mnie dziwnie. Mam zepsuty haczyk. - Czytajcie prasę niezależną. Odwracam się, nie prowokuję, uciekam, myślę o Małgorzacie, lubię mówić z nią. Razem, jednocześnie. Ona siedzi na stoliku, który zrobiła z butelek po winie, ja odchylam się do tyłu rozkompresowując kręgosłup. Kiedy ona mówi, jakby szczere złoto wysypuje się z jej ust, prosto na moje kolana. Słowa uderzają we mnie z żywą mocą i zapuszczają korzenie na moich spodniach, a kiedy z niej wypływa ten wodospad szlachetnego kruszcu ja otwieram usta mówię coś prostego, recytuję wiersz, albo opowiadam jej o czymś, czego nie znoszę - wypadają żółte kwiaty, wieńczą złote potoki wypływające z Małgorzaty. Oboje chętni patrzeć i słuchać współgrania naszych słów, nie przywiązujemy wagi do znaczeń. Forma ponad treść. Przesuwam językiem po zębach, czuję delikatną świeżość taniej pasty. Marzę, żeby poczuła ją też Małgorzata. Staram się dostrzec jak najwięcej szczegółów. Chcę być intelektualistą, patrzę więc z innej perspektywy - perspektywy jamy ustnej, staram się dostrzegać szczegóły. Jak intelektualista w operze rozróżnia poszczególne…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%