Fantasy · 38 min czytania
Banici z Shirr - Rozdział III
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Banici z Shirr - III
III Pobudkę zrobił im Tremgard, każdego trącając w ramię. Gdy tylko mruganiem powiek odpędzili sen, natychmiast posłyszeli, że gdzieś w pobliżu rozgorzała walka. Rodylk stał z obnażonym mieczem i patrzył w ciemność. Zerwali się na nogi, sięgnęli po oręż. - Kruca! Mówiłem, że tak będzie - stwierdził półgłosem Hinsik, zaciskając dłonie na masywnym stylisku swego bojowego młota. Reszta drużyny otoczyła obóz z orężem w ręku. Czekali. W ciszy nocy, jaka zapadła na dłuższą chwilę, rozległ się tupot czyichś stóp. Zbliżał się w ich kierunku. - Panowie, uwaga - dobiegł wszystkich głos Castolsa. - Jeden. Za nim cała kupa - stwierdził Rodylk, którego oczy najlepiej spośród nich przywykły do mroku. - Ten pierwszy to prawdopodobnie niedobitek - powiedział Vlad, patrząc na Castolsa, który skinął głową, zgadzając się. - Przepuszczamy go, reszta pod nóż - zakomenderował. Wszyscy zbliżyli się do Rodylka, formując linię. Jedynie hrabia Meniers, będąc nieuzbrojonym, pozostał z tyłu. Sięgnął po leżący na stercie opałowego drewna suchy konar i zaczął go przekładać z ręki do ręki. W zasięg słabego ogniskowego światła wbiegł mężczyzna, łysy jak kolano, niski i dość korpulentny. Dzierżył w ręku solidny topór. Na moment się zawahał, dostrzegając ich szereg. - Tu do nas - usłyszał i już bez dalszej zwłoki dobiegł do drużyny. - Ośmiu skurwysynów - wysapał. - Rezuny zwykłe, parszywa zbieranina. We śnie na nas napadli, wszystkich wycięli. Próbowali mnie okrążyć, więc ucie... Nie zdążył skończyć, bo pościg stanął z nimi oko w oko: ośmiu mężczyzn z twarzami uczernionymi sadzą. Zasapani równie mocno, co uciekinier, zatrzymali się, taksując przeciwników rozognionym spojrzeniem. - Nie bierzemy jeńców - rozległ się chrapliwy głos Castolsa, który zaraz potem runął na nich z wzniesionym mieczem. Reszcie nie trzeba było dwa razy tego powtarzać. Hinsik, atakujący z prawej strony, ze świstem machnął młotem. Rozległ się bardzo brzydki odgłos i wkrótce jeden trup ze strzaskaną głową legł na wilgotnej od nocnej rosy ziemi. Castols potężnym cięciem brzeszczota rozpłatał drugiego, prawie odwalając mu całe ramię. Tremgard wpadł między dwóch przeciwników, nisko, na mocno ugiętych nogach. Obydwu załatwił tą samą metodą: podbijał ostrze miecza i uderzał w nogę, a zaraz potem, gdy na moment schylali się, tracąc równowagę, odskoczył na bok, a nacierający tuż za nim Rodylk ciął ich po skroniach. Leshol, zbrojny w parę identycznych scimitarów, zdołał również powalić dwóch przeciwników: zastawiał się jednym mieczem przed ciosem, a drugim szybko ciął przez korpus. Zaraz po tym, gdy Castols zgruchotał czaszkę kolejnemu, ostatni z bandy rzucił się do ucieczki. Rozległ się świst, mocne łupnięcie i stłumiony krzyk. To ich nowy łysy towarzysz cisnął swoim toporem. Bez słowa powędrował w ciemność, by powrócić z okrwawionym orężem w ręku. - Stokrotnie wam dzięki - powiedział, kłaniając się lekko. - Zwą mnie Aristo, do usług. Castols podszedł do niego i wyciągnął prawicę, którą Aristo uścisnął, przekładając topór do lewej ręki. - Chodźmy - zaproponował Castols - usiądziemy przy ogniu i doczekamy do brzasku. Rano trzeba będzie księciu zdać sprawę, bo na pewno nie ujdzie to jego uwadze. Mam nadzieję, że się nie wścieknie. Ta zbieranina ma głęboko w dupie jego wczorajszą przemowę.
-*-
Tak jak to przewidział Castols, rano zjawił się książę ze swoją świtą. Trupy leżały dokładnie tam, gdzie padły w trakcie walki. Drużyna stała w szeregu w pobliżu obozowiska z bezczelnie obojętnymi minami. Urbert obejrzał zwłoki, potem zbliżył się do nich. - Widzę, że nie posłuchaliście mojego nakazu - powiedział, choć głos miał spokojny, nie znać było po nim gniewu. - Wasza książęca mość zabraniał napadać na siebie i konkurentów eliminować - odpowiedział Meniers, którego Castols poprosił o prowadzenie rozmowy z księciem. - Nie broniłeś natomiast, miłościwy panie, bronić się przed napaścią. A tak się tutaj stało. To jest nasz obóz, to nas podczas snu zaatakowano. - Ale nie widać po was, żebyście ucierpieli - stwierdził książę, taksując wszystkich wzrokiem. - Mam nadzieję, że to nie jest z naszej strony nazbyt wielkie uchybienie - stwierdził hrabia nieco niedbale, a gdy ujrzał na twarzy księcia coś na kształt uśmiechu, kontynuował.- Szczerze powiedziawszy, to łachudry były. Z zaskoczenia zamordowali całą niemal kompanię, z której ostał się jedynie obecny tu Aristo -wskazał ramieniem na nowego członka drużyny, który ukłonił się przed księciem, obie ręce niezmiennie trzymając wyprostowane na stylisku pionowo opartego o ziemię topora. - Ale jak przyszło do równej walki, szybko dali gardła. Książę pokiwał głową, spojrzał jeszcze raz na wszystkich. - Przyślę swoich ludzi, zabiorą trupy, żeby je gdzieś pogrzebać. Dowódców zapraszam do mego namiotu na naradę. Czas rozpocząć łowy. - Stanie się wedle waszej woli, wasza książęca mość - odparł Meniers, kłaniając się. Książę uśmiechnął się lekko, odwrócił na pięcie i ruszył z powrotem. - No, chyba nie było tak źle - powiedział do towarzyszy hrabia. - Ano nie - przytaknął Castols. - Dobra, trzeba by się teraz podzielić - powiedział. - Ja, hrabia i Vlad udamy się do namiotu na tę naradę. Wy zostańcie i pilnujcie obozu. Jak wrócimy, obmyślimy resztę - w tym sprawę aprowizacji. Trzeba będzie gdzieś polować, może są w pobliżu jakieś gospodarstwa, gdzie kupimy coś do żarcia. Ale o tym potem. Na razie przygotujcie jakieś śniadanie, mamy coś jeszcze w sakwach, powinno wystarczyć.
-*-
Część 22 / 2
W obszernym, specjalnie przygotowanym namiocie zebrało się kilkunastu mężczyzn, przedstawicieli oddziałów, które chciały zgłosić swą gotowość do podjęcia się wyznaczonego przez księcia zadania. Wszyscy taksowali się nawzajem spojrzeniami, starając się ocenić i odgadnąć, kto tu będzie najzacieklejszym rywalem, kto partaczem, kto wyzionie ducha od razu, a kto nauczy banitów moresu, wreszcie - kto zgarnie nagrodę. W ich spojrzeniach nie było wrogości, a raczej chłodny szacunek i ciekawość. Czuć było w powietrzu napięcie i ekscytację, w jaką wpada stado drapieżników zwabione krwią ofiary. Był tam wielki jak szafa Bogart, był Telmar z dwoma swoimi ludźmi, było trzech mężczyzn, w których Castols rozpoznał pochodzących ze Stylii sircusów, nazywanych tak od portowego miasta Sircusa znajdującego się na wschodnim wybrzeżu tej leżącej na południe od Tarru wyspy. Zajmowali się ochroną kupców i handlarzy, którzy utrzymywali kontakty z piratami i często za udział w zyskach spieniężali zrabowane przez nich towary. Sircusowie chronili ich przed konkurencją, przed królewskimi urzędnikami, a właściwie tymi spośród nich, których nie udało się skorumpować albo zastraszyć. Wybijali im z głów myśli o chciwości, która czasami dopadała tego czy owego sądzącego, że potrafi wykiwać swych morskich dostawców. Byli na tyle dobrzy w tym fachu, że utworzyli coś na kształt organizacji, rozszerzając pole działania między innymi o łowiectwo nagród. Był w namiocie jakiś postawny, masywnie zbudowany wojownik, o tępym wyrazie twarzy i twardo zaciśniętych szczękach, z potężnymi ramionami założonymi na równie potężnej piersi. Było sporo innych, niczym się nie wyróżniających mężczyzn, z mniej lub bardziej posępnym wyrazem na twarzach - czasem szczerze marsowym, czasem udawanym. - Popatrz na tamtych - Vlad szepnął Castolsowi do ucha. - Tamtych po prawej, za księciem. Ten spojrzał we wskazanym kierunku i dojrzał czterech wyprostowanych jak struny mężczyzn, ubranych w czarne stroje. - Sporo o nich słyszałem - kontynuował Vlad - jak jeszcze na zamku księcia stanęliśmy. To żółtodzioby, podobno trudno na tym świecie znaleźć bardziej żałosnych i nieudolnych rębajłów. Przepocieszne towarzystwo. Wielką wagę przykładają do takich pierdół, jak wygląd, do zadbanych, powiewających na wietrze grzyw, lśniącej jak psu jajca broni, identycznych czarnych strojów. Jeżdżą tylko i wyłącznie na karych koniach, z czarnymi piórami zatkniętymi na czołach. Mówią na siebie: Czarna Kompania. Castols zmarszczył czoło, słuchając z niedowierzaniem i jeszcze baczniej przyglądając się wskazanym wojakom. - Skoro tak, to jestem za tym, żeby ich posłać do lasu po jakiejś spektakularnej porażce - stwierdził przysłuchujący się Meniers. - Zawsze to dobrze w srogich terminach znaleźć sobie jakiś powód do śmiechu. - Wasza książęca mość - odezwał się Bogart, na widok księcia Urberta wchodzącego do namiotu. Wszyscy skłonili się przed nim. Książę ubrany był w wygodny myśliwski strój koloru zieleni. Towarzyszył mu jego doradca, łowczy , odziany w żółtą barwę, ze srebrnym napierśnikiem i klamrowym pasem opinającym biodra, na którym miał zawieszony krótki miecz. - Witam - rzucił krótko Urbert. - Najpierw sprawa czysto porządkowa - żarcie. Każde wojsko potrzebuje dobrze zjeść i wiem o tym doskonale. Będziecie zaopatrywani jak armia w trakcie wojny. Zapewnię wam regularny wikt, nie wyszukany, ale nie będziecie musieli się szwendać po okolicznych gospodarstwach ani polować. Ludzie się was boją i nie bez powodu, powiedzmy sobie szczerze, więc chcę im oszczędzić przykrych doświadczeń. Poza tym zależy mi, żeby wszyscy skupili się na zadaniu. Mój intendent jest do waszej dyspozycji. Powiódł po wszystkich spojrzeniem sugerującym, że oczekuje ewentualnych uwag. Nie padły. - Dobrze - zatarł ręce. - Bierzmy się zatem do dzieła. Jak rozumiem, podaliście mojemu sekretarzowi swoje zgłoszenia i kolejność jest już ustalona? - Tak, wasza książęca mość - potwierdził Bogart. - Wszelako jest pewna rzecz, którą chciałbym poruszyć, zanim wyjdziemy w pole. - Słucham zatem - książę oparł prawą rękę na biodrze, zaś lewą dłoń zacisnął na kołnierzu. Wyglądał, jakby pozował do portretu, choć postawę tę przyjął zupełnie naturalnie. - Chodzi o to, jak rozstrzygać, że dana drużyna sobie nie poradziła i następna może brać się do dzieła. Moja propozycja jest taka: czas przebywania w lesie i utrzymania się przy życiu w trakcie walki to kilka dni co najwyżej. Gdy już zapadnie noc, ktoś z drużyny musi wystrzelić w niebo jedną płonącą strzałę - na taki czas powinno ich wystarczyć w kołczanach. Ten, kto będzie przebywać w lesie, ma marne szanse, by ją zauważyć. Stąd zaś, z tej łąki, na której przebywamy, widać ją będzie na tle nieba bardzo dobrze, nawet jeśli zostanie wystrzelona z daleka. Jeśli strzała nie ukaże się przez dwa dni, uznamy, że drużyna przestała działać, z tych czy innych względów. Wtedy następni mają swoją szansę. Książę milczał przez chwilę, spoglądając wokół po twarzach zgromadzonych w namiocie najemników. - Przecież to jakiś absurd - odezwał się Meniers, przykuwając uwagę wszystkich. - Nie padało od tygodni, las jest suchy jak pieprz. Jak strzała nie zgaśnie w powietrzu i spadnie... - zawiesił głos, nie kończąc. Bogart milczał przez moment, wpatrując się w hrabiego, podobnie jak czynił to książę i cała reszta. - Jakiś sposób powiadamiania trzeba jednak ustalić - stwierdził łowczy . - Co zatem proponujecie? Meniers wzruszył ramionami - Myślę, że lepiej będzie starym dobrym zwyczajem dąć w róg. Nie spali to lasu, a poza tym jego odgłos i towarzyszące mu echo nie wskażą tak dokładnie miejsca przebywania drużyny, w odróżnieniu od wystrzelonej w powietrze płonącej strzały, po której można trafić jak po sznurku. - Rogu nie słychać aż tak daleko - stwierdził Bogart. - Światło jest jedynym sensownym sposobem. Możemy strzelać pionowo, żeby potem odnajdować tę strzałę i tłumić ewentualne płomienie, skoro tak was martwi, że wzniecimy pożar. - Najlepiej będzie przyjąć po prostu, że każda drużyna ma określony czas na działanie - stwierdził Meniers. - Tydzień, powiedzmy, a potem wchodzi następna. Nie ma sensu czekać dłużej, bo nie na zimowanie w głuszy tu przybyliśmy i trzeba działać energicznie. - Tak zróbcie - zadecydował książę, najwyraźniej zniecierpliwiony tymi detalami. - Tydzień i następni. Zaczynajmy zatem, bo czas nagli. Kto pierwszy? - zapytał. - My, wasza książęca mość - odparł Telmar. Bogart popatrzył na niego krzywo, ale nic nie powiedział. Sekretarz księcia stojący po lewej stronie wejścia do namiotu z pergaminem w ręku skinął twierdząco na pytające spojrzenie Urberta. - A zatem zaczynajmy - książę klasnął w dłonie i ruszył na zewnątrz. - Nagroda czeka. A teraz najważniejsze - zatrzymał się w wejściu i odwrócił w stronę zgromadzonych. - Mówi się, że wódz bandy nosi na piersi srebrny medalion ze szmaragdem w środku. Chcę go mieć jako dowód, że ten opryszek został zgładzony. Wszystkie inne kosztowności, jakie tylko wśród nich znajdziecie, są wasze. Niech to będzie dodatkowa zachęta do działania. Ale medalion jest mój. Bez niego nie wypłacę nagrody. - Nie sądziłem, że będziemy tu gadać o takich bzdurach - stwierdził Castols, gdy już wyszli z namiotu. - Płonące strzały, róg, przewidziany czas. A najprawdopodobniej będzie tak, że banici zaczną ścinać łby albo jeszcze wymyślniej masakrować zwłoki i dostarczać je nam, żeby nikt tu nie miał wątpliwości, jak skończyli poprzednicy.
-*-
Castols i jego towarzysze stali pośród innych kompanii, patrząc ze szczytu wzgórza, jak liczna grupa ludzi Telmara przygotowuje się do wejścia w las. Stanęli szeroką ławą, część z nich trzymała w ręku łuki ze strzałami nałożonymi na cięciwę w gotowości, reszta dzierżyła obnażone miecze. - Ten wielki, z którym w namiocie starł się nasz hrabia, to Bogart - powiedział Vlad do Castolsa, wskazując mu zwalistego wodza erkvissów stojącego opodal i, podobnie jak reszta, obserwującego przygotowania najemników z Dantii do działania. - Dowodzi Dalczyjkami. Czterdziestu chłopa z Erkviss, a resztę sobie dośpiewaj. Patrzy krzywo na drużynę z północy, bo to jego największa konkurencja, na resztę nie zwraca uwagi. Kalkuluje trochę jak my: zgłosił ludzi na trzecim w kolejności miejscu, po telmarczykach i Czarnej Kompanii. Jest dobry w tym, co robi, cwany i przewidujący. Myślę, że jego szanse są spore, jeśli tylko będzie miał okazję wyjąć miecz. Możemy się obejść smakiem. Castols pokiwał głową i przeniósł spojrzenie na Lasy Shirr. Telmar, który stał pośród swoich ludzi gotowych do wejścia pomiędzy drzewa, krzyknął coś. Unieśli miecze i łuki w salucie, a potem ruszyli. - Idą jak na zwierza - Vlad stwierdził na głos to, co wszyscy widzieli. - Szeroko, nie kryjąc się. Dla mnie to marnie rokuje. - To są dumni i zaprawieni w bojach woje z północy - stwierdził Meniers, kręcąc głową. - Niby sprytni i dobrze zorganizowani, ale z pogardą odnoszą się do przeciwnika. Uważają, że to jakieś ciury, które bez większego kłopotu wygniotą. Mogą się srodze zawieść. - Może przynajmniej się dowiemy, czy to prawda, że banici mają przygotowane pułapki wokół swoich siedlisk - odparł Vlad. - Chociaż z drugiej strony doskonale znają wszystkie zakamarki lasu. Mogą ich spędzić w jakiś pieprzony jar i wystrzelać do nogi, nawet się specjalnie zza pni nie wychylając. Ludzie Telmara zniknęli w gąszczu, przez krótki moment było jeszcze słychać czynione przez nich szelesty i trzaski. Potem zapadła cisza. - Dobra - zadecydował Castols. - Wracajmy do naszego obozu, musimy pogadać. Zapisaliśmy się na końcu listy, ale trudno powiedzieć, czy nie skróci się ona radykalnie - i to szybko. Musimy być gotowi.
-*-
- Jesteśmy zapisani na końcu listy - Castols zaczął referować drużynie rezultaty spotkania. - Słyszałem, że banici ponoć mają w lesie dobrze zorganizowane - czort wie, jak to nazwać - osadę, miasteczko. - Określenie: dominium będzie tu odpowiednie - wtrącił zawsze akuratny Meniers. - Niech będzie, że dominium - podjął Castols. - To nie jest pierwsza lepsza zgraja, która się za pniakami chowa przed pościgiem, gdy jakiemuś wielmoży sakwę podpieprzy. Tu chodzi o coś więcej, chociaż prawdy nikt do końca nie zna. - Trochę się próbowałem rozeznać - powiedział Vlad. - Powiadają, że wszystko się zaczęło podczas pewnego polowania. Rozpętała się wtedy burza, książę, niczym ogar z przypaloną dupą, popędził gdzieś za zwierzyną i zgubił się w lesie. Dwa dni go nie było. A potem zwrócił jakoś zmieniony i czegoś zły. No i dziwnie zaczęło się w księstwie dziać. Banici coraz mocniej dawali mu się we znaki, a książę z kolei raz po raz podejmował próby, żeby ich zgładzić czy chociaż ich przepędzić. Ludzie mówią, że tam się musiało coś stać, choć nikt nie ma pojęcia, co by to być mogło. Od tamtego czasu ten las to jedna wielka warownia, ale i tajemnica. Nikt tak naprawdę nie wie, ilu ich tam siedzi. Ponoć jest tam osada, ale może to tylko zwykłe ludzkie pieprzenie, a leśni po prostu żyją sobie pod krzaczkami. Nic pewnego nie wiadomo, a i książę niewiele rozjaśnia. Tutaj, wobec nas, nie zająknął się ani słowem, gadał tylko o nieprawościach, rabunkach i tak dalej - tak jakby rzeczywiście szło o zwykłą, zbuntowaną czerń kryjącą się pośród drzew i paproci. - Myślę, że kluczowa jest tu sprawa wodza - wtrącił Meniers. - W końcu to jego osoba leży tak mocno księciu na sercu, a całą reszta wydaje się tylko dodatkiem. Organizacja ludzi w lesie w jedną sprawnie działającą społeczność wymaga silnego przywództwa, więc chodzi oczywiście o odcięcie łba tej bestii. To dlatego nagroda będzie wypłacona tylko wtedy, gdy dostarczymy medalion wodza. A to oznacza jeszcze jedną rzecz - Meniers zawahał się na chwilę. - No co? - dociekał Aristo. Reszta również patrzyła z zaciekawieniem. - Powiedzcie mi - podjął hrabia po chwili wahania - skąd książę wie, że wódz najemników nosi na szyi medalion? Skąd wie, jak on wygląda? - Musiał o tym od kogoś usłyszeć - wzruszył ramionami Vlad. - Ludzie różne rzeczy o banitach gadają. Przecież oni wychodzą z tego lasu, utrzymują kontakt z wieśniakami choćby tylko po to, żeby zboże kupić. Albo złupić, rzecz jasna. Castols przez chwilę patrzył prosto w oczy hrabiego. - Sam go spotkał - stwierdził. - Właśnie - przytaknął Meniers. - Chociaż sam nie wiem, czy to prawda i co to oznacza. Warto pamiętać, że mogło też być tak, jak powiedział Vlad, i tylko niepotrzebnie tu gdybamy. Przez chwilę wszyscy milczeli. - Słuchajcie - zagaił Castols. - Na pewno mają kogoś na obrzeżach, utrzymują kontakty z okolicznymi kmieciami, wiedzą nie od dziś, co tu się szykuje. Mogli się zakopać głębiej, spróbować przeczekać, mogli ujść z lasu i uciec gdzie indziej, choćby pod osłoną nocy - nie jedyna to przecież knieja, poza tym tak rozległa, że o jej otoczeniu mowy nie ma. Mogli się też dobrze przygotować do obrony. Las jest zbyt duży, by wszędzie trzymać straż i pilnować go wzdłuż i wszerz, ale bez wątpienia mają jakieś punkty strażnicze, pułapki, o których tu i ówdzie się wspomina: jamy naszpikowane kolcami, drewniane bale spadające z drzew i tego typu atrakcje. Najkorzystniej byłoby prześlizgnąć się niepostrzeżenie w pobliże ich obozu, unikając starcia, jeśli tylko się da. A potem poobserwować tych ludzi, poznać rytm ich dnia, rozpoznać hierarchię i w końcu uderzyć znienacka, w odpowiednich…