Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Edukacja · 15 min czytania

Bar "Cordial", gdzieś w Polsce

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

W barze przybywało ludzi. Nadeszła dziesiąta rano – pora drugich śniadań, nazywanych teraz przerwami na lunch. Pani Maria uwijała się szybko, zadziwiająco energicznie jak na swój wiek – miała dobrze ponad czterdzieści lat. Ocierając pot z czoła, starała się nie myśleć o zmęczeniu, którego od poprzedniego dnia nie zniwelował nocny sen. Ale nie narzekała. Była wdzięczna szefowi, że ją przyjął na kelnerkę mimo wieku, w którym już nie zatrudnia się kobiet w tym kraju. Inni albo grzecznie się wykręcali, że nie ma miejsc pracy, albo mówili otwarcie i bardzo chłodno: „Dziękujemy, szukamy kogoś młodszego”. Odkąd zamknięto przedszkole, w którym przepracowała ponad dwadzieścia lat w pocie czoła - jako pomoc wychowawczyni, czyli posługaczka do wszystkiego – minął prawie rok, zanim znalazła nową pracę tutaj. Wszędzie zamykano jej drzwi przed nosem, wszędzie dowiadywała się, że jest już niepotrzebna, już „na odstrzał”. Podobnie traktowała ją rodzina – ciotki i wujaszkowie, u których musiała się zadłużyć; nie robili jej wymówek, nie odmawiali pożyczek, ale traktowali protekcyjnie i czuła, że z chęcią pozbyliby się tego niepotrzebnego ciężaru, jakim była dla nich; wiedzieli zresztą – podobnie jak ona – że zapewne nie będzie nigdy mogła oddać zaciągniętego długu. Nie była bowiem mężatką. Tak jakoś życie jej się ułożyło. Może dlatego, że była zbyt cicha, zbyt nieśmiała? Może też dlatego, że zbyt mało zarabiała? Może nie ubierała się dość modnie i krzykliwie? Nie potrafiła zwrócić na siebie niczyjej uwagi, zatrzymać jej dłużej na sobie. Wierzyła, że kiedy spotka wreszcie bratnią duszę, to się rozpoznają nawzajem – i z tą wiarą samotnie dożyła lat czterdziestu z hakiem. Nie było jej łatwo samej. Maleńka pensyjka fizycznej pracownicy resortu oświaty... Ale nie to było najgorsze. Najtrudniej było jej znieść tę niemodną, wyśmiewaną często przez znajomych, jej własną naturę – rodzinną i uczuciową. Bardzo pragnęła być żoną i matką, żyć dla najbliższych, dbać o nich, kochać ich, opiekować się nimi. Tylko nie wiedziała, jak to zrobić, jak inne kobiety to robią, że wychodzą za mąż, i to często po kilka razy w życiu... Jej się nie udało ani razu. Dopóki pracowała w przedszkolu, przynajmniej w namiastce realizowała silną potrzebę macierzyństwa, nadmiernie przywiązując się do dzieci. Zwłaszcza tych „wycofanych”, jak to nazywali psycholodzy – tych nieśmiałych, smutnych, poszturchiwanych przez inne. Takie dzieci odwzajemniały jej uczucia, kochając ją jak dobrą ciocię, garnąc się pod jej ochronne, łagodne skrzydła. Odkąd straciła pracę w przedszkolu, było jej coraz trudniej znosić samotność, a wraz z nią wszelkie codzienne zmartwienia i upokorzenia. Często wspominała z rozrzewnieniem swoich wychowanków; to dodawało jej siły, kiedy musiała przetrwać jakieś trudne chwile, znosić przykrości, lęki o jutro. Pamiętała ich wszystkich, od pierwszego dnia swojej pracy tam, a było to – ile?... – już osiemnaście lat temu! Często liczyła, które z „jej” dzieci ile ma teraz lat... Najstarsze z nich właśnie przeżyły dwudziestą pierwszą wiosnę. Prawie dorośli ludzie! Pamiętała ich wszystkich, ale nigdy ten pierwszy dzień pracy w przedszkolu nie przesunął się przed jej oczami tak wyraźnie, jak miało się to stać za chwilę. Tłok w barze rósł, kelnerzy i kucharze zwijali się jak w ukropie, w kuchni co chwila coś spadało na podłogę, coś się tłukło, ktoś na kogoś wpadał, ktoś rzucał przekleństwo, ktoś inny mówił: „przepraszam”. Na sali pozostał już ostatni wolny stolik, właśnie w jej rewirze. Nie na długo; kiedy niosła komuś jajecznicę, do baru weszli dwaj młodzi chłopcy i zajęli wolne miejsca. Mijając ich spojrzała kątem oka – zdawali jej się jacyś tacy znajomi. Wracając do bufetu przyjrzała się im lepiej: ależ tak, to byli oni! Jej chłopcy z przedszkola! Tak, na pewno: te same oczy, nosy, usta, te same spojrzenia – jedno zawadiackie, filuterne, a drugie zamyślone, nieobecne, trochę smutne. Spojrzała jeszcze raz zza bufetu: tak, nie ulegało wątpliwości! Serce jej biło radośnie i mocno, po prostu dudniło, aż się bała, że szef usłyszy i wyjdzie z kantorka, żeby ściągnąć ją z obłoków na ziemię. Pomyślała, że zanim podejdzie do nich po zamówienie, sama przygotuje im coś dobrego, tak jak kiedyś, w przedszkolu. Zrobi im niespodziankę. Ciekawe, czy ją od razu poznają? Pokrajała maszynką do wędliny kawałek dopiero co przywiezionej szynki, wzięła dwa talerze, położyła na nich po trzy plastry, a potem na mniejszych talerzykach umieściła duże kawałki pachnącej, świeżo upieczonej szarlotki – „przysmak firmy”. Szarlotka będzie za darmo, od niej, na koszt firmy, a szynka... no, zobaczymy, pewnie i tak by ją zamówili, bo jest pierwszorzędna i w tej chwili rozpakowana. Jeszcze bułki... dziś grahamki są najbardziej miękkie. Masło, sztućce, kawa z mlekiem... Szykując śniadanie, wróciła myślami w tamten dzień, który był pierwszym dniem jej pracy w przedszkolu, a jednocześnie dniem, w którym pierwszy raz zobaczyła tego chłopca i pokochała go całym swoim samotnym, macierzyńskim sercem. Zobaczyła wszystko jak na jawie, jak na filmie, lepiej niż na filmie, wszystkie kolory, kształty, ruchy, wszystko słyszała jak wtedy, każde słowo, wszystko po kolei...

- Pani Marysiu – mówiła pani Lucyna, wesoła, żwawa nauczycielka - na po śniadaniu będę potrzebowała... Wojtek, postaw ten stół na miejscu! Skaranie z tym dzieciakiem, rozniesie nam przedszkole, zanim dojdzie do zerówki! Proszę mi na po śniadaniu przygotować farby, wodę na każdym stoliku, pędzelki, kartony. A po malowaniu umyje pani stoły, krzesła, podłogę, ściany w pobliżu i upierze pani dzieci. Co pani tak patrzy? Proszę się nie przerażać, wszystkie przez to przeszłyśmy i dałyśmy sobie radę, przedszkole jest dla ludzi, chociaż nie wygląda na to. O, widzi pani tego małego pod ścianą? Znowu płacze. Nie może się przyzwyczaić. Są takie dzieci. Dobrze, że chlipie sobie po cichu, bo niektóre bachory drą się wniebogłosy, mają to po szympansach podobno. A ten to z tych dzieci nadwrażliwych, samotnik, ma tylko jednego kolegę, i to właśnie tego największego urwipołcia, proszę sobie wyobrazić. Niech pani go pocieszy, zagada, pani jest nowa, to zrobi pani na nim nowiutkie wrażenie, powinien zapomnieć, że płacze. Dzieci, idziemy myć ręce! Pamiętamy, że myjemy ręce, a nie rękawy! Maria podeszła do skulonego w kącie chłopczyka o nieobecnych, mokrych oczach. Uśmiechnęła się. Był śliczny. - No, nie płacz już krokodylimi łzami. - Kokodilimi uzami... – powtórzyło dziecko chlipiąc. - Jak się nazywasz? - Mal... Malćsinek Ziającik... - Marcinek Zajączek? Ślicznie! Nie płacz. Przecież w przedszkolu jest wesoło. No nie? - W... esioło... w piśćkolu... - No właśnie – wyjęła chustkę z kieszeni fartuszka chłopczyka i wytarła mu łzy z pucołowatych, piegowatych policzków pod wielkimi, granatowymi, smutnymi oczami w oprawie gęstych, czarnych rzęs. Nigdy nie widziała piękniejszego dziecka. Nigdy żadne dziecko mnie miało tyle wdzięku, delikatności; nie było tak nieśmiałe, cichutkie, samotne, smutne; żadne dziecko dotąd nie potrzebowało nigdy jej opieki. Tak się zaczęła ich wielka miłość. Następnie Lucyna wróciła łazienki.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bar "Cordial", gdzieś w Polsce — czytnik · opowiadania