Duchy · 15 min czytania
Bar pod czerwonym kogutem
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
BAR POD CZERWONYM KOGUTEM.
Bar „Pod Czerwonym Kogutem” stał w podupadłej robotniczej części miasta. Stanowił go niewielki pawilonik wkomponowany w stare kamienice. W latach swojej świetności, mieścił jednocześnie do czterdziestu gości. Jednak czasy, kiedy podpita klientela tłoczyła się przy stolikach i bufecie, już dawno i bezpowrotnie minęły. Obecnie w porywach, siedziało tam kilkunastu jegomościów, potrafiących przy jednym piwie i setce spędzić pół wieczoru. Posadzka wyłożona była biało czarną kostką ułożoną w karo. Na niej stoliki o chwiejnych metalowych nogach i podarte obrusy. Krzyk mody w epoce Gierka, jednak obecnie, kolejny relikt przeszłości. W dodatku hołubiony głównie przez starych mieszkańców. Wyłącznie z sentymentu. Bądź, co bądź spędzili tu kawał swojego życia. Do środka wszedł starszy, gdzieś sześćdziesięcioletni mężczyzna. Miał na sobie ciemną kurtkę ociekającą deszczem, szare pomięte spodnie z materiału a na głowie sztruksową myckę. - Dobry wieczór pani Halinko – przywitał się z bufetową. - Dobry – burknęła kobieta. Stała myjąc kufle w wypełnionym niemal samą wodą zlewie. Miała coś pod pięćdziesiątkę. Korpulentna o twarzy równie smutnej jak sam lokal. Nie wykazała entuzjazmu na widok nowego gościa. - Piwo i setkę, pani Halinko- rzucił starając się zachęcić ją uśmiechem, jeśli nie do rozmowy, to, chociaż pojedynczej wymiany zdań. Widząc, że kobieta nie wykazuje najmniejszego zainteresowania, rozejrzał się po sali. W środku było może dziesięciu gości. Jedni drzemali podparci nad kuflem, inni grali w karty. W kącie przy oknie siedziało trzech ludzi. Na jego widok jeden z nich, chudy i przygarbiony o szczurowatej twarzy zamachał do niego ręką. Rozpoznał w nim Wieśka, starego kolegę, z którym przepracował około trzydziestu lat. - Ahoj Erneście, zapraszamy do nas – nie musiał krzyczeć, gwar był niewielki, jakby wytłumiony deszczem szalejącym na zewnątrz. Ernest kiwnął głową, po czym wlał setkę do swojego piwa i odstawił pusty kieliszek, zabierając tylko kufel. Bufetowa skrzywiła się i zabrała kieliszek, wrzucając go do zlewu. Zsunęła z blatu starannie odliczone monety wprost do szuflady. Pan Ernest dosiadł się do stolika pod oknem. Mężczyzna, który go przywołał, przedstawił mu dwóch pozostałych gości. - Znasz może, to mój zięć – wskazał na sporych rozmiarów z piwnym brzuchem mężczyznę. - A witam, witam – staruszek uścisnął wyciągniętą dłoń. - Tak sobie siedzimy, Andrzej – wskazał na zięcia – złapał fuchę to i oblewamy. - Coś pewnego? – rzucił bez większego zainteresowani Ernest. - A bo to dzisiaj jest coś pewnego? – stary kompan przygarbił się jeszcze bardziej i rozejrzał konspiracyjnie po sali. - A ten tutaj – pokazał palcem drugiego gościa – to jego kolega. Obydwaj, zarówno zięć pana Wiesława jak i jego kolega mieli gdzieś po trzydzieści osiem lat. Ich miny nie wyrażały entuzjazmu ani nowym gościem, ani też nową fuchą, jak to określił teść. Sączyli w milczeniu piwo. Za oknem zrobiło się szaro. Deszcze wciąż wściekle zacinał o szyby niemal ich usypiając. Ernest wyjął popularnego i zapalił. Zaciągając się dymem rzucił ni to żeby zagaić rozmowę ni to stwierdzając fakt. - Pogoda pod psem – wypuścił sporą chmurę białego niemal dymu. - Ano wszystko na psy schodzi – zamyślił się pan Wiesław – to i pogoda też nie? Zaśmiali się jakby nieco sztucznie, wymuszając swoją wesołość. Rozmowa nie chciała się kleić. Dwóch młodszych, wpatrywało się w swoje kufle, bawiąc się nimi obracali je w kółko. Pan Ernest rozejrzał się znowu po sali. Rozpoznawał większość gości. W głębi siedział Jurek, kiedyś majster na jego zmianie. Mimo podeszłego wieku wciąż zachował swoją zwalistą sylwetkę. Obok niego reszta znajomych. Z jednymi pracował, innych znał z widzenia. Wpatrzył się w kłęby dymu kotłujące się pod sufitem. Pani Halinka wciąż zaciekle pucowała kufle ustawiając je równo na ladzie. Robiła to z takim zapamiętaniem jak mały chłopczyk ustawiający żołnierzyki na półce. Świat dla niej nie istniał. „Ile to już lat tutaj pracuje”, Ernest policzył w pamięci, „ze dwadzieścia będzie”. Zadumał się nad sobą i swoim życiem. Dopiero siedzący obok niego Wiesław wyrwał go z letargu, trącając łokciem w ramie. - Napijesz się jeszcze z nami? – zapytał. - Czemu nie, pogoda taka barowa to się w domu nie chce siedzieć. Andrzej podniósł się i chwiejnym nieco krokiem ruszył do baru. Po chwili postawił na koślawym stoliku cztery piwa. Jego kolega ubrany w flanelową koszulę zanurzył w pianie swojego sumiastego wąsa. Przełknął zadowolony, po czym przeszył go nieprzyjemny dreszczyk. - Chyba ktoś przeskoczył przez mój grób – zaśmiał się cicho. - Albo to przez ten deszcz – dodał Ernest – Pani Halinko coś słabo grzejecie – krzyknął w stronę bufetu. Kobieta skwitowała to wzruszeniem ramion, nie racząc ich nawet swoim spojrzeniem. Wrócili do swoich spraw, przechodząc nad jej obojętnością do porządku. Deszcz padał nieustannie. Ernest złapał się za przedramię, bolało. Zawsze boli, kiedy pada deszcz. „Piekielna pamiątka” pomyślał przepijając piwem. - W taką pogodę nawet psa z domu szkoda wyrzucić – zagaił Wiesław patrząc na kolegę masującego przedramię. - Może im opowiesz, co ci się przydarzyło, no wiesz, wtedy – zakończył niepewnie. Pan Ernest odruchowo przestał pocierać rękę. Wziął łyk piwa i wyjął papierosa. Bawiąc się nim w swoich zgrabiałych starych palcach zadumał się. - A bo to ja wiem czy jest, o czym gadać – udał obojętność. - Co to za historia – zainteresowali się młodsi. - Czasem, zdarzają się różne dziwne rzeczy – ciągnął enigmatycznie Ernest wykrzywiając swoją pomarszczoną jak obrus twarz. - No śmiało – namawiał Wiesiek – pani Halinko, cztery setki prosimy do stolika. Rzucił rozochocony jakby to zamówienie miało rozwiązać język jego kolegi. Nastąpiła cisza. Dwóch młodszych mężczyzn wpatrywało się na zmianę to w Wiesława to w Ernesta, ich ciekawość została już pobudzona. Jednak nie padło żadne słowo. Otaczał ich przytłumiony gwar pozostałych gości a nad wszystkim unosił się dym z papierosów. Deszcz wciąż bębnił rytmicznie swoją smutną melodię. Ernest nadal bawił się papierosem przekładając go w palcach. Wreszcie podeszła bufetowa. Na metalowej tacy przyniosła cztery wypełnione po brzegi kieliszki. Kiedy odeszła wszyscy spojrzeli na starca w oczekiwaniu. - To było jakieś piętnaście lat temu – zaczął, jednocześnie przypalił papierosa – wtedy wyglądało tu trochę inaczej – rozmarzył się z papierosem w ustach i uśmiechnął smutno do starych czasów. Obydwaj staruszkowie wymienili spojrzenia, pełne zrozumienia, co do przeszłości. Jakiś smutek spłynął do ich stolika. Jakaś tęsknota za dawnym, może spowodowana hipnotyczną melodią deszczu a może wypili już zbyt wiele. - Lało dokładnie tak samo jak teraz i pora była identyczna. Początek jesieni, jakoś tak – zaciągnął się dymem – siedziało nas tutaj sporo, tłok był jak na dworcu – znowu to dziwne zamyślone spojrzenie – nie to, co dziś. - No dalej – zachęcił go Andrzej, lekko zniecierpliwiony jego dygresjami. - Jasne, jasne, przepraszam – rzucił pośpiesznie i kontynuował – miałem już trochę wypite, za oknem było ciemno i wszędzie ten