Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 10 min czytania

Bar Sara - preludium ...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Gruby Cygan z twarzą jak siekany kotlet patrzy na piwo, smętnie ściekające do kufla i wie, że czegoś brakuje. Brakuje gazu, brakuje chęci, czegoś brakuje ... Może brakuje piwa ? Ten smętny strumyczek irytuje i drażni, jednak trzeba stać, trzeba trzymać ten przeklęty kufel i trzeba czekać. Aż naleje się piwo. Aż się wszystko wyjaśni.

Dziewczyna, która zawsze przychodziła ze swoim chłopakiem – gitarzystą i zajmowała któryś z wolnych kątów patrzy na niego pytająco, po czym kiwa głową. Tak, tak. On też kiwa głową na "tak", przecież wiadomo, że w końcu trzeba to zrobić ... i nic się nie zmienia. Ona huśta się na krześle w swoim kącie, on bierze kolejny kufel – i znów ten irytujący strumyczek. Kap, kap; czegoś zabrakło. Swoją drogą – czy to nie ironia losu, że tymczasowym zarządcą baru został właśnie Cygan ? Nie oddaje sie w końcu złodziejowi woreczka z klejnotami na przechowanie a on przecież JEST złodziejem. Jest ... To znaczy – był. Był nim rok temu, dziesięć lat temu, czterdzieści lat temu, wczoraj przed południem, dziś rano ... Jednak tu i teraz wypadł ze swej zwykłej roli : jest zarządcą baru, drugim po Bogu i – niech to szlag trafi – robi, co może aby z tej roli wywiązać się śpiewająco. I znów ten cholerny, tragicznie powoli ściekający strumyk alkoholu. Udało się. Podaje dziewczynie obity kufel, ta zaś wypija duszkiem prawie połowę jego zawartości – oczy mętnieją jej lekko na chwilę, zaraz jednak odrzuca w tył włosy i dopija resztę. Męskie oczy – jest ich tu kilka par tego wieczoru – wyrażają ostrożne uznanie i lekko się uśmiechają; to jednak płytki i nerwowy uśmiech. Dziewczyna odstawia z hukiem kufel na stół.

- Powinniśmy tam pójść – mówi. I wszyscy wiedzą, że ma rację : powinni tam pójść. Powinni byli tam pójść już dawno temu, ale nie poszli. A teraz ... - Powinniśmy tam pójść, słyszycie ? – powtarza dziewczyna.

Jej chłopak – gitarzysta, dzisiaj bez gitary, wzrusza ramionami; nikt już dawno nie zrobił tak głupiej a jednocześnie tak obolałej miny. Gruby Cygan wbija go w krzesło spojrzeniem, w którym nie ma szacunku i odstawia pomału wszystkie swoje tymczasowe atrybuty. Kufel, szmata, kartka, długopis ... Otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć i natychmiast je zamyka. A za chwilę jest już po drugiej stronie baru. Wstaje dziewczyna, która dwoma łykami wypiła wielki kufel piwa, wstaje jej chłopak (wciąż ze zbolałą miną), wstają i inni. Facet, nazywany Siekiera – nikt nie wie, dlaczego, może tylko ten, kto mu to przezwisko kiedyś nadał. Małomówny dziadek, który ponoć był swego czasu milionerem : część majątku odebrały mu wojny, część wydał na leczenie się z ran odniesionych w tych wojnach, resztę miał przepić albo zgubić. Wstaje też dwóch osiłków znanych z tego, że kiedy nie piją, kochają cały świat, kiedy zaś piją – świat nie ma za co ich kochać. Wstają wszyscy.

Wstają, bo już dawno powinni byli to zrobić : wstać. I pójść tam. I zobaczyć, i wyjaśnić i ... Nieważne. Już dawno powinni byli to zrobić, nie zrobili jednak aż do dzisiaj, teraz jednak zebrali się wreszcie. Gruby Cygan kiwa znów głową i rusza pierwszy.

I wychodzą.

* * *

Drzwi były otwarte. Wewnętrzne drzwi też były otwarte. Wchodzili niby gęsiego, niby uważając na siebie, niby jeden po drugim ... Tak naprawdę jednak stłoczyli się jednak jeden obok drugiego, starając się być blisko siebie. Bo kto mógł wiedzieć, co czekało na nich za drzwiami ? Bałagan? Śmierdzący gaz ? Śmierdzący trup ? Mogło to być cokolwiek a i chwila nie była powszednia – byli przecież tylko klientami baru, JEGO baru : twarzami jakie nosili i historiami, które opowiadali, wciąż jednak wyłącznie odległymi cieniami. Tymczasem wchodzili tu, wchodzili do JEGO domu tak, jak przez kilka ostatnich lat wchodzili do jego knajpy – wchodzili, jak do siebie. A był to przecież dom, dom tego, który założył i od pięciu lat prowadził interes na dole. Dom ... Dwa niewielkie pomieszczenia, skromny kibel i łazienka, niewielki balkonik – mała klitka piętro nad dużym barem. Parę razy zastanawiali się, jak to jest, parę razy pytali go, jak znosi te wszystkie hałasy, te wszystkie śpiewy i przekleństwa dochodzące spod podłogi, kiedy on już chce spać a bar jeszcze nie. I przede wszystkim jak znosi to Sara. Mała, wrażliwa dziewczynka, która nie schodziła nigdy do świata śmierdzącego rozlanym alkoholem i krzyczącego urojeniami jego bywalców. Odpowiadał, że jakoś sobie radzą, że nie ma problemu, że nic im nie przeszkadza, nie zagłębiał się jednak nigdy w ten temat. Nikogo nie zapraszał. I nikt też nie drążył. Parę razy gitarzysta, który przynosił czasem gitarę i rzępolił jakieś smętne kawałki ku uciesze lub irytacji innych , dedykował któryś z nich "najpiękniejszej dziewczynie świata, o ile jeszcze nie śpi, ha ha ha". Stukały kufle, w nocnym powietrzu rozchodziły się jękliwe dźwięki instrumentu – i na tym się kończyło. Sara nie schodziła nigdy na dół – jej ojciec trzymał ją z daleka od świata, który sam stworzył, a w którym aż nazbyt

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bar Sara - preludium ... — czytnik · opowiadania