Akcja · 19 min czytania
Bar straceńców
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
"U Williego" pili zazwyczaj ci, którym nie powiodło się w życiu, stracili pracę, dom, rodzinę. W tym barze upijali się faceci nie wiedzący co dalej ze sobą zrobić. Taką sławę zdobyło to miejsce, że ludzie zszokowani po jakiejś życiowej porażce, kierowali się do niego, wcześniej nie wiedząc nawet gdzie się znajduje. Tak już było, każdemu przykleja się etykietki, a do baru "U Williego" przyległa etykietka baru straceńców. I tak, pewnej majowej nocy, miejsce to "przyciągnęło" niejakiego Jasona Corna.
* * *
Do mieszkania wbiegłem szybko, nie zamykając za sobą drzwi. Rozmawiałem z nią przez chwilę w kuchni, później usiadła w salonie i nie chciała ze mną konwersować. Nawet na mnie nie patrzyła, tylko odwrócona w stronę telewizora wpatrywała się w jego ciemny ekran, nie wiedząc co powiedzieć. Byłem wściekły, zacząłem krzyczeć, wydzierać się na nią: - To nie jest aż tak wielki dług! Poradzimy sobie! Nie mam kasy i od razu koniec?!- Ona jednak nie reagowała. Złapałem jakąś gazetę informującą o obecności w naszym mieście jakiegoś tam zbiega i cisnąłem nią o ziemię, wyrywając przypadkiem zdjęcie tego osobnika. Nieświadomie schowałem je do kieszeni ( tak mnie nauczyła mama: lepiej do kieszeni, niż na ziemię) i poszedłem bez słowa do swojego pokoju. Przebrałem się w coś, wziąłem pieniądze i zostawiłem ją samą, wściekły jak nigdy. Pomyślałem załamany, że to koniec naszego związku, że już nigdy się do niej nie przytulę. Stałem przerażony na ulicy i trzymając w dłoni kilka banknotów, zastanawiałem się co mam ze sobą zrobić. Gdzie mam iść, co począć? Nie miałem zielonego pojęcia co teraz. Ruszyłem przed siebie. Kiedy już się ściemniało, wszedłem do pewnego baru- "U Williego", który przyciągnął mnie napisem wyrytym na desce przy wejściu. Ktoś wyskrobał nożem słowa "bar straceńców" i uznałem, że to miejsce dla mnie idealne. - Wódkę poproszę, z lodem- powiedziałem siadając na jednym z tych wysokich krzeseł. Ktoś krzyczał, żeby włączyć wiadomości, jednak barman nie zwracał na niego uwagi i zostawiał kanał muzyczny. Nalewał ludziom jak szalony, jak zawodowiec. Po dwóch, może trzech kieliszkach powiedział: - Widać, że coś cię trapi młody człowieku... Powiedz mi co, uwierz będzie ci lepiej.- Spojrzałem na niego zaskoczony, jednak nie miał miny mówiącej o tym, że żartuje. - Nic takiego. Zadłużyłem się, rzuciła mnie dziewczyna, nie mam chęci do życia...- zacząłem, a on podsunął mi kolejny kieliszek. Opowiadałem i opowiadałem, a on słuchał i nalewał. - Macie otwarte całą dobę?- Zapytałem nagle. - Jasne- odparł spokojnie. Obok mnie jakiś inny mężczyzna użalał się nad swoim losem. Była trzecia w nocy, a "U Williego" prócz barmana były cztery osoby. Dwóch siedziało tak jak ja i topiło w alkoholu swoje smutki. Jeden wpatrywał się w nas z oddali, siedząc przy jednym ze stołów w rogu. - Ten koleś w rogu... Długo tu siedzi?- Zapytałem. Barman poszedł obsługiwać innych i nie usłyszał mnie. Zostawił jedynie kolejny kieliszek pełen wódki, który miałem zapewne wypić. - Pytałeś o mnie?- Usłyszałem nagle głos. Odwróciłem się i ujrzałem faceta w garniturze, może po pięćdziesiątce. - Co tu robisz, skoro nie pijesz? - Szukam- odparł tajemniczo. Mimo sporej ilości procentów we krwi, zaciekawiłem się jego odpowiedzią. - Czego? - Słyszałem, że jesteś nieźle zadłużony- pominął moje pytanie. - Nic ci do tego. - Jestem w stanie pomóc. - Jestem pijany, niech pan odejdzie. - Jak spory masz ten dług?- Zapytał nie zwracając na mnie uwagi. W tym czasie podszedł barman i spojrzał na mnie z przejęciem. - Wszystko w porządku? - Oczywiście. Poradzę sobie- odpowiedziałem. Zrobił zdziwioną minę, przez chwilę stał wpatrując się we mnie, a potem gdzieś poszedł. - O co pytałeś? - Jak spory masz dług?- Powtórzył nieznajomy rozmówca. - Nie znam cię. - Jestem Aaron Callaham, jestem w stanie pomóc. - Dwanaście tysięcy dolarów- odparłem "popijając" te słowa zimną wódką. - Dla nas nie jest to duża kasa. Jedna robota i już po kłopotach. Spłacimy wszystko i dorzucimy tyle samo. - O kim mówisz? Jacy my? - Mówię o Korporacji Rządowej. Masz szczęście, że mnie spotkałeś, cholerne szczęście. - Nie wierzę. - Nie wierzysz, ale uwierzysz. Spotkajmy się jutro... Jeśli jesteś mądry, to wiesz gdzie. Każdy zadłużony i bezrobotny by tam poszedł. Do zobaczenia.- Odszedł ode mnie i powędrował do dwóch innych. Pewnie rozmawiał z nimi o tym samym. Olałem to, nie obchodził mnie jakiś głupi naciągacz. - Barman, gdzie można się tanio przespać?- Zapytałem zmęczony. - Nie mam zbyt wiele forsy, jak sam wiesz- dodałem. - Tutaj. U góry są pokoje. Cztery dolce za noc. - Masz te cztery dolce i zaprowadź mnie do łóżka- powiedziałem kładąc pieniądze na ladzie.
* * *
Obudziłem się z bólem głowy i bardzo, bardzo złym samopoczuciem. Był jednak czas wymeldowania, inaczej policzyłby mi za kolejną dobę, więc musiałem już iść. Wstałem i po prostu wyszedłem, nie miałem ze sobą nic, tylko kilka banknotów, które schowałem do kieszeni. Pożegnałem się z barmanem, oddałem klucz i wyszedłem na zewnątrz, gdzie wiał bardzo zimny wiatr. - Idę do parku- szepnąłem i ruszyłem w stronę parku, co jakiś czas rozglądając się za kierunkowskazami w jego stronę. Zapomniałem gdzie jest? Nie wiem, ale ten kac bardzo źle na mnie wpływał.
* * *
Część 22 / 2
Niespokojnym wzrokiem rozejrzałem się po parku Świętego Maurycego, który był całkowicie pusty. Usiadłem na ławce i zamknąłem na chwilę oczy. - Witaj. Widzę, że nas znalazłeś- usłyszałem. Przede mną stał mężczyzna w czarnym garniturze. Skądś go znałem, ale za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć skąd. - Kim jesteś? - Aaron Callaham, poznaliśmy się wczoraj "U Williego"- przypomniał mi się jako facet, który mówił, że może mi pomóc. - Czego znów ode mnie chcesz. - Mówiłem, że się spotkamy. Rozgryzłeś to, znalazłeś mnie. Brawo, jestem pod wrażeniem. Chodź ze mną- w ręku trzymał srebrną walizkę. - Czemu? - Zrozumiałeś, gdzie mamy się spotkać. Tamci trzej, z którymi rozmawiałem jakoś tu nie dotarli. Wygrałeś.- Pokazał zawartość neseseru, którą stanowiły pliki banknotów. - Gdzie chcesz omówić szczegóły?- Zapytał. - O co chodzi. Dasz mi tą kasę. - Jeśli coś dla mnie zrobisz. - Mam jakiś dowód, że mnie nie oszukasz? - Moje słowo. - Nie wiem czy to wystarcza. - A masz coś do stracenia?- Zadał pytanie-klucz. Nie miałem absolutnie nic do stracenia, wszystko już straciłem. - W sumie... Jakby to ująć... No w sumie to nie. - To chodź ze mną- skwitował, odwrócił się i ruszył przed siebie. Doszliśmy do czarnego vana. Weszliśmy do środka. Ja usiadłem na miejscu kierowcy, z jego polecenia. - Więc tak. Zgadzasz się na każdą robotę? - Zależy. - Jestem agentem policji. Twoim zadaniem będzie...uśmiercenie pewnej osoby. Tak, będziesz musiał zabijać. W słusznej sprawie, ścigamy uciekiniera z zakładu dla psychicznie chorych.- Powiedział, a ja patrzyłem na niego z coraz szerzej otwartymi oczami. - Zatkało mnie. - Wiem. Nie martw się, ta robota jest łatwa, jednakże potrzebujemy kogoś spoza środowiska. Myślę, że człowiek jak ty, który nie ma nic do stracenia, a może jedynie zyskać, podejmie się tego.- Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Wpatrywałem się w niego, siedząc za kierownicą jakiegoś tam vana, praktycznie nieznanej mi osoby, która oferowała mi pracę mordercy. - Masz pięć minut na decyzję. Na twoje miejsce nie będzie ciężko znaleźć kogo innego. Nie tylko ty masz długi.- Stwierdził nagle. Wyszedłem na chwilę by odetchnąć świeżym powietrzem. Zamknąłem oczy, nawet zapomniałem o bólu głowy. - Zgadzam się...tylko, że nigdy nie trzymałem broni.- Powiedziałem otwierając drzwi od wozu.
* * *
Aalan mówił gdzie mam jechać, a ja posłusznie to robiłem. Po dwudziestu minutach zaparkowałem przed największym sklepem z bronią w mieście. Wyjął ze schowka skręcone w rurkę pieniądze. - Kup co ci odpowiada. Później pójdziemy potrenować. - To ma być karabin snajperski czy jak?- Zapytałem znając ten termin. - Kup to, co ci odpowiada. Może to być nawet granat.- Wyszedłem z samochodu i powolnym krokiem zmierzałem ku budynkowi, który był tak wielki, jakby zajmował się wyposażeniem całej armii. W drzwiach zderzyłem się z jakąś staruszką, która zmierzyła mnie chłodnym wzrokiem, choć sądzę, że jej się taki należał. Babcia kupująca broń?! Coś nie tak. - Dzień dobry.- Powiedziałem niepewnie stając przy ladzie. - Witam. Czego sobie życzysz?- Zapytał podstarzały hipis. - Chciałbym zobaczyć jaki macie wybór wśród karabinów. - Mamy wszystko!- Krzyknął i wyłożył na stół mnóstwo broni. - Ludzie często biorą kałachy. Tanie i dobre. - Też wezmę- wydukałem po chwili zastanowienia. - I naboje poproszę.- dodałem uprzejmie. Po dziesięciu minutach załatwiania formalności, wyszedłem ze sklepu, niosąc ze sobą opakowanie ze śmiercionośnym narzędziem. Położyłem wszystko na tylne siedzenia i usiadłem przy Aaronie. - Już. Kupiłem AK 47, potocznie nazywane kałachem- powiedziałem. - Świetnie. Musimy się spieszyć. Jeszcze ćwiczenia, a za osiem godzin masz zabijać. - Już za osiem godzin?! - Taka jest nasza praca. Ruszaj!- Ostatnie słowo wykrzyczał, przybierając przeraźliwą barwę głosu. Dzięki temu natychmiastowo go posłuchałem.
* * *
Zaprowadził nas na tereny znacznie oddalone od miasta. Stanęliśmy na jakimś polu tuż przy lesie. - Wysiadaj i weź ze sobą…