Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 18 min czytania

Bardziej ludzkie

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Jadł powoli śniadanie, z niechęcią myśląc o kolejnym dniu pracy, o którą było coraz trudniej. Życie z dnia na dzień traciło sens. Praca, której oddał cały swój zapał, siły i czas, dawno już nie przynosiła mu zadowolenia. Niegdyś rzutki inżynier, zaskakujący nowymi pomysłami i rozwiązaniami problemów technicznych bieżącej produkcji, dziś sam stał się problemem. Nieustająca robotyzacja i automatyzacja wyrzucała pracowników poza mury hal, tak jak morze wyrzuca szczątki dawnych okrętów. Gdy zjawisko stało się masowe, rządy wprowadziły tzw. wskaźnik HR (human resources), określający dolny limit zatrudnienia. Poziom wskaźnika był różny w zależności od stopnia rozwoju technicznego danego państwa i wielkości przedsiębiorstwa. Oczywiście nie rozwiązało to wszystkich problemów, ale fala zwolnień została jednak przyhamowana. Wielkie korporacje, chcąc pozbyć się niewydajnych pracowników produkcyjnych, a równocześnie uniknąć kosztów z tytułu niskiego wskaźnika HR, zatrudniały tzw. konstelitów – tłumy doradców i konsultantów, którzy opiniowali różne działania i pomysły firmy. Jednego konstelitę z reguły zatrudniało kilkanaście firm, czasem nawet kilkadziesiąt, Naprawdę dobrych fachowców zatrudniano na wyłączność, ale to był margines zjawiska. Większość orbitowała wokół wielu przedsiębiorstw na zasadzie obopólnej korzyści. Rachunek ekonomiczny jasno pokazywał, że koszt usług danej liczby konstelitów jest niższy od utrzymania takiej samej ilości stanowisk produkcyjnych. Ciężar zatrudniania ludzi przeniósł się na sferę usług i samozatrudnienia, choć i tu rywalizowali z wszechobecną techniką. Kilkadziesiąt lat temu byli tacy, co ostrzegali przed nadmierną automatyzacją życia. Ale wyśmiewano i lekceważono ich przestrogi, sądząc, że to sprawa dalekiej przyszłości. Mylili się. Zachłystywano się coraz to nowszymi wynalazkami, których jedynym zadaniem było ułatwianie życia codziennego ludzi. Oczywiście każdy chciał mieć inteligentne mieszkania i domy, które same dbały o stan zapasów w lodówce, zawartość szaf z ubraniami, porządek w pomieszczeniach, harmonogramy dnia domowników i tak dalej. Wszystkie te udogodnienia wymagały od producentów coraz większej precyzji, w której najlepiej spisywały się roboty i automaty. I tak powoli ludzie zamykali się w swych kolorowych, stechnicyzowanych pudełkach-domach, tracąc wszelaką chęć do działania i kontaktów interpersonalnych. On nie chciał tak żyć. Chciał pracować, chciał coś osiągnąć, chciał być potrzebny, chciał, by życie miało sens. Zmieniał wiele razy pracę, nie godząc się na marnotrawienie jego wiedzy i umiejętności na biurowych stanowiskach, które sztucznie utrzymywano po to tylko, żeby na sprawozdaniach finansowych wykazywać odpowiedni poziom wskaźnika HR. Pracował jakiś czas jako konstelita dla trzech firm, ale żadna z nich nie była zainteresowana, by przyjąć go do swego podstawowego zasobu kadr. Zrezygnował więc z tej pracy, nie znajdując w niej spełnienia i zadowolenia. Żona od niego odeszła, miała dość biedy, ciągłych przeprowadzek, niepewności jutra i całej tej bezowocnej szarpaniny ze współczesnym światem. W końcu znalazł jakąś starą prywatną fabryczkę, gdzie mógł być inżynierem. Zajmowali się naprawą i produkcją części do starych samochodów i maszyn, pochodzących z kolekcji bogatych ekscentryków. Zakład prosperował na granicy bankructwa, zatrudniając inżyniera-technologa i dwóch pracowników, tak zwane złote rączki, co to ze wszystkim sobie poradzą. Oczywiście nikt z nich nie zarabiał kokosów i rzadko mogli pozwolić sobie na nowinki techniczne, ale robili to, co kochali, a i państwo trochę dokładało, premiując zakład za wysoki wskaźnik HR. Było to lepsze od nędznej choć wygodnej wegetacji konstelitów, ale nadal za mało, by życie zyskało kolory i s e n s. Wczoraj jeden z klientów przywiózł do przeglądu stary projektor do filmów z celuloidu (że też takie rzeczy jeszcze są i działają). Aby mogli łatwiej i szybciej wykryć usterki, zostawił im jedną taśmę, która będąc rzadkością w tych czasach, przedstawiała sporą wartość dla kolekcjonerów. Nieprzekraczalny termin naprawy upływał za dwa tygodnie, wtedy to - na uroczystości z okazji setnych urodzin ojca klienta - miały być wyświetlone filmy z jego dzieciństwa. Włączyli film, lecz nie poświęcali mu zbytniej uwagi, skupiając się głównie na badaniu mechanizmu i szukaniu usterek. Wszakże od czasu do czasu spoglądali na odrapaną ścianę – tymczasowy ekran. Jakieś dzieci bawiły się w piaskownicy w parku, a za nimi w tle przemykały samochody i ludzie spieszący do pracy, na spotkania bądź po prostu na zakupy czy spacer. W pewnej chwili wydało mu się, że jedno z dzieci, mały chłopczyk patrzy wprost na niego, nie w obiektyw, ale właśnie na niego, jak gdyby obserwował go przy pracy. Trwało to sekundę, może dwie i zaraz znowu robił babki, kopał łopatką i był już tylko wspomnieniem zapisanym na celuloidzie. Zerkał jeszcze kilka razy na wyświetlany obraz, ale wrażenie się nie powtórzyło, a kilkuminutowa projekcja została przerwana, bo taśma spadła z wyszczerbionych prowadnic. Okazało się, że sprzęt jest w całkiem dobrym stanie, dla przywrócenia maszynie stanu używalności trzeba było wytoczyć kilka podkładek i śrub, wymienić ramię, na które zakładało się szpulę, kilka trybików z ukruszonymi i wytartymi zębami, parę brakujących bądź pogiętych bolców i na koniec przeczyścić i przesmarować wszystkie mechanizmy. Po zdiagnozowaniu projektora i zaplanowaniu prac na kolejne dni rozeszli się do domów. Poszedł spać wcześnie, nie miał ochoty na nudne holoshow ani na kolejne odcinki serialowych tasiemców, którymi zapchany był program, a wszystko gęsto okraszone reklamami. Oczywiście płatne kanały nadawały lepszą rozrywkę, lepszy sport, zapewne nawet lepsze wiadomości, ale jego portfel był na diecie już od długiego czasu, więc ograniczał się do ogólnodostępnych stacji. Sen, choć przyszedł szybko, nie przyniósł ulgi i odpoczynku. Całą noc rzucał się i mamrotał coś, lecz rano nie pamiętał, co było tego powodem. Nie pamiętał, że śnił o małym chłopcu. Idąc do pracy, nieświadomie szukał wzrokiem dzieci. Po chwili, gdy dotarło do niego, co robi, zdziwiło go własne zachowanie. Nigdy nie czuł specjalnego zainteresowania dziećmi, własnych nie miał i jak do tej pory nie chciał mieć. Czemu więc tak się rozgląda? Czyżby ten chłopczyk z filmu miał z tym coś wspólnego? Żywo pamiętał, jaka duma i zadowolenie z siebie go ogarnęły, kiedy spoczęły na nim oczy dziecka. Zaraz, zaraz, przecież to był tylko film. Czy ja wariuję? Wyobrażam sobie, że chłopiec z filmu mnie obserwował i docenił moją pracę? Bzdury… A jednak coś nie pozwalało mu skupić się na pracy, tak że w końcu przekonał szefa, by jeszcze raz włączyć film. Dziwne, chłopca na nim nie było. To znaczy w tym samym miejscu w piaskownicy siedział chłopiec ubrany tak samo jak ten wczoraj, ale to nie było to samo dziecko. Mieli inne twarze, inne włosy, nawet kolor był inny, tamten był blondynem, a ten szatynem. I oczywiście ani na sekundę na niego nie spojrzał. Puścił film jeszcze raz i jeszcze raz, ale nic się nie zmieniło. Szatyn pozostał szatynem i nie miał pojęcia o tym, że ktoś go ogląda. W końcu szef stracił cierpliwość, zabrał rolkę z filmem i kazał wziąć się do pracy. Może zawinił antyczny projektor, a może odrapana ściana. Tak czy inaczej sprawa była zamknięta. Naprawa przebiegała sprawnie. Wymienione elementy sprawowały się bez zarzutu, choć nie wszystkie były nowe. Pochodziły ze skarbczyka, jak nazywali zgromadzone pozostałości po wcześniejszych zleceniach. Trafiało tam wszystko to, co nadawało się jeszcze do ponownej eksploatacji. Patrząc na przepełnione półki i szuflady przypominał sobie dom i opowieści dziadka o dawnym świecie i maszynach: parowozach, radiach lampowych, zegarach z kukułką i wahadłem, gramofonach na płyty winylowe. Tuba od jednego z nich leżała w skarbczyku. Szef już dawno chciał ją wyrzucić, bo była dziurawa i przerdzewiała, ale on się nie zgodził. Miał czasami wrażenie, że słyszy fragmenty odtwarzanych przez nią wiele lat temu piosenek. Zapewne był to szum analogiczny do tego, który można usłyszeć po przytknięciu muszli do ucha, ale on słyszał prawdziwą muzykę. Miał jeszcze jedno miejsce, do którego lubił zaglądać. Złomowisko za miastem. Wpadał tam regularnie co dwa tygodnie. Z początku tylko buszował w stertach blach, osi, wałów, silników… w poszukiwaniu przydatnych elementów, ale z czasem zaprzyjaźnił ze starym właścicielem Metallo. Ksywka przylgnęła do niego, gdyż był zatwardziałym fanem Supermana i miał metalową protezę nogi, którą sam skonstruował. Często opowiadał staremu o pracy, o problemach, na jakie natykał się podczas naprawy sprzętów. Zdarzało się, że dzięki pomocy zarówno…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%