Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 15 min czytania

Barman

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wiecie, fajnie popatrzeć sobie na pijanych ludzi. Można wtedy dopiero zobaczyć co robi się gdy samemu jest się pijanym. Jestem barmanem. Kupiłem lokal od rodziny O'Mally'ego. Ten to miał dopiero pecha. Nie słyszeliście tej historii? Jest bardzo ciekawa. Stanowi pewnego rodzaju ostrzeżenie przed klientami. Ja zawsze trzymam pod barem naładowany pistolet. Przez to czuję się bezpieczniejszy. A, miałem wam opowiedzieć historię o O'Malley. Nie znałem faceta. Niestety. Zresztą nawet nie mógłbym go poznać. Nie żył, gdy kupiłem jego lokal. Historię znam od sąsiadów, którzy, gdy się dowiedzieli, że kupiłem knajpę, tylko wymownie pukali się w czoło. - Kto ci przyjdzie do baru w którym zginęło kilkanaście osób?- Nie zwracałem na nich uwagi i dobrze zrobiłem. Teraz oni są moimi stałymi klientami. O'Malley podobno nie był konfliktowym człowiekiem, a mimo to... Pewnego pięknego wieczoru wszedł do lokalu człowiek wyglądający na jakieś trzydzieści lat. Podobno gdy patrzyło się na niego w odpowiedni sposób i w odpowiednim świetle, był nawet na przystojny. Więc podszedł do baru, usiadł i rzekł: - O’Malley, chce mi się pić. - Nie tylko tobie- zaśmiał się O’Malley i zaczął robić drinka ze wskazanego trunku. Wtedy gość podobno wstał, przeżegnał się, wyciągnął zza pasa pistolet i zastrzelił barmana. Wszyscy struchleli. - Sąsiedzi!- Krzyknął- przyjaciele! Rąbnął pięściami w bar i krzyczał dalej: - Nie żywię do was żadnej urazy! Jestem człowiekiem na którego nie czeka żaden Bóg, lecz za którym tęskni cały świat! Jestem naznaczony przez krew i ciemność!- Nikt nie śmiał wymówić nawet słówka, zresztą, gdyby przy was ktoś zabił człowieka i zaczął wrzeszczeć takie rzeczy, ciekawe co byście robili. A on włożył lufę pod gardło żony O’Mally’ego i wypalił. Jej głowa wylądowała w zlewie pełnym brudnych naczyń, lecz nikt nie zwrócił na to uwagi. Wszyscy w niemym przerażeniu patrzyli jak swoimi wielkimi łapskami zadusił córkę O’Mally’ego, w której podkochiwało się całe miasteczko. Caffery próbował wykorzystać sytuację i ruszył do ataku, lecz morderca był szybszy. Caffery zginął zanim zdążył cokolwiek zrobić. Facet uniósł dymiącą broń i szepnął “Nie robię tego z własnej woli…” W tym momencie rozległ się histeryczny wrzask. To żona Richarda Holmesa nie wytrzymała napięcia nerwowego i siedziała przy swoim stoliku z twarzą czerwoną jak burak, z wielkimi pustymi oczami i rozwartą gębą z której wydobywał się obłąkańczy krzyk. Facet powoli odwrócił się, zaśmiał bezgłośnie i strzelił w jej lewą pierś. Krzyk nagle załamał się, aby po kilku chwilach zamienić się w przedśmiertny charkot. Richard Holmes patrząc na to przerażonym wzrokiem nagle wstał, uniósł oskarżycielsko rękę i wskazując na mordercę pisnął: - Jesteś złym człowiekiem- stał tak przez chwilę jakby dziwiąc się, że jeszcze żyje, a anioł śmierci, który rozdawał ją tak chojną ręką, przystanął i zamyślił się. Przez chwilę w barze jakby stanął czas. Richard stał z uniesioną ręką, morderca patrzył zamyślony w podłogę, umarli leżeli nieruchomo, a żywi… Żywi wyglądali prawie jak umarli z bladymi twarzami, siedzący sztywno, jakby czekający na swoją kolei. Nagle Pan Śmierć zburzył ten obraz unosząc swoją głowę. Spojrzał Holmesowi prosto w oczy i szepnął: - Jeśli nie robię tego z własnej woli, to jak mogę się czuć moralnie winny?- Uniósł pistolet i strzelił Richardowi w brzuch. A ten postał jeszcze przez chwilę, potem delikatnie, powoli, jak na zwolnionym filmie usiadł na podłodze, a z jego warg wydobył się ledwie słyszalny szept: “Nie ma obrony” i bezwładne ciało opadło na podłogę. - Żadna przedsięwzięta- odparł morderca i starannie złorzywszy się do strzału odstrzelił Holmesowi głowę. Stojąc nad nieruchomym ciałem i patrząc się jak krew posłuszna ostatnim ruchom serca wypływa z rany, wyjął nowe naboje i powoli naładował broń. Potem jakby tknięty nagłym skurczem, szybko wypalił w kierunku pana Brookes’a i młodego Richardsona. Obaj padli nie wydawszy z siebie nawet jęku. Możnaby powiedzieć wszystko o tym człowieku, lecz jednego nie można mu odmówić. Wprawnej ręki. Wtedy odetchnął głęboko i patrząc na te wszystkie martwe ciała rzekł: - Chciałbym się wam przedstawić i cieszę się, że wszyscy tu przyszliście- wskoczył na bar i rozkładając szeroko ręce krzyknął swoje imię. Wtedy Jerry Bellows wstał ze swojego stołka, zamknął oczy i zaczął się śmiać. Lecz nie był to histeryczny hihot, lecz zwyczajny, męski śmiech który czasem można usłyszeć po dobrym dowcipie. Śmierć przyszła do niego w postaci wielkiej, szklanej popielniczki wyrzuconej przez postać stojącą na barze. Bellows opadł na bar z roztrzaskaną głową, a jego krew utworzyła na blacie wolno płynący, szkarłatny strumień. Morderca pochylił wzrok i jakby urzeczony płynącą krwią u jego stóp, przykląkł i łzy ukazały się w jego oczach. Sytuację próbował wykorzystać Henry Davenport rzucając się do ucieczki, lecz cóż mógł zdziałać przeciw kuli? Pocisk wszedł przez jego pierś i wysadził wszystkie wnętrzności prosto na podłogę. Mówiłem wam, ten gość miał niezłe oko. Następnie zeskoczył na podłogę i jakby od niechcenia zastrzelił świeżo rozwiedzioną Kathleen Carpenter, przebiegł przez całą salę i stanął naprzeciw tłustego Vincenta Westa. - Czy wiesz, że mieszkam na twojej ulicy?- spytał się grubasa. Vicent spojrzał się na niego jakby ten postradał zmysły, co pewnie nie było dalekie od prawdy i odparł: - O, nie wiedziałem…- uniósł się i powolnym krokiem ruszył w kierunku drzwi. Z kamienną twarzą minął mordercę i już miał wychodzić, gdy jeden strzał strącił mu kapelusz z głowy aż na ulicę. Nagle zrobiło się strasznie cicho. Vincent był ostatnią ofiarą. Człowiek z bronią w ręku stał chwilę rozglądając się, aż jego wzrok padł na lustro. Uśmiechnął się do swojego odbicia: - Oto stoi mężczyzna- krzyknął po czym obrócił się w lewo, potem w prawo, znów w lewo i krzyknął znów: - Bójcie się mnie! Bójcie się mnie!!!- Lecz nikt mu nie odpowiedział, bo wszyscy już byli martwi. Wtedy nadjechał pierwszy radiowóz. Z zawodzącą syreną, błyskającym sygnałem zatrzymał się z piskiem opon naprzeciw drzwi lokalu. Wyskoczyło z niego dwóch gliniarzy i wyciągając broń schowali się za samochodem. Nagle zrobiło się bardzo głośno i tłoczno na tej cichej, spokojnej uliczce. Radiowozy zdawały się zjawiać znikąd, stawały jak najbliżej pierwszego wozu, a policjanci chowali się za nimi z pistoletami gotowymi do strzału. Tłumy gapiów stały w bezpiecznej odległości mrucząc coś bez przerwy i czekając na widowisko. Skądś rozległ się potężny ryk megafonu: - Rzuć broń i wychodź!! Trzymaj ręce wysoko nad głową!!!- rozkaz przetoczył się po ulicy i nagle zapanowała cisza. Przez chwilę wszyscy myśleli, że lokal zostanie zrównany z ziemią siłą policyjnej broni, lecz nagle rozległ się błagalny głos: - Nie strzelajcie!! Jestem nieuzbrojony!!!- z baru wyszedł wysoki, szczupły mężczyzna z uniesionymi pustymi rękoma. Dwóch gliniarzy podbiegło do niego i błyskawicznie skuło go kajdankami. Wsadzili go do swojego auta, a on wyjrzał przez okno i zanim go zabrali, z ruchu jego warg widać było jak liczy: raz… dwa… trzy… cztery… Taki był koniec Baru O’Mally’ego. Wyobraźcie sobie co się potem działo. Wyobraźcie sobie tytuły w gazetach. Wyobraźcie sobie rozpacz rodzin

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%