Fantasy · 49 min czytania
Barrias
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
CZĘŚĆ I: PORA W DROGĘ
ROZDZIAŁ I
Po przebudzeniu Bariass niewiele pamiętał. W myślach przewijały mu się obrazy przedstawiające ostatnie wydarzenia. Przybycie tajemniczego mężczyzny do miasta. Podróż do zamku Morgull i wampiry. Choć wydawało mu się, że pamięta wszystko doskonale jednego nie był pewien. Nie mógł sobie przypomnieć, czy rozmowa przybysza z krwiopijcą naprawdę miała miejsce. W głowie kłębiła mu się myśl, że musi odnaleźć tego zakapturzonego człowieka zwanego Ildarianem. Wiedział, że musi go odnaleźć, ale nie wiedział czemu. Nie wiedział też tego, że jego poszukiwania przysporzą mu więcej kłopotów niż pożytku. Gdyby wiedział co go czeka i co się z nim stanie, na pewno nie starałby się szukać Podróżnika. Ale nie wiedział. Nie mógł tego wiedzieć. Póki co musiał ustalić gdzie jest. Poza tym nie czuł się za dobrze. Bolała go głowa i słabo widział. Obraz był lekko rozmazany i zalany rzadką mgłą, która pewnie była urojeniem jego otępiałego po gorączce mózgu. Chciał się rozejrzeć po pokoju, więc wsparł się na łokciach i lekko podniósł. Przyszło mu to z ogromnym wysiłkiem i sporym bólem ramion i pleców. Za każdym razem, kiedy przekręcał głowę, czuł ból. I dopiero teraz zaczęły go dobiegać dźwięki ze świata zewnętrznego. Słyszał rozmowy, których źródło znajdowało się gdzieś w budynku. Kiedy bardziej się przysłuchał, zdał sobie sprawę z tego, że to co przed chwilą nazwał rozmową, tak naprawdę było jednym wielkim harmiderem. Doszedł do wniosku, że znajduje się w karczmie. Zza okna dobiegł go ledwo słyszalny śpiew zimowych ptaków. Widział, że znajduje się w dużym i luksusowym pokoju. Leżał na łóżku z baldachimem w kolorze czerwonym. Po prawej stronie łóżka znajdowało się duże okno, przez które było widać inne domy oraz ich szare dachy. A więc znajdował się na piętrze. Z lewej strony były drzwi, a na nich wieszak. Z tej samej strony przy łóżku znajdowała się szafka nocna, na której stały jakieś perfumy. Stało tam też lusterko i jakieś inne bezwartościowe przedmioty. Prawie cała podłoga była wyłożona dywanem, który również był w kolorze czerwonym. Po przeciwnej stronie łóżka, pod ścianą znajdowały się jakieś inne szafki. W tym samym momencie, kiedy Bariass uświadomił sobie, że widzi już zupełnie dobrze, jak zdrowy człowiek, do pokoju weszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich był szczupły, o średnim wzroście i popielatych włosach. Był lekarzem o czym świadczył biały płaszcz oraz słuchawki na szyi i brązowa teczka w lewej ręce. Drugi był szatynem, niewiele wyższym od poprzedniego. Zwyczajnie ubrany, nie odróżniał się od ludzi z klasy średniej. Człowiek ten musiał być zapewne właścicielem karczmy i on też odezwał się pierwszy. -Miło widzieć, że już odzyskałeś przytomność. Jestem właścicielem tej gospody i na mnie spoczywa obowiązek opiekowania się tobą. Dlatego też sprowadziłem najlepszego doktora w okolicy, który teraz się tobą zajmie. Kiedy tylko skończy cię badać wrócę tu, by z tobą porozmawiać. Szatyn opuścił pokój, a w tym samym czasie lekarz usiadł na łóżku i widząc, że jest obserwowany przez mężczyznę, odezwał się. -Wracam właśnie od poprzedniego pacjenta i dlatego jestem już stosownie ubrany. Nazywam się doktor Bak i będę się tobą opiekował do czasu, aż wyzdrowiejesz. Pozwól, że cię teraz zbadam.
Drzwi nie zdążyły się zamknąć, gdy znów otworzyły się do środka pokoju. Tym razem wszedł właściciel gospody. Nie usiadł, tylko stanął przy łóżku. Wyciągnął kopertę i podał ją Bariassowi, który w tym momencie położył ją na pościeli. -Ta koperta miała być przekazana w twoje ręce niezwłocznie po tym, jak się obudzisz – powiedział karczmarz. - Zostawił ją tutaj człowiek w kapturze, każący mówić na siebie Podróżnik. Powiedział, że zostałeś zaatakowany przez wampiry i uratowany przez niego w ostatniej chwili. Zostawił cię tutaj i słono zapłacił za twoją opiekę. -Czy mówił, gdzie się udaje? – wtrącił Bariass. -Nie. Powiedział tylko, że wracacie z zamku Morgull, gdzie zabiliście większość krwiopijców. Niektórzy z nich uciekli podziemnymi korytarzami. Jednak wampirów nie ma już w zamku, co jest prawdą, bo zostało to sprawdzone. Wracając do tego tajemniczego mężczyzny musisz wiedzieć, że sporządził list, który pozostawił u mnie. Pozostawił ci także sporą ilość kosztowności, którą możesz odebrać z miejskiego banku poprzez podanie hasła. -Jakiego hasła? -Nie wiem. -Czy ten człowiek mówił coś jeszcze? -Nie. Nie był zbyt rozmowny. Wiele pytań zbywał milczeniem. Po napisaniu listu wstał i wyszedł. Od tamtej pory go nie widzieliśmy. -Od tamtej pory, czyli od kiedy? -Od tygodnia. Tyle czasu leżałeś w śpiączce. -Gdzie teraz jestem? W jakim mieście? -Znajdujesz się w mieście Groat. Musisz jechać tydzień na zachód, by dotrzeć do zamku Morgull. -A w którym kierunku udał się mój przyjaciel? – spytał Bariass, nazywając Podróżnika przyjacielem w nadziei, że dzięki temu dowie się czegoś więcej. -Na południe. Prawdopodobnie do portu Aster. Stamtąd wychodzą najważniejsze morskie szlaki handlowe. Jeśli będziesz chciał to dostaniesz mapę, która cię tam zaprowadzi. Ale dopiero wtedy, kiedy wyzdrowiejesz. A mogę się dowiedzieć, co powiedział ci lekarz? -Powiedział, że objawy gorączki znikają. Za kilka dni będę mógł wstać z łóżka, a za niecały tydzień będę w pełni sił. -To dobrze. Pozwól więc, że cię teraz opuszczę. Kolację dostaniesz za trzy godziny. Chyba że jesteś głodny? -Nie. Karczmarz skierował się w stronę drzwi i miał już wychodzić, gdy odwrócił się w stronę Bariassa i odezwał. -Mów mi Jan. Po tych słowach opuścił pokój.
Bariass, leżąc na łóżku, zastanawiał się nad rozmową. To, co przekazał mu właściciel tej gospody w jego mniemaniu było trochę dziwne, ale teraz jego uwagę przykuła koperta. Wziął ją do rąk i otworzył. Wyjął białą kartkę, po czym zaczął po cichu czytać:
Jeśli chcesz poznać odpowiedzi, udaj się na południowy wschód do miasta Tetra, gdzie odnajdziesz świątynię Angar’ke. Tam posiądziesz wiedzę i umiejętności. Nie szukaj mnie, bo nie znajdziesz. Tylko świątynia może wskazać Ci słuszny kierunek i cel. Na wyprawę musisz udać się sam. Nie wolno Ci pod żadnym pozorem zabierać jakichkolwiek towarzyszy. To skończy się dla nich tragicznie. Udaj się do miejscowego banku i odbierz złoto, za które przygotujesz się do drogi. Hasło to: Wiedza.
Kiedy skończył czytać list poczuł się zawiedziony. Liczył na jakieś konkrety. Na odpowiedzi. A w głębi serca wierzył, że ten list ukaże mu coś niezwykle ważnego. Liczył, że stanie się powodem, dla którego zacznie gonić za tajemniczym człowiekiem w kapturze. Co prawda informacja o jakiejś świątyni była dla niego wystarczającym powodem, by udać się w podróż, ale liczył na więcej. Schował kartkę do koperty, a tę pod poduszkę.
Część 22 / 3
Czas mijał mu powoli. Oprócz wizyt lekarza i karczmarza z jedzeniem lub towarzyską wizytą, nie przyjmował nikogo innego. Jego stan się poprawiał, ale drugiej nocy po odzyskaniu świadomości przyśnił mu się sen, o którym nigdy nikomu nie opowiedział, a który miał się teraz powtarzać już każdej nocy. Sen był strasznie rzeczywisty. Bariass miał wrażenie, że to rzeczywistość, a nie wytwór wyobraźni. Śniło mu się, że podąża jakimś ciemnym korytarzem. Co jakiś czas zerkał na swoje ręce, które wydawały się normalne ale mimo to czuł, że są inne. Szedł korytarzem, który po chwili doprowadził go do innego wydrążonego w skale. Droga ta była niezwykle pokręcona i już po chwili stracił orientację. Jednak wytrwale parł dalej. Po jakimś czasie doszedł do ściany, w której znajdowały się drzwi. Stanął przy nich i do jego uszu dotarł czyjś stłumiony głos: Uwięzienie... śmierć... zawróć... Nie potrafił powiedzieć, skąd dobiega go ten dźwięk. Pchnął drzwi, które wydawały się być niezwykle ciężkie ale ustąpiły pod jego naporem. Poczuł się zadziwiony własną siłą. W środku panował mrok ale widział sylwetki dwóch postaci, które okazały się wampirami. Obydwoje wydawali się zdziwieni jego widokiem. On sam spojrzał na swoje dłonie i poczuł ból w prawej i lewej ręce na całej długości przedramienia. Przepełniała go nienawiść do tych istot. Chciał je zabić. Wypełniła go furia i w tym momencie wiele rzeczy nastąpiło po sobie. Najpierw nasilił się ból w rękach. Potem zobaczył, jak na całej długości przedramienia naciągnęła się skóra. Widział, że coś prze, aż w końcu skóra pękła i z przedramienia wystrzeliło ostrze, którego koniec był zatopiony w nadgarstku. W tym miejscu broń łączyła się z ciałem. Po chwili ból ustał. To samo stało się z drugą ręką. Spojrzał na krwiopijców, którzy w tym momencie rzucili się na niego, a on. . . A on się obudził. Zalał go zimny pot, jego oddech był szybki i ciężki. Usiadł na łóżku i przyjrzał się rękom, które go piekły. Równocześnie poczuł dziwne swędzenie w tym samym miejscu, z którego w jego śnie wystrzeliła broń. Zaczął się drapać na zmianę to po jednym, to po drugim przedramieniu. Jednak to nic nie dało. Wiedział już, że nie zaśnie. Podejrzewał, że do rana zostało niewiele godzin. Ten czas postanowił przeznaczyć na przemyślenia, a potem niezwłocznie opuścić miasto. Pytania kłębiły mu się w głowie. Co oznacza to, co widział? Czyimi spoglądał oczyma? Skąd nagle ten sen? Czy spowodowany był on listem od Ildariana? Przecież sam Podróżnik stwierdził że magia jest obecna w artefaktach. Może ta koperta i ten kawałek papieru jest właśnie takim artefaktem? Mnóstwo pytań i żadnych odpowiedzi, tylko same domysły. Przypomniał sobie teraz, że przebywając w zamku Morgull z ust nieznajomego padło zdanie, że jest on czymś gorszym niż wampiry. Więc to musiało być jego ciało. Musiał patrzyć jego oczyma. To by tłumaczyło tę broń. Tylko czemu piekły go ręce? Czy to była aż tak silna wizja? Czy może to oznacza zupełnie co innego? I znów same pytania. Żadnych odpowiedzi. Musi się tam udać jak najszybciej. W pamięci wyryły mu się słowa: uwięzienie, śmierć, zawróć. Nie wiedział czemu, ale przerażały go. Co one oznaczały? Czas na przemyśleniach mijał szybko i jedyne czego był prawie pewien, to tylko tego że spoglądał oczyma Podróżnika. Wraz z czasem przyszedł jednak sen, z którego obudził się dopiero przed południem. Tym razem nic mu się nie śniło. Wstał z łóżka i rozejrzał się w poszukiwaniu ubrań, które znalazł pod łóżkiem. Były złożone w kostkę. Choć przypominały jego poprzednie odzienie, nie były jego. Były to nowe ubrania, które założył na siebie i skierował się w stronę drzwi. Pociągnął za klamkę i wyszedł na korytarz. Czuł się bardzo dobrze. Wiedział, że to będzie pracowity dzień. . .
ROZDZIAŁ II
Rozejrzał się dookoła. Zobaczył drzwi prowadzące do innych pokoi i schody po jego prawej stronie. Skierował się na dół, gdzie zaczęli się już tłoczyć ludzie. Karczmarz, był zbyt zajęty obsługiwaniem gości, by go zauważyć. Bariass przyjrzał się pomieszczeniu i stwierdził, że jest tu całkiem przyjemnie. Naprzeciwko schodów były drzwi prowadzące na zewnątrz, a na sali stały okrągłe stoliki mogące pomieścić cztery osoby. Poustawiane były bez większego ładu ale tak, by potencjalni klienci mogli swobodnie się poruszać po pomieszczeniu. Nad drzwiami wisiało piękne poroże jelenia. Podszedł do lady i dopiero wtedy zauważył go karczmarz, który napełniał piwa. Obok niego krzątała się jakaś kobieta. Niewątpliwie była pracownicą. -Co ty tu robisz? – spytał zdziwiony Jan. -Muszę ruszyć w podróż najszybciej, jak to będzie możliwe. Przyszykuj mi obiad i jakiś płaszcz, jeśli zakres twoich obowiązków opiekowania się mną obejmuje i to. -Ale czemu chcesz opuścić miasto? Lekarz zalecił ci pozostać jeszcze trochę w łóżku. Twoje zdrowie jest najważniejsze! Nie możesz sobie pozwolić na pogorszenie się twojego stanu. -Czuje się świetnie. Przyszykuj mi to, o co cię prosiłem. -Ale dokąd się udajesz? Do portu Aster? -Nie. Zmierzam w innym kierunku. Proszę nie marnuj mego czasu. Przygotuj to, o co cię prosiłem. W tym momencie pomyślał o Podróżniku. Czy Ildarian udał się do portu Aster, czy chciał tylko zmylić obserwujących go ludzi? Może potem jednak skierował się w stronę Tetry? Nie był tego pewien. Wiedział, że musi to sprawdzić. Z chwilowych rozważań wyrwał go karczmarz. -Dobrze. Usiądź przy tamtym stoliku. Zaraz przyjdę. Bariass podszedł do wolnego stolika, znajdującego się pod ścianą i usiadł tak, by widzieć wszystkich na sali. Po kilku minutach właściciel karczmy przyszedł z talerzem, który przysunął w stronę łowcy wampirów. Posiłkiem okazała się zupa grochowa. Karczmarz odsunął krzesło i usiadł. -Pozwól, że się przysiądę. Chciałbym z tobą zamienić kilka słów. -Tak się składa, że ja też chciałbym z tobą porozmawiać. Chciałbym się dowiedzieć gdzie jest bank, oraz w którym miejscu mogę znaleźć jakiegoś handlarza bronią i stajennego? Chciałbym zakupić konia. -Za chwilę oddam do twojej dyspozycji mojego syna. Zaprowadzi cię tam, gdzie będziesz chciał. Ale najpierw chciałbym poruszyć pewną kwestię. . . -Przepraszam, że ci przerywam – wtrącił Bariass. – Ale chciałbym się dowiedzieć czy w mieście stacjonują jacyś łowcy wampirów? -Jest trzech. Przebywają w tym momencie w karczmie u Gotfryda. Przybyli tu w poszukiwaniu pracy, ale nic nie znaleźli. Za parę dni opuszczają miasto. -To dobrze. Będę chciał z nimi porozmawiać. A teraz możesz już mówić. Nie będę ci przerywał. -Tak właściwie to nie mam ci co opowiadać. Tajemniczy mężczyzna nie zostawił żadnych stosownych informacji dla ciebie. Oprócz dwóch listów. Jeden już dostałeś. O drugim miałem milczeć do momentu w którym będziesz chciał opuścić miasto. Dopiero wtedy miałem ci go przekazać. Właśnie teraz nastał ten moment. Mężczyzna wyciągnął kopertę z kieszeni i położył ją na stole, po czym wstał. -Nie będę ci już przeszkadzał. Wracam do swoich zajęć. Jeśli miałbyś jakieś pytania wiesz, gdzie mnie szukać. Za chwilę przyślę do ciebie mojego syna. Karczmarz skierował się w stronę baru, a Bariass wziął kopertę do rąk i wyjął list. Na kartce były zapisane tylko dwa zdania:
Nie zmierzaj do świątyni Angar’ke. Śmierć nie jest najgorszą rzeczą jaką można spotkać na swojej drodze.
Bariass zastanawiał się nad listem, który przeczytał. Co to w ogóle miało znaczyć? Ten list był w pewnym sensie zaprzeczeniem poprzedniego, w którym był zachęcany do podróży, a teraz co? Miał wszystkiego zaprzestać? Na to już za późno. Musiał się tam udać. Ale drugie zdanie wywołało w nim niepokój. Co może być gorsze od śmierci? Pamiętał, że kiedyś spotkał wampira, który przed tym jak został przez niego zabity powiedział, że nieśmiertelność to także przekleństwo. Czy więc chodziłoby właśnie o to? O życie wieczne? Jednak to wydawało mu się głupie. Jak nieśmiertelność może być przekleństwem? Postanowił jednak nie przejmować się listem i odbyć podróż do miasta Tetra. Choć Bariass uważał sam siebie za inteligentnego i błyskotliwego, a niejeden przyznał mu rację, nie domyślił się jednego. Nie odkrył tego, że od momentu kiedy przeczytał pierwszy list od Podróżnika znalazł się w jego grze. W grze, która nie miała zasad. Celem było zmanipulowanie go, co jak póki co szło idealnie. Łowca wampirów odłożył kartkę i zaczął jeść. Kiedy tylko zjadł, podszedł do niego młody chłopak o ciemnych włosach i smukłej twarzy. W rękach trzymał palto, które teraz podał jemu. -Ojciec kazał mi ci usługiwać i zaprowadzić w każde miejsce, jakie sobie zażyczysz. To palto ci się przyda. Jest ciepłe i wygodne. W sam raz na długą i męczącą podróż. Gdzie udamy się najpierw? -Prowadź do banku. -Proszę za mną.
Bariass założył palto na siebie, które pasowało idealne. Faktycznie było ciepłe i wygodne, a poza tym nie za ciężkie. Sięgało mu aż za kolana. Cały czas szedł obok chłopaka. Obydwoje milczeli. Tylko on przyglądał się budynkom. Choć słyszał o tym mieście, nigdy nie miał okazji tu być. Teraz jednak korzystając z okazji rozglądał się i nie był zbyt zachwycony widokiem. Zdecydowanie musiało to być biedne miasto, o czym świadczyły same domy, które były już stare i zaniedbane. Ulice opustoszały co było zrozumiałe, gdyż panowała wyjątkowo mroźna zima. Szli przez jakiś czas, aż doszli do banku. Chłopak powiedział, że będzie czekał na niego przed wejściem. Bariass wszedł do środka i podszedł do bankiera, który ubrany w czarny garnitur powitał go uprzejmie i z fałszywym uśmiechem spytał, czym mógłby mu służyć. Na wyrażenie chęci odebrania kosztowności, które zostawił tu tajemniczy mężczyzna w kapturze, bankier spytał go o hasło. Kiedy je podał, mężczyzna kazał chwilę zaczekać. Wracając, niósł dwie duże sakiewki oraz miecz rozmiarami przypominający ten, który zgubił w zamku Morgull. Był to prosty oręż, ale Bariassowi się spodobał. Odebrał wszystko, co należało do niego i wyszedł na zewnątrz. Przypiął miecz do pasa i chłopakowi oznajmił, iż nie będzie musiał kupować broni, gdyż zostawił mu ją jego przyjaciel. Teraz mieli udać się do stajennego. Kiedy byli na miejscu łowca przyjrzał się wszystkim koniom i wybrał tego o brązowej sierści. Zapłacił za niego i powiedział, że zgłosi się po jego odbiór najpóźniej za dwie godziny. Poprosił też, by koń został przygotowany do długiej podróży. Wyszli ze stajni i chłopak poprowadził ich w stronę karczmy Gotfryda. Kiedy stanęli przed wejściem do niej, Bariass wysypał na swoją rękę kilkanaście złotych monet, po czym wręczył je swojemu przewodnikowi i odezwał się. -Za pieniądze, które ci dałem kupisz mi wszystko, co jest potrzebne do podróży. Zostawisz to u swego ojca. Zgłoszę się po odbiór później, a teraz wprowadź mnie do środka i przedstaw mi ludzi, których szukam. Resztę zachowaj dla siebie. -Jak sobie życzysz - rzekł uradowany chłopak i wszedł do środka. Rozejrzał się po jej wnętrzu. Karczma ta była podobna do tej, którą prowadził Jan, z tym wyjątkiem, że była większa oraz stoliki były prostokątne. Trzech łowców wampirów siedziało przy stoliku na środku sali. Syn karczmarza odezwał się do mężczyzny, którego miał prowadzić tam gdzie ten sobie zażyczy. -Jak widzisz, łowcy wampirów siedzą na wprost ciebie. -Możesz odejść i zrobić to, co ci poleciłem. -Oczywiście. Przewodnik zawrócił i wyszedł, a sam Bariass skierował się w stronę trzech mężczyzn, którzy odróżniali się od pospołu ubraniem. Każdy z nich był ubrany na czarno. W jakieś kurtki, a spodnie, które nosili miały zapewne wełniane podbicia. Podszedł do nich i się odezwał. -Nazywam się Bariass i mam interes do was. Czy mogę się przysiąść? -Ależ oczywiście - powiedział jeden z łowców, który jak cała trójka był szeroki w barkach. Ich twarze pokrywały liczne, drobne blizny. Jednak nie wpływały one zbytnio na ich atrakcyjność. Kiedy tylko usiadł, jeden z nich, o rudych włosach, zabrał głos. -Podejrzewam, że tak jak my zajmujesz się tropieniem i eliminowaniem krwiopijców, prawda? Wnioskuję to po twoich bliznach. -Prawda. -A więc co za interes sprowadza cię do nas? -Za chwilę udaję się do miasta Tetra, znajdującego się na południowy wschód stąd. Tam chcę odnaleźć świątynię Angar’ke. Chcę wam zaoferować pracę dla mnie. -A co chcesz tam znaleźć? Wampiry? – spytał drugi mężczyzna o czarnych włosach. -Nie wiem, co tam znajdę. Oczywiście będą tam wampiry ale podejrzewam że znajdę coś więcej. -Na przykład co? – ponownie odezwał się ten sam mężczyzna. -Nie wiem. Ale wiem, że znajdę tam coś bardzo ważnego. -Nie rozumiem cię – odezwał się rudzielec. – Wiesz, że znajdziesz tam coś ważnego ale nie wiesz co. Skąd wiesz, że tam jest coś wartościowego? -Po prostu to czuję. Oferuję wam pracę na jakiś czas. Płacę za waszą lojalność i nie zadawanie pytań. Albo się przyłączycie, albo nie. Wasz wybór. Trzech mężczyzn spojrzało na siebie znacząco, po czym odezwał się szatyn. -Zgadzamy się. Jednakże warunkiem naszej współpracy jest pięćdziesiąt sztuk złotych monet na tydzień. I to dla każdego z osobna. -Drogo się cenicie. -A ty dużo wymagasz – odezwał się szatyn. – Chcesz lojalności i nie chcesz, by ci zadawać pytania. Poza tym wyruszasz za chwilę. Mamy mało czasu do przygotowania się. Albo akceptujesz nasze warunki, albo nic z tego. Na chwilę zamilkł, po czym odezwał się ponownie. - Więc jaka jest twoja decyzja? -Zgadzam się. -To dobrze rokuje naszej współpracy. Nazywam się Rox – powiedział rudy mężczyzna. – A ten szatyn to Robar. Natomiast temu mów Robert. -Miło mi was poznać, panowie. Za półtorej godziny oczekuję was przy bramie miasta. Potem kieruję się do Tetry. Z wami, czy bez was.
Część 33 / 3
Bariass wstał i wyszedł. Musiał załatwić jeszcze parę rzeczy. Najpierw udał się do stajennego i odebrał swojego konia, który miał już założoną uprząż. Wsiadł na niego i wyjechał ze stajni. Skierował się do karczmy Jana. Tam przywiązał konia do specjalnej belki i wszedł do środka. Zobaczył karczmarza stojącego za ladą i podszedł do niego. Jego syna nigdzie nie było widać. -Niedługo wyjeżdżam. Czekam tylko, aż twój syn kupi wszystko to, co jest potrzebne bym mógł wyruszyć w podróż. Czy był tu już? -Tak. Wyszedł niedawno. Za kilka minut powinien wrócić. Kupił ci już parę rzeczy.
Rozmawiali tak długo, aż chłopak nie wrócił z resztą zakupów. Bariass kazał mu spakować kupione przez niego rzeczy na konia. Kiedy tylko wszystko było gotowe, pożegnał się z karczmarzem i wyszedł, po czym skierował się w stronę bramy miasta. Tam czekał kilkanaście minut na swoich towarzyszy podróży. Kiedy przyjechali odezwał się. -Cieszę się, że jesteście. Możemy ruszać.
CZĘŚĆ II: ŚWIĄTYNIA ANGAR’KE
ROZDZIAŁ III
Podróż nie była zbyt wygodna. Jechali piętnaście dni. Przez ten czas zajechali n do miasta tylko raz po to, by uzupełnić zapasy. Kupili co mieli kupić, zjedli coś i trochę się ogrzali, po czym ruszyli w dalszą drogę. Za każdym razem kiedy Bariass kładł się spać przy ognisku, nawiedzał go ten sam sen, który miał miejsce pierwszej nocy po przeczytaniu listu. Każdej nocy krążył po jakichś korytarzach, po czym stawał przy drzwiach. I za każdym razem budził się zlany potem. Jednak żaden z łowców nie domyślił się, że ich szef ma dziwne sny. Kiedy dotarli do miasta Tetra, wiedzieli o sobie bardzo dużo. Stali się nawet przyjaciółmi. Z prowadzonych rozmów Bariass dowiedział się, że jego nowi towarzysze używają do walki z krwiopijcami tylko broni. Żadnej wody święconej czy kołków osinowych. Broń ich, jak sami łowcy stwierdzili, była święcona i wykuta ze specjalnego metalu, na który wampiry są mało odporne. Jednak nie wiedzieli, co to jest za metal. Broń tę dostali od swoich nauczycieli. Kiedy zbliżyli się do bram miasta, powitało ich dwóch strażników, którzy stali w budkach ustawionych z obydwu stron bramy. -Witajcie, nieznajomi – odezwał się jeden ze strażników. – Co was sprowadza do miasta? -Szukamy świątyni Angar’ke – powiedział Bariass. – Gdzie możemy ją znaleźć? -Gdzieś w leśnych zastępach na północ stąd. Nie wiem, gdzie jest. Co chcesz tam znaleźć panie? -Wampiry – stwierdził Rox. -W okolicy nie ma wampirów – powiedział drugi ze strażników. -To się okaże – stwierdził Bariass. – Jesteśmy łowcami wampirów, musimy się tam udać i to sprawdzić. Gdzie znajdziemy kogoś, kto udzieli nam informacji? -Najlepiej udajcie się tą dróżką nad staw – odezwał się ten sam strażnik co przed chwilą, wskazując ledwo widoczną ścieżkę. – Tam mieszka Odyn. On wam pomoże. Wie najwięcej o okolicy. -Dziękuję za informacje. -Ależ nie ma za co, panie.
Czwórka mężczyzn skierowała konie we wskazaną stronę. Jechali wzdłuż palisady miasta. Po chwili ich oczom ukazał się zamarznięty staw, a obok niego chatka, z której komina wydobywał się dym. Konie zostawiały ślady na śniegu. Po chwili byli na miejscu. Robert zauważył, że ktoś przyglądał im się z okna, po czym zniknął. Osoba, która ich obserwowała po chwili pojawiła się w drzwiach. Stała tam, aż łowcy podjechali bliżej. Mężczyzna ten patrzył na nich z zaciekawieniem i kiedy zatrzymali konie przed nim, odezwał się. -Kim jesteście i co was sprowadza do mnie? -Czy to ciebie zwą Odyn? – spytał Bariass. -Tak. A bo co? -Szukamy świątyni Angar’ke. Chcemy, byś wskazał nam drogę – znów odezwał się brodaty mężczyzna. -Po waszym wyglądzie wnioskuję, że jesteście łowcami wampirów. A jeśli nimi jesteście i pytacie o świątynię to znaczy, że zalęgły tam się wampiry. Jednak na waszym miejscu bym odpuścił sobie podróż do tego miejsca. -Czemu? – spytał Robar. -Jest to nawiedzone i przeklęte miejsce. Nikt stamtąd nie powrócił żywy. Wiele lat temu była to świątynia ku czci Ilianosa, boga urodzaju. W świątyni tej mieszkały same młode kobiety, które zostały napadnięte przez zbójów i zamordowane. Jak się okazało, byli oni…