Biografia · 6 min czytania
Bartek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Ludzie są bardzo dziwni, lecz Ci, którzy wnoszą coś do ciekawszego do swojego życia zawsze się wyróżniają. Niektórzy z nich są nawet ciekawymi indywidualnościami, zazwyczaj mówimy o nich, że są inni lub po prostu nienormalni. Jeśli moja teoria jest prawdziwa to Bartek jest najinniejszą i najbardziej nienormalną osobą, jaką znam. Urodził się we Włoszczowie trzydzieści trzy lata po połowie dwudziestego wieku. Od razu wyglądał inaczej. Ważył prawie cztery i pół kilo. Był tak duży, że gdy położna przykryła go kocykiem miał na wierzchu nogi od kolan w dół lub kocyk sięgał mu do połowy brzucha. Zapewniam was, że nie był „Dzieckiem w kołysce, kto łeb urwał Hydrze”, ani w przyszłości nie „będzie dusił centaurów”, bo był tak słodki jak żadne dziecko na oddziale. Nawet założyłbym się z każdym z was o wszystko cokolwiek miałem lub będę posiadał, że słodszego małego żyjątka na świecie nikt z was nie widział i na pewno nie zobaczy. Pierwsze lata swego życia spędził w swoim rodzinnym mieście i właśnie wtedy zaczęła się ujawniać jego inność. Nie ważne gdzie się człowiek spojrzał on tam był. Robił hałasu za trzydziestu i huku za stu. Od urodzenia miał zdolność do robienia sobie samemu krzywdy. Zawsze właził tam gdzie się go najmniej spodziewano i najbardziej chciano, żeby właśnie to miejsce unikał. Zaczęło się to od momentu, gdy zaczął umieć chodzić. Pierwszym miejscem, w jakie się wślizgnął była szafa, a raczej mała szczelina między nią, a ścianą. Niespodziewanie dla Bartusia za szafą stało rozgrzane żelazko, które umiejscowione zostało tam, aby nie było najmniejszej szansy oparzenia się. Nie będę pisał ile nasz główny bohater narobił hałasu, ale osobiście to mu się nie dziwię. Gdy już trochę podrósł to wraz z rodzicami i bratem Marcinem przeprowadzili się do mieszkania w Kielcach. Pewnego pięknego letniego dnia, kiedy to Bartek był we Włoszczowie u swojej babci wymyślił sobie, że wejdzie na pustaki stojące na podwórko. Było to dobre 2 metry. Nie wiem jak to zrobił, ale mu się udało. Niestety jak wiadomo wchodzenie jest łatwiejsze od schodzenia, no i właśnie Bartuś był tego kolejnym przykładem. Na pustakach wisiał jakiś sznurek no i przy schodzeniu oczywiście Bartuś się o niego zahaczył. Wisiał metr nad ziemią głową w dół. Trwało to około dziesięciu sekund, potem spadł. Oczywiście zwichnął sobie lewą rękę. Na szczęście zawsze był z niego twardy chłop i bez płaczu wytrzymał nawet nastawianie stawu bez znieczulenia. Następnym ważnym wydarzeniem w jego życiu była komunia jego brata. Miał wtedy siedem lat. Na osiedlu, na którym mieszkali porozrzucanych było pełno kwadratowych kawałków płytek PCV. Zaczął się nimi rzucać z Marcinem i w taki sposób otrzymał swoje pierwsze w życiu szwy. Było ich trzy i o trzy za dużo. Po tych wydarzeniach Bartuś znający już smak bólu trochę się…