Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Filozofia · 37 min czytania

Barwy Spełnienia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Do cudownego lasu nigdy nie przybył jeszcze żaden człowiek. Miejsce to istniało gdzieś pomiędzy naszym światem a krainą marzeń, którą odwiedzamy podczas snu. W cudownym lesie nie było nocy. Słońce świeciło bez przerwy. Z chmurek spadał czasem ciepły deszczyk, lecz nigdy nie słyszano tu grzmotów ani nie widziano błyskawic. Wszystkie zwierzęta i rośliny żyły w pełnej harmonii. No może prawie pełnej. Rudy kotek zaciekle gonił właśnie zielonego wróbelka, który ze śmiechem odlatywał tuż przed schwytaniem i znów stawał na ziemi, zapraszając kotka do dalszej pogoni. Z reguły wróble nie są zielone, lecz w cudownym lesie prawie każde zwierze mogło przybrać dowolną barwę. Zmiana nie następowała jednak od razu. Trwała dwie ludzkie godziny. Kotek nie potrafił opanować sztuki zmiany koloru. Mimo usilnych starań wciąż pozostawał rudy, dlatego gonił wszystkie istoty, których barwę pragnął mieć. - Odpuść sobie maleńki, bo już dosyć masz udręki - zaćwierkał wróbelek i wzleciał nad ziemię. Spojrzał z politowaniem na wymachującego łapkami kota i dodał: - Ledwie dyszysz, czas marnujesz, chyba dobrze się nie czujesz. - Będę się cudownie czuł, kiedy cały będziesz mój - odparł ochoczo rudzielec, lecz wróbelek nie zamierzał się dłużej bawić i odleciał do swego domu mieszczącego się na szczycie jednego z najwyższych dębów. - I co ja mam teraz zrobić? - zapytał kotek i spojrzał na niewielkie kawałki błękitnego nieba widoczne pomiędzy koronami drzew. Pragnął być zielony, chociaż jeszcze wczoraj uważał, że najlepiej pasuje mu niebieski. Dlaczego nie potrafił zmienić koloru? Wciąż zadawał sobie to pytanie. Położył się na trawie i skoncentrował całą uwagę na przybieraniu innej barwy. Tym razem chciał być żółty. - Nie wysilaj się kolego, bąki puszczasz już od tego - głos wydobył się spod chudziutkiego drzewka, rosnącego tuż za polaną. Kotek natychmiast wstał i podszedł tam, by ujrzeć postać, która wypowiedziała niemiłe słowa. Nie dojrzał nikogo ani niczego godnego uwagi. Może się przesłyszał? Wolał się upewnić, więc rzekł nieśmiało: - Przepraszam kolego, wariuję od tego, bo chcę być żółciutki... lub lepiej złociutki! Ty gdzie się podziewasz? Nie widzę cię, wychodź! I nie mów zza krzaków. Chcę ujrzeć cię brachu! - Z kolorem problemy? A niech cię wybieli! To przecież bez sensu jak wydech bez wdechu. Kotek skupił wzrok na poszukiwaniu postaci, która do niego mówiła, lecz głos dobiegał jakby znikąd. Czyżby postradał zmysły? - Powiedz coś jeszcze, chcę ujrzeć cię wreszcie! I głośniej poproszę, bo głuchnę po trosze! - krzyknął i skupił wzrok na miejscu, skąd doszedł przed chwilą głos. Niewielkie drzewko nie miało żadnej dziupli, gdzie można by się ukryć. W ziemi również nie było dziury ani nawet małego wgłębienia. Pod drzewem stała marchewka. Zwyczajna, pomarańczowa marchewka. Skąd się tu wzięła i jakim cudem utrzymywała pionową pozycję? - Co tak patrzysz niedowiarku? Jestem Jola Von Machwianka. Głos mam może nazbyt niski przez brak ust od maga figli. Miałam też oczęta śliczne. Byłam księżną w swej ojczyźnie, lecz mnie zmienił on w marchewkę, bo wyśmiałam jego klęskę, gdy się potknął o mój warkocz. Rzucił w las tu nie tak dawno i przez tydzień będę taka aż nadejdzie księżyc w pełni i mnie pięknem znów wypełni! Tydzień wedle czasu ludzi, bo tu księżyc się nie budzi. - O nie. Nie! Po stokroć nie - kotek złapał się za głowę i usiadł na ziemi. - Nie masz oczu ani ust, a widzisz, mówisz? Istny cud, czy to może ja wariuję? Chyba słabo dziś się czuję. - Mówię przecież, że to mag! Głuchy jesteś? Ja ci dam! Żaden cud, to złości brud. Siła wielka w głowie słabej jest przekleństwem, złym kamratem. Też nadużywałam władzy aż zgłupiałam z tej postawy. Ciągle więcej biżuterii. W kółko nowe też sukienki, butów miałam ze sto par, obiad zawsze z pięciu dań. Przesyt! Istne zagracenie. Niepotrzebne przesilenie. Starczy przecież tylko kilka. Resztę dałam w upominkach. Czułam się z tym dużo lepiej. Pomoc innym dobrym lekiem i wewnętrznym upiększeniem! Radość duszy ukojeniem na cielesne wszystkie smutki, lecz nie czas na te regułki, bo chcę ciało już odzyskać. Tobie kocie będę winna jedną ogromną przysługę. Bardzo proszę! Już cię lubię! I wyruszę na twym grzbiecie, by odzyskać ciało wcześniej! - Chwila, chwila - mówi kot. - Bo mnie jeszcze pożre smok. Czy ten mag daleko mieszka? Niebezpieczna będzie ścieżka? Co mi dasz księżniczko w zamian, kiedy wrócisz już do ciała? - Przede wszystkim wyjaw imię, słuch o tobie nie zaginie! W zamian barwę będziesz zmieniał bez chwili ograniczenia! Co sekundę inny kolor i odzyskasz kocie polor! - Imię moje to Sędzimir, potrzebuję jeszcze chwili. Co z tą drogą? Jest bezpieczna? Żadna bestia tam nie mieszka? - Chyba nie. Nie jestem pewna. Księżna Jola Von Marchwianka hop na grzbiet koteczka wsiadła i prosiła i jęczała, że ją czas bardzo pogania, lecz Sędzimir wciąż niepewny swej decyzji ostatecznej wspomniał mądre słowa księżnej – zbytni pośpiech też przesytem, więc uspokój się na chwilę. Wszystkie barwy przybrać chciał, lecz w praktyce ciągłe zmiany nazbyt by go rozpraszały. Rudy był od urodzenia. Własnej barwy się nie zmienia. Ona jest jego symbolem, więc przeprosił księżną Jolę i powrócił do rodziny. Stał się w pełni już szczęśliwy. Von Marchwianka zzieleniała, bo co pocznie teraz sama? Woła kotka bezskutecznie. Co ma zrobić dziewczę biedne? Nic. Poczeka na ratunek. Przydałby się jakiś trunek, lecz wspominać zacznie teraz swojego ciemiężyciela. Broland – tak był kiedyś zwany, nim na święceń dzień wspaniały przybrał imię Olaf Śmiały. Może zbytnio mu podpadła? Lub zazdrościł, bo za ładna? W końcu pod drzewem zasypia. We śnie widzi służkę Anię, która zawsze robi pranie. - Boże! Księżno! Co się stało? - pyta we śnie smutna Ania. - Mogłabym ci jakoś pomóc, żebyś prędzej była w domu? - Jesteś senną tylko wizją, lecz dziękuję ci za wszystko. Powiedz tylko Olafowi, by przebaczył warkoczowi i czym prędzej mnie odmienił! Nie mam żalu, że mnie zmienił, lecz tak żyć przecież nie można. Głodna jestem niesłychanie. Jeść bez ust? Trudne zadanie. - Wnet przekażę droga księżno, lecz nie ujrzę go zbyt prędko. Rankiem w góry ruszył szybko, bo pani mąż wdepnął w sidło dwójki mieszczan, którzy chcieli by ich śpiewem rozweselił. Pani mąż nie śpiewa raczej, po Olafa posłał zatem i spisuje wszystkie prośby swych poddanych by w przyszłości stworzyć raj u własnych włości. - Ciągle mieszczan zadowala, choć się żona marchwią stała. Już dwa dni ludziom dogadza, czy aż tak jest ciężka władza? - Ależ nie wie droga pani, żeś przybrała postać marchwi, lecz dziś wrócić ma na zamek i na pewno już niebawem wszystko będzie tak jak dawniej. Władza wielkim jest ciężarem, gdy się chcę być dobrym panem i zbudować lepszy świat. Mąż twój mądry jest i silny już niedługo będą inni, którzy pójdą za przykładem. Miasto nasze będzie rajem. Nie tak jak te smutne kraje, gdzie są władcy leniuchami, a mieszczanie załamani. - Dzięki ci najdroższa Aniu. Sen ten dla mnie jest wspaniały. Mam znów ciało swe i mogę stąpać z nogi na nogę. - To jest tylko sen, pamiętaj. Lepiej wróć do lasu prędko, bo ktoś przybył na polanę. Jeszcze zje cię na śniadanie! Księżna Jola sili wolę, by się zbudzić, lecz nie może aż ją w końcu budzi ból. Ktoś ją ugryzł! Któż tak mógł? - Święty Panie. Co się dzieje? Marchew skacze czy szaleję? Jam Rozella Białolica, ty naprawdę jesteś żywa? - głos należał do papugi o urodzie godnej króli. Skrzydła błękitno zielone, oczy szare, łeb czerwony, a pod szyją śnieżnobiała – taka była ona cała! - Jestem Jola von Marchwianka. Żywa, ale nienormalna, bo mnie mag w warzywo zmienił. Pomóż! Chcę, by mnie odmienił. Możesz zabrać mnie do zamku? Nie poskąpię ci podarków. - Chwila, chwila. Coś tu nie gra. Przecież to cudowny las. Nad granicą świata ludzi, więc skąd księżna i skąd mag? - rzekła nieufnie papuga. Żyła tu już bardzo długo, w radzie królewskiej siedziała, gdzie od dawna jest ustawa o zakazie wstępu dla ludzi, raportów i sępów. Sępy orły wyganiały, raptory już nie istniały. Ludzie? Tutaj nie bywali! Skąd ten mag o lesie wiedział? Może wąż wredny powiedział? Też miał dostać zakaz wstępu, lecz miał mało oponentów w porównaniu do przyjaciół i wciąż pełza wewnątrz lasu. - Olaf Śmiały bystrym człekiem, przybył tutaj jako piesek. Zmiennokształtność magów cechą, a do wyjścia niedaleko, tunel jest przy źródle rzeki, co przepływa wokół lasu, wejście jest na skraju światów poza wzrokiem zwykłych ludzi, więc się żaden niech nie łudzi, że zawita tutaj kiedyś… - Ale ty tu jesteś przecież! - słusznie wyrzekła papuga. - Kiedyś też nie mogłam trafić mimo starań różnorakich. Serce miałam brudne z pychy, nie liczyłam się też z nikim. Teraz wiem, że dobroć szczera oczy na piękno otwiera. Sprawianie radości darem, co się zwraca okazale. Całą złość w odmęty rzucić i unikać gniewnych ludzi. Marzyć! Wierzyć w idealizm, choćby wokół sami cwani i posępni stręczyciele. Nasz świat lepszy jest o wiele! Stwórzmy raj wbrew mrocznym czasom, bo nas stać na walkę taką a im więcej dobrych ludzi, tym się mniej będziemy trudzić aż się w końcu wygrać uda! - A więc wejście widzą wszyscy, którzy serce mają czyste? - pyta z ulgą papuga. Dobry człowiek to nie zguba. Może sępy też zostawić? Nic złego nie wyprawiały. Czasem złe jest uprzedzenie, szkodzi pomyślnej ocenie. - Tak, a magik Olaf Śmiały się pozbawił już tej wiary, kiedy zmarła jego sowa, którą wiele lat hodował. Uznał świat za miejsce smutne, gdzie nie liczy nic się w ogóle, bo i tak śmierć nas zabiera i to radość mu odbier… Wtrąca szybko się papuga: - Śmierć? Okropna rzeczywiście, ale po co o niej myśleć? W sercu niech zachowa sowę i przed siebie idzie z Bogiem. Gdyby smutki nie istniały, to radości by nie trwały, bo docenić jak je wtedy, gdy o smutku nic nie wiemy? Musi istnieć równowaga, by nam czas tu nie zawadzał. - Zgadzam się droga papugo, lecz mag rzekł, że to zbyt trudno i jak jestem taka mądra, to mnie zmieni w muchomorka i posadzi gdzieś tu w lesie i zobaczę, że mnie prędzej ktoś rozdepcze niż pomoże wrócić do ojczyzny drogiej. Warkocz wtedy poprawiłam, i pod nogi mu rzuciłam przypadkowo oczywiście, lecz się potknął biedak iście i złorzeczył niesłychanie: „ Precz! Ja dam ci srogą karę. W lesie cudów ciebie złożę, nikt ci uciec nie pomoże i zgłodniejesz bardzo srodze! Tydzień cały tam zostaniesz aż księżyc w pełni zastaniesz.. znaczy pełnia u nas będzie, bo tam słońce świeci wiecznie. Wtedy wrócisz tu do zamku i przeprosisz Von Marchwianko, gdy przemyślisz, że bez sowy życie moje zniewolone - tak mi właśnie rzekł czarodziej. Wiem, że się zawiedzie srodze, bo powrócę już niebawem i nauczę go, że błądzi a zgorzkniałość wciąż go grąży. Uratuję go od smutku i pomogę znaleźć wiarę, by mu chęć przywrócić stale do istnienia na tym świecie, bo jest chory bardzo przecież. Czyż nie piękne w nocy gwiazdy? Góry, lasy, wodospady! Morza, głębokie jaskinie i zwierzątek innych tyle! Rozumiem, że sowę kochał i niech w sercu ją zachowa, lecz dla uczczenia pamięci niech dla innych będzie wielki i pomoże im w istnieniu, by radośniej nieśli brzemię życia na tej dziwnej ziemi. Wtrąca się chętnie papuga: - Uda może się ta próba. Dość daleko jest do źródła, ale przecież na mym grzbiecie możesz śmiało sobie lecieć. Ja ci życzę powodzenia, nie ma czasu do stracenia. Może maga wyleczymy i nabierze biedny siły i ocali inne sowy idąc po rozum do głowy? Papuga się schyla a marchew wskakuje. Wzbijają się w górę, lecz Jola zlatuje. - Cudów las, lecz zapamiętaj, że logika wszędzie jedna. Jak masz na grzbiecie polecieć, gdy tak łatwo możesz zlecieć? Najważniejsze bezpieczeństwo. Czym przywiązać cię? Myśl prędko! Zastanawiać się zaczęły, lecz efekty nie przybrnęły. Nagle wąż przypełznął szary z czarniawymi zygzakami. - Podsłuchałem was skarbeńki i na pomysł wpadłem wielki. Połknę cię marchewko droga i w mym brzuszku dotrzesz zdrowa do celu upragnionego. W nagrodę mnie uskrzydl jeno, jednak nie chcę muszych skrzydeł ani takich jak motyle, pragnę skrzydła mieć jastrzębie! Zrobisz dla mnie to w podzięce? Rzekła tak papuga krewka : - Żadna droga to marchewka. Mówisz z księżną Von Marchwianką, a kim ty pełzaczu jesteś? Czy jej zjeść przypadkiem nie chcesz? - Jestem kobra pasiasta. Marchwi nie jem, to rzecz jasna! Ciebie bym chętniej przetrawił, bo się tak niemiło patrzysz. - Nieufnie patrzę z rozsądku, bo kto by chciał księżną wozić w żołądku? Głos zabiera Marchwianka: - Dziękuję ci kobro za pomocy chęć, lecz zbyt się obawiam, że zechcesz mnie zjeść. Ostrożność jest cnotą przeze mnie cenioną a jesteś osobą mi nieznajomą. Na plecach papugi zamierzałam wzlecieć, choć tam mogłam spaść i połamać się przecież, lecz lepiej zależnym być od wiatru podmuchu niż całkiem się oddać istocie nieznanej, bo nie wiem czy masz skarbie dobre zamiary. Poza tym naprawdę nazywasz się kobra? Wyglądasz jak żmija! Ja jestem w tym dobra od dziecka uczyłam się pilnie przyrody i nikt nie oszuka mnie oj nie ma mowy! Coś syczy po cichu ta żmija czy kobra i minę ma taką, jakby ząb ją bolał. - Mój ojciec był kobrą - odzywa się dumnie. - A matka żmiją, więc jest po połówce. - No dobrze już dobrze - odrzekła Marchwianka. Nie znała się aż tak na węży powstaniach, a wiedzieć należy, że dziwne to stwory i rodzą się w sposób nieujednolicony. - Mam pomysł - rzuciła radośnie papuga. – Słuchajcie uważnie a pewnie się uda. Owiniesz się wężu jak pas wokół mnie i gdzieś tam bezpiecznie wetkniemy Jolę. - Niegłupie – syk kobry się cichy dobywa, lecz po oczach widać, że w myślach coś skrywa. W sekrecie wam powiem, że to zwykła żmija, lecz chciała być kobrą, co niezbyt jej sprzyja, bo sprzecznościami jest biedna miotana. Czasami jest dobrze pobawić się nieco i udawać zebrę, jelonka czy drzewo, lecz tylko nam lustro o prawdzie oznajmia, choć można zamienić myślenie i wygląd, lecz wbrew to naturze i będzie jej przykro, a ona królową nie do oszukania, bo tlenu i wody wciąż musi nam dawać, byśmy nie zniknęli jak sowa Olafa, lecz dosyć pouczeń, nakazów i ględzeń, bo Jola wzleciała z papugą i wężem a lot ich był chwiejny i raczej powolny. - Nie ściskaj tak mocno! - krzyknęła papuga - To leć trochę niżej, bo boję się fruwać - odrzekła żmija i usta zaciska a w głowie wiruje, omdlenia jest bliska. Lecą tak jeszcze przez sekund czterdzieści aż biedna papuga zbyt mocno ściskana ląduje, oddechu nie może już złapać. Zgniewana dziobnęła porządnie kobrę. - Ała! Krzyczy wąż. Dlaczego tak podle? Ja boję się latać i lżej nie potrafię. Zostawię was samych, niewdzięczni tułacze! - Więc po co chcesz skrzydła? - zdumiała się Jola. A żmija odrzekła już mniej obrażona: - Masz rację kochana, że skrzydła nie dla mnie, bo miejsce wśród trawy jednak idealne i zostanę tutaj a was już opuszczę. Czasami pragnienia są głupie i zgubne. - Czasami też czyny są mało rozumne, lecz nic się nie stało i spadliśmy cało. Na przyszłość pamiętaj nim podejmiesz śmiało decyzję na temat związany z ryzykiem, bo łatwo jest stracić i zdrowie i życie - odparła Marchwianka w głębokiej zadumie i dodała pewniej po pełnej minucie: Na pewno chcesz odejść? Jeśli tak - pamiętaj, że za twoją pomoc, choć była niepełna, odpłacę się i poznasz hojność mą wkrótce. - To miłe! Dziękuję, bo wiesz... prawdę mówiąc, to prędzej myślałam by zjeść cię calutką. - Ty mała kłamczucho! - wrzasnęła papuga. - Już wiem, że to błąd był i niech się wam uda! Niech dobro nad światem rozciągnie się całym i szczerze wam życzę sukcesu i chwały! - Dziękuję ci kobro za szczere wyznanie - Marchwianka rzuciła zupełnie bez żalu. - Na pewno chcesz odejść? Możesz ruszyć z nami. Nie złoszczę się o twe zdradzieckie zamiary. - Dziękuję księżno, lecz na mnie już pora. Mam dużo roboty w rodzinnych stronach, gdzie węże się kłócą o każdą drobnostkę. Pouczę ich jak zachowywać się wznioślej a ty będziesz dla mnie Marchwianko przykładem i wierzę, że lepiej tam będzie niebawem. Życz mi powodzenia, więcej nie potrzeba. Odrzekła Jola szczerze wzruszona: - Życzę ci też zdrowia i jak najmniej obaw byś czyniła rozważnie i żyła dostatnie. - Ja życzę pokory, byś zgasiła egoizm naprawdę na stałe, a nie przez chwil parę, bo zapał zbyt często nas dobry opuszcza i wraca bezczynność jak plaga ognista, co pali istnienia cudowne ogrody a zostaje popiół zupełnie niezdrowy - za mądre wywody się wzięła papuga. - Dziękuję i żegnam, bo droga dość długa, a kiedyś być może się znowu ujrzymy też pełni ambicji i woli i siły! - wręcz okrzyk radosny wydobył się z kobry. - Co teraz zrobimy? - spytała papuga. - Wpadniemy na pomysł i plan mój się uda! - księżna była pewna, że cel nie ułuda. Tęskniła już bardzo za mężem kochanym i kotem, chomikiem, kanarkiem od mamy. Za mamą też w sumie i tatą i wujem, ach starczy już wspomnień, bo cel niedaleko, zobaczy ich wkrótce, gdy spręży się nieco. Po chwili wahania zdecydowali obwiązać Marchwiankę długimi trawami. Pierw zerwać je dobrze i związać owocnie, papuga ich chwyci końcówki doniośle i wzleci za nadzieją, że trawa wytrzyma. Nie pęknie, ni łapki papużki nie puszczą, dopiero ku celu Marchwiankę upuszczą. Wypełnią część misji a reszta należeć już będzie do księżnej, by Olaf odpuścił, nie martwił się więcej. Natychmiast papuga znalazła źdźbła mocne i w supeł związała na Joli roztropnie. Z siłą całą stopami chwyciła traw końce, ostrożnie wzleciała, wierzyła, że lina wytrzyma, dolecą do celu. I lecą, czas mija... już prawie u celu papuga krzyknęła: - Jesteśmy wspaniałe! Pamiętać należy, że radość przedwczesna szkodliwa, gdy droga jest jeszcze niepełna. Następne zdarzenia są iście bajkowe i ludziom za bardzo nie zmieszczą się w głowie, bo rekin lecąc z naprzeciwka zapytał: - Wspaniałe? To we mnie jest siła prawdziwa! Ty życie calutkie na skrzydłach spędziłaś, a moja powłoka się w morzach włóczyła aż mag mnie nauczył w powietrze wzlatywać i kazał marchewkę przemieścić do sadu, gdzie pośród owoców odpocznie aż tam w jego świecie coś pełni zaświeci i wróci jej dusza do domu, do ludzi. - Ja nie chcę - rzuciła wystraszona Jola. - Rozumiem, lecz słowo już magowi dałem i polećcie za mną, bo wyjścia nie macie - odparł twardo rekin i zęby wyszczerzył. - Ucieknę! - rzuciła papuga do niego, lecz ten błyskawicznie swą paszcze otworzył i schował papugę z Marchwianką w żołądku. - Nie wierćcie się zbytnio, bo dłużej polecę a zapach i ciemność przeszkadza wam przecież - rzekł rekin starannie przez zaciśnięte zęby. - Mag jest zagubiony, więc złam obietnicę i wypuść nas proszę to najlepsze wyjście. Pomogę mu wrócić do stabilizacji a tobie zostawię dar lotu na zawsze - błagalnie wyrzekła zmartwiona Marchwianka. - Twój mag jest w ogrodzie, więc tam z nim pogadasz…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Barwy Spełnienia — czytnik · opowiadania