Fantastyka · 22 min czytania
Baśń No 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
BAŚŃ
Przyszła do mnie i powiedziała tak: - Entliczek – pentliczek, czerwony stoliczek, na kogo wypadnie na tego... - Na tego co? – spytałem. - Bęc! – powiedziała i dała mi prztyczka w nos, po czym zniknęła w mgiełce dymu o zapachu wanilii. Było to wtedy prawdopodobne iż mogłem jej więcej nie zobaczyć. Mówiła, że jest jak jesienne niebo; każdego dnia miała inny nastrój. Tamtego dnia była radosna, wesoła i chyba nie potrzebowała niczego więcej. Nie potrzebowała nikogo więcej. Była samowystarczalna dla swojej własnej radości, dla swojego własnego jestestwa i nie chciała powiedzieć, czy dla cielesności także. Jej oczy skrywała tajemnica. Nie sądziłem, że zechce się do kogokolwiek zbliżyć na dotknięcie serca... Ale kiedy odsłaniała ramiona wyczuwałem tęsknotę jej nagiej skóry za dotykiem, za pieszczotą mocniejszą niż powiew wiatru. Miała dość tych wszystkich istot naruszających jej prywatność. Było takie jedno miejsce, gdzie zawsze mogłem ja zobaczyć. Stara, opuszczona kapliczka w samym centrum miasta. Były tam drewniane ławki porośnięte bluszczem, ołtarz z zardzewiałym Chrystusem na krzyżu i z tabernakulum wypatroszonym jak śnięta ryba. Otwarte Serce Jezusowe zapraszającym gestem wzywało do siebie, kładło palce na ustach nakazując milczenie. - Dlaczego zawsze każesz mi milczeć? – spytała Go kiedyś. - Tylko tu jestem Ja Prawdziwy – powiedziało jej Serce. – W tych wszystkich wielkich kaplicach są tylko marne podobizny moje. Ja jestem w ciszy, w zapomnieniu o hałasie, gwarze i całym pośpiechu świata. W spokoju ducha, w miłości do drugiego człowieka... - Rozumiem, ale dlaczego nie objawisz się wszystkim, tylko dajesz się poznać nielicznym? - Wiara to nie telewizja kablowa. Nie każdy ma do niej dostęp za cotygodniową opłatą. Tego trzeba poszukać, MNIE TRZEBA POSZUKAĆ! Dlatego ukrywam się przed ludźmi. - Ale kim ty jesteś, tak naprawdę? – spytała gryząc stary opłatek. - Kim jestem? Kimś, kogo większość zapomniała. Kogo większość uważa za zmarłego, za wiecznie cierpiącego... Odmawiano mi śmiechu, odmawiano mi kobiet, przyjaciół. Odmawiano mi najpiękniejszego – człowieczeństwa. Ze wszystkimi wadami i zaletami. Jestem tylko baśnią, legendą, która stała się najpopularniejszą wyrocznią współczesnego świata. Z maleńkim jedynie ziarnem prawdy, że największa wartością jest drugi człowiek, a nie istoty idealne, nazwane przez ludzi bogami. - Rozumiem – mówiła popijając opłatek winem. – Rozumiem i bardzo mi przykro z tego powodu. Straciłeś rację istnienia w naszym świecie. Ja też nie mam łatwo. - A ty kim jesteś? – spytało Serce. – Często tu przychodzisz. - Jestem tym, co u ludzi najpiękniejsze... I Serce wiedziało, co ma na myśli.
Primavera zawsze wiedziała, jak poznać, że ktoś jest zły. Wystarczyło jej jedno spojrzenie w oczy. Jakiś dziwny prąd przebiegał wtedy człowieka po plecach, od czubka głowy po koniuszek kręgosłupa, i złość mijała jak ręką odjął. Pamiętam, kiedyś siedziałem na krześle pośrodku olbrzymiej Hali. Czekałem. Najpierw zaczął padać śnieg. Nieomylny znak, że nadchodzi. Białe płatki sypały się dookoła, a ja czekałem. Potem śnieg stopniał. Małe kałuże odbijały nagle słońce. Poczułem ją w powietrzu. Primavera przyszła nie oglądając się za siebie. Przywitała się zdawkowym „ cześć „ i oparła o poręcz krzesła, dokładnie tam, gdzie położyłem dłoń. Chciałem ją złapać za rękę, ale wiedziałem, że nie będzie tym zachwycona. Szukała czegoś. Ona zawsze czegoś szuka. Krąży pomiędzy ludźmi i szuka w ich oczach czegoś, czego sama nie potrafi określić. Po prostu to wyczuwa. Co wcale nie oznacza, że jest nieomylna. Myliła się wiele razy, wiele razy znajdywała coś, co, jak miała nadzieję, jest właśnie tym, ale to zawsze była pomyłka. W zasadzie myliła się tak często, że wszyscy przestali jej wierzyć, że potrafi cokolwiek znaleźć. W rezultacie Primavera była bardzo zagubiona. A wtedy stała tak po prostu oparta o krzesło i patrzyła prosto w moje oczy. Czekałem, co mi powie. Chwila zastanowienia przedłużała się coraz bardziej. - Miałam dla ciebie jabłko, ale je zjadłam – powiedziała w końcu. Jak małe dziecko, stale trzeba jej pilnować, aby czegoś nie zbroiła. – To było moje ostanie jabłko. Więcej nie mam. Klapnęła dłońmi po bokach spodni udowadniając, że nie ma już więcej jabłek. - Wiem – odparłem. Wiem, ja tez miałem coś dla ciebie, ale już tego nie mam. - A co to było? – zauważyłem w jej oczach ożywienie. Primavera uwielbiała dostawać prezenty. - Zapomniałem – skłamałem. Dobrze wiedziałem, co to było, ale jakoś lepiej było tego nie mówić. To nie miało by żadnego sensu w tym stanie, w jakim znajdujemy się teraz. Wolałem zachować milczenie. - Zapomniałeś? – zdziwiła się. – Wydawało mi się, że masz dobrą pamięć. - Czasami się zdarza zapomnieć o czymś. Ty robisz to każdego dnia. - Nieprawda! – wykrzyknęła – Ja nigdy nie zapominam! To ty! To wy zawsze zapominacie! Patrzyłem, jak złości się i jak złapała moją rękę nawet tego nie zauważając. Stała tak z gniewną miną i ściskała moją dłoń i powoli złość mijała. A potem od nowa: - Miałam dla ciebie jabłko, ale je zjadłam, powiedziała. Maleńkie dziecko znów zaczęło płakać. - Tak, wiem słonko – dziecko uśmiechnęło się. - Widziałeś wczoraj zachód słońca? – spytała nagle. - Nie. - Był piękny... Primavera wprawiła falbanki swojej bluzki w delikatne wirowanie. Zawisła kilkanaście centymetrów nad ziemią, uniesiona ekstatycznym wspomnieniem wczorajszego światła i tej chmury w kształcie JEGO serca. Wspomnieniem JEGO włosów i JEGO skóry. Opadła na ziemię i nie zostawiła ani odrobiny tego zachwytu dla mnie. Zniknęła w kurzu i słońcu. A potem zaczęły opadać liście, nieomylny znak, że już odeszła. Złoto-brązowe blaszki wirowały dookoła, gdy mijały długie sekundy i gdy myślałem o niej...
...osłaniała oczy od słońca. Słońce zawsze jej towarzyszy, nawet jeśli dzień jest chmurny. Oparta delikatnie o barierkę mostu, wpatrzona gdzieś pod słońce, w odległy horyzont. Właśnie w takich miejscach widywałem ja najczęściej. Teraz stała oparta o barierkę. Obok przechadzali się nieświadomi i bezrozumni. - Cześć – przywitałem się. - Cześć – odpowiedziała nawet nie siląc się na uśmiech. Pamiętałem, jak jesienne niebo... - Co słychać? – spytałem. - Wygrzewam się na słońcu – odparła. Obok przeszedł jakiś facet obrzucając nas podejrzliwym spojrzeniem. Primavera lubiła być kusząca i wyzywająca. Lubiła jak się za nią oglądali, jak pogwizdywali za nią. Lubiła nawet jak ja zaczepiali. Wiedziała, że jest bezpieczna. Póki chroniła ja moc mogła bez problemu zabić każdego faceta na ziemi. Zabierała im całe siłę, wysysała energię i nikt nie wiedział jak. Stała się przez to kapryśna, trzeba z nią było postępować ostrożnie, jak z jadowitym motylem. Był kiedyś taki jeden kwiat na początku... - Lubisz słońce, co? – spytałem. Obrzuciła mnie spojrzeniem pełnym pogardy dla tego typu bezrozumnych pytań. - Pytasz się ryb, czy lubią wodę? – spytała. - Nie – odparłem – to nie ma sensu. - No właśnie. Tak samo nie ma sensu, jak zadawanie takich pytań mnie. Milczałem. Odzywanie się w takich momentach mogło spowodować, że Primavera po prostu obraziłaby się. Co prawda, zawsze musiała do mnie wrócić, ale nieprzyjemny był jej gniew. Mogło sprowadzić deszcz na cały tydzień, albo silna burzę, labo coś jeszcze gorszego. A najgorsze co mogła zrobić, to nie pokazywać się przez tydzień. Ale i tak musiała wrócić. Takie było jej przeznaczenie. - Przyjdziesz do mnie dziś w nocy? - Nie – powiedziała – nie dziś. - Dobra. A kiedy? - Rano. O świcie. - To mnie obudź. - Gwarantuje ci to – odparła i zniknęła. Słońce grzało niemiłosiernie. Błękitne niebo i kolor ziemi jak kolor jej oczu. Ech... Primavera... Jak mam sprawić, żebyś zostawiła wszystko inne?
Pokazywała na mnie palcem. - To przez ciebie – powiedziała. - Co przeze mnie? - Przez ciebie nie mogę odzyskać spokoju. Ciągle mi się coś przypomina, ciągle mam jakieś majaki. Nieprawda, że zwątpiła w swoje istnienie. Zwątpiła w swoją potrzebność na tym świecie. - Po tylu latach ON znowu się odezwał. - ON? Kto? - Demiurg, Stworzyciel, jak zwał tak zwał. ON. Przypomniał mi o wszystkim. Siedzieliśmy na wielkiej łące. Bezkresne łany żyta falowały na wietrze. Primavera sączyła słońce z kłosów żyta. Ja tylko patrzyłem w niebo. - Jutro muszę wrócić do Hali – powiedziałem. - Nie przypominaj mi o tym! Primavera nie była tak do końca wolna. Cos ją zawsze ciągnęło w stronę kilku osób. Nie wiem, czy tego chciała czy nie, ale nic nie mogła na to poradzić. Miałem szczęście lub nieszczęście znaleźć się w gronie tych osób. - Przyjdę do ciebie – powiedziała. - Jeśli chcesz. - Wiesz, że chcę. Wiesz, że nic nie mogę na to poradzić. - Wiem. Już tyle razy słyszałem od niej, że nie chce mnie znać, że zacząłem ignorować te wyznania. Już tyle razy była na mnie zła. Wiedziałem, że i tak wróci. A ona wiedziała, że zawsze ją przyjmę. Nie było dla nas innych możliwości. - Primavera... – zacząłem. - Tak, wiem – powiedziała zdejmując bluzkę. Jedynie przez seksualność mogliśmy odnaleźć spełnienie. Nie przeszkadzało mi to, że poza mną jest jeszcze kilku. Do nich wszystkich odnosiła się tak samo. Tu nie było poróżnień, bo to było silniejsze od niej. Jej włosy pachniały deszczem a skóra słońcem. Dwa podmorskie smoki wypłynęły z oceanu. Ich zdziwienie na widok słońca, moje zdziwienie na widok jej ciała. Zawsze robiło wrażenie. A kim była reszta osób? Nie obchodziło mnie to. Złapać ją za rękę i poczuć to zagubienie gdy będzie już po wszystkim, leżeć tak po prostu i patrzeć w niebo. Po godzinie powiedziała, że musi iść. - Poczekaj chwilę – złapałem ją za rękę. – Musi być jakiś sposób... Musi! - Nie zaczynaj od początku, dobra? - Ja się z tym nie pogodzę. Póki nie znajdę sposobu... - Posłuchaj – powiedziała – znasz tę starą kapliczkę na mieście? Idź tam i zawołaj Go. - Kogo? - Jezusa. On tam mieszka. Może On ci cos poradzi. Ale wątpię. Już raz z nim rozmawiałam i nic mi takiego nie powiedział. Jest taki sam jak ja. I zniknęła, i tylko kurz na polnej drodze znaczył to miejsce, gdzie jeszcze niedawno stała.
Stara kapliczka na środku miasta. Zapomniana i zniszczona. Ślepe witraże przepuszczały czyste słońce. Zakurzone powietrze wisiało nieruchomo podpierane słupami światła i kurzu. W środku było pusto. I co teraz? Tak po prostu zawołać? Jezu? - Jezu – powiedziałem cicho. Coś tam zadrgało w kurzu i z obrazu spłynął Jezus Z Otwarty Sercem. - Słucham cię – powiedział. - Jak sprawić, żeby Primavera była wolna? - Kto? – zdziwił się Jezus. - Primavera – powiedziałem – mówiła, że cię zna. - Primavera, Primavera... – obracał to słowo w ustach i patrzył w sklepienie kościoła. Ach... Primavera! – powiedział w końcu klepiąc się w czoło – wybacz, rzadko widuje ludzi, zapominam o niektórych. Nie do pomyślenia, jak można zapomnieć o Primaverze! Ale to był Jezus. Święty. Oni mają inny system postrzegania ludzi. Widocznie nie