dla-dzieci · 10 min czytania
Baśń o Wędrowcu i czarnym kwiecie
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}Baśń o Wędrowcu i czarnym kwiecie {/b}
Pewnego razu był sobie świat. Świat wisiał w nieskończonym kosmosie i leniwie krążył wokół jednej z miliarda gwiazd w tej okolicy. Po jakimś czasie wykształciło się na nim życie. Mniejsza o to, jak. Po prostu – w bardzo słoneczny dzień, kiedy niebo było cudownie błękitne i najmniejszy podmuch wiatru nie zakłócał bezruchu powierza, powstało sobie i tyle. Znowu minęło trochę nieistotnego dla tej opowieści czasu i życie ewoluowało w człowieka, który zaczął się rozmnażać i zasiedlać świat. Góry rosły, rzeki odnajdywały drogę do morza, lasy zamieniały się w węgiel, a człowiek cierpliwie się rozmnażał i rozprzestrzeniał, w tym odległym zakątku wszechrzeczy. Czas biegł swoim własnym, odwiecznym rytmem. Życie się toczyło. Człowiek zdobywał wciąż nowe tereny i nową wiedzę. Prowadził wojny i zawierał pokoje. Niszczył i budował. Zabijał i rozmnażał się. Nienawidził i kochał. Wciąż kochał i kochał. I ciągle było mu mało. A czas, jak to on - powoli, acz nieubłaganie parł do przodu. Aż pewnego razu, w taki a taki dzień, w wyniku takich a takich okoliczności, w takim a takim miejscu i o takiej a takiej godzinie narodził się chłopiec, o którym będzie ta opowieść. Dla świętego spokoju nazwijmy go po prostu Wędrowcem. Nosił, co prawda, zupełnie inne imię, ale jest ono całkowicie nieistotne. Nić jego historii snuła się wraz z czasem, Wędrowiec dorastał i uczył się świata, najpierw od rodziców, później w szkole i tak dalej, jak to zwykle bywa w takich przypadkach. Jeszcze później, kiedy dojrzał i zaczął być świadomy, uczył się już sam, jako że los różnie karty rozdawał. Wędrowiec był już mężczyzną i szedł przez życie, a Droga przed nim wiła się niemiłosiernie. Na niej spotykał ludzi; dobrych, złych, i tych zupełnie nijakich, a wszyscy oni podążali swoimi ścieżkami. Trafiał do różnych miejsc i tam również poznawał innych tak, jak tylko człowiek może poznać człowieka. W jednym z nich – a było to w czasach, kiedy spotkał już na Drodze wiele osób i przy różnych okazjach zdarzało mu się je odwiedzać – Wędrowiec natknął się na kobietę, zupełnie przypadkowo, bo taka karta akurat wypadła. Nazwijmy ją Stokrotką. Nosiła oczywiście inne imię, ale jest ono zupełnie nieistotne. Minęło trochę odwiecznego czasu. Wędrowiec i Stokrotka szli przez życie razem. Różnie bywało, wiele razy znajdowali się na rozstajach i musieli wybierać, w którą stronę podążyć. Być może nie widzieli drogowskazów, być może nie przejmowali się nimi, a może po prostu czasem gubili Drogę. Dość powiedzieć, że pewnego ponurego i deszczowego dnia, kiedy ich oczom ukazało się kolejne rozwidlenie, nie mogli zadecydować, w którą stronę się udać. Koniec końców każde z nich poszło inną ścieżką. I każde z krwawiącym sercem i rozdartą duszą, bo zdążyli się bardzo pokochać i przyzwyczaić do siebie. Ciężko było im się rozstać. Wędrowiec, ponieważ był już trochę zahartowany, nie poddawał się i uparcie szedł dalej. Droga wiodła go teraz przez ciemny i zimny las, gdzie wciąż panowała noc i nie było innych ludzi ani słońca. Czasem się gubił, czasem odnajdywał. Różnie bywało. Las wydawał się nie mieć końca. Wędrowiec w końcu przesiąkł mrokiem, którym spowita była okolica - mniej się śmiał, poszarzał i szedł teraz ze spuszczoną głową, ledwie powłócząc nogami. Dłonie mu wyraźnie drżały, a kostur, którym się podpierał, coraz częściej wypadał z ręki. Z czasem na Drodze zaczęli pojawiać się ludzie, ale Wędrowiec nie zwracał na nich uwagi. Ze wzrokiem wbitym w ziemię, krok za krokiem, mozolnie parł do przodu. Miał za złe. Miał cholernie za złe losowi, że tak rozdał karty na tamtym rozdrożu. Uważał, że los oszukiwał w grze. Że karty były znaczone. Wędrowiec czuł się zdradzony i opuszczony. Zwątpił w ludzi i przestał wierzyć w magię. I kiedy już niemal stracił wszelką nadzieję i czuł, że ta ołowiana kula, co nieubłaganie i wciąż, wciąż, bez końca rośnie w nim, zaraz rozerwie go na strzępy, wtedy właśnie stało się coś dziwnego. W samym środku ciemnego lasu dostrzegł niewielką polanę. Wydawała się jasno oświetlona słońcem i porośnięta soczystą trawą. Wyglądała jak doskonałe miejsce na odpoczynek, a Wędrowiec był już bardzo zmęczony. Zszedł więc na chwilę z Drogi i rozłożył na trawie. Wokół nie było żywej duszy. Wędrowiec spędził tam jakiś, zupełnie pozbawiony znaczenia czas, wylegując się w pachnącej korzeniami ziemi i zbierając siły do dalszej podróży. Pewnego dnia, przewracając się z boku na bok, po drugiej stronie polany, na jej zielonym tle zobaczył czarną plamkę. Zaciekawiony zerwał się na nogi i…