kariera · 16 min czytania
Batman's of Krakatau
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Jak się czujesz Robert? – zapytała Aśka, która jako jedna z pierwszych dowiedziała się o wypadku. 27 letnia atrakcyjna brunetka średniego wzrostu o dużych zielonych oczach, której jedno przeszywające spojrzenie potrafi oddać tysiąc słów. Ukończyła UW i jeszcze będąc na studiach wyjeżdżała do Londynu na staże do najlepszych agencji zajmujących się specyfiką public relations. Poznała tam wielu wpływowych ludzi z dziennikarskiego światka, ludzi odpowiedzialnych za to o czym będą pisać i mówić media w całej Europie, ludzi których jeden artykuł czy adnotacja prasowa wytyczała główny nurt późniejszych newsów. Od samego początku interesował ją świat wielkich gwiazd i całego tego szumu z nimi związanego. Po powrocie do Polski pracowała przez krótki czas dla Springera, ale szybko zauważyła, że marnuje w tej pracy swój potencjał i w ogóle firma znacznie odbiega standardami od tego, co miała okazję doświadczyć w Wielkiej Brytanii. Przede wszystkim nie interesował jej świat polityków, chociaż w kraju nad Wisłą mieli oni niekiedy taki status gwiazdy, którego mógł im pozazdrościć niejeden celebryta. Będąc w Londynie poznała Marka, 30-sto letniego współpracownika jednego z największych polskich dzienników, który tak jak ona był na stażu. Szybko przypadli sobie do gustu, bo Marek też mierzył wysoko. Był typem alfa, którego interesował tylko sukces. Po trupach do celu można by powiedzieć, ale w przypadku Marka trupy raczej kładły się bokiem niczym ścinane sosenki. Czasami wydawało się, że gość nie wyznaje żadnych wartości oprócz jednej, czyli takiej, że to on ma wygrać a inni przegrać. Czerń lub biel. W pewien sposób było w tym sporo uczciwości, bo w tym biznesie pracowali najzdolniejsi ludzie z branży, elita w której każdy wiedział jak tu jest i po co się tu jest. Nie ma przyjaciół, no chyba, że przyjaźnią nazwiemy piątkowe wyjście do pubu czy kurtuazję jak puszczenie przodem do windy. Najzabawniejsze jest jednak to, że Marek sam został sosenką, która padła po ostrym rżnięciu drwala, Joanny. Cóż, takie życie i Marek wiedział czym może się skończyć uczuciowe angażowanie z jednym ze współpracowników który co gorsza wyznaje podobne do niego zasady. Dawniej to on wygrywał w ten sposób. Teraz sam padł tego ofiarą i mówiąc szczerze, jest zdumiewające, że tak długo odnosił sukcesy w miłosnych podbojach. Aśka rozprawiła się z nim jak rzeźnik oprawiający kurczaka na taśmie; najpierw obdarła ze skóry, wypatroszyła a potem precyzyjnym ruchem wycięła najlepsze kawałki mięsa wyrywając przy tym kości, odcinając skrzydła i nogi a niepotrzebny kadłubek wyrzucając do kubła na odpadki.
- Jak Senna który przeżył – w słuchawce odezwał się cichy i słaby głos. Aśka poznała Roberta 3 lata temu podczas pewnej imprezy sponsorskiej połączonej z wręczaniem corocznych nagród. Wówczas jeszcze ją to nie interesowało, ale kiedy Robert zaczął odnosić coraz więcej sukcesów i kiedy stawało się niemal pewne, że będzie startował w Formule I, postawiła wszystko na jedną kartę i wykorzystując znajomości z Londynu, które de facto były dłużnymi przysługami, dostała się do ścisłego managnentu tego fenomenalnego sportowca. Aśka nie widziała w nim z resztą żadnego sportowca. Widziała w nim obiekt który jest na topie i który skupia wokół siebie ogromne zainteresowanie wszystkich. Miał monopol, nie miał żadnej polskiej konkurencji w branży wyścigów samochodowych tej klasy i to, a raczej pieniądze wokół tego, wydały się jej bardzo interesujące. No i zaczęło się. Szybko się okazało, że Robert jest kimś więcej niż tylko podrzędnym, chociaż w elicie, kierowcą rajdowym. To był typ do którego miała słabość. Typ alfa, którego interesowała tylko wygrana. Drugie miejsce nie istniało. Widziała podczas mimo wszystko krótkiej z nim współpracy, że bardzo cierpiał kiedy musiał odpuszczać na polecenie przełożonych z teamu. Znała ten ból z autopsji i nie była zaskoczona kiedy Robert postanowił zmienić team na taki w którym dostanie więcej swobody.
Praca w BMW była dla Roberta zmywakiem Formuły pierwszej. Ciężka młocka w której nie miał nic do gadania, on miał tylko wygrywać, Polaczek jeden. Miał jeszcze wszystkim na każdym kroku dziękować, że dostąpił zaszczytu jazdy a kiedy przypadkiem się okazało, że jego cudzysłowowy kolega okazał się gorszy, musiał znosić ciężar winy swojego zwycięstwa. Nic więc dziwnego, że jak to było tylko możliwe, rozglądał się za innym teamem, ale to było wyłącznie rozglądanie, ponieważ wiązał go z BMW twardy kontrakt. Paradoksalnie ten właśnie kontrakt oraz cała atmosfera jaka wówczas wokół niego panowała spowodowała, że mógł rozwinąć swoje umiejętności. I inni to widzieli. Co prawda nie oferowali się jeszcze, ale rozmowy ze zwycięstwa na zwycięstwo miały już nieco inny charakter, bardziej poważny i konkretny. Marzeniem Roberta od zawsze było Ferrari, ale dostać się tam to było jak wejść w zimie na Mount Everest bez tlenu. Tam nie wystarczyło być tylko dobrym. Tam trzeba było być najlepszym a i tak to było za mało. Jednak czasy zaczęły się trochę zmieniać i w wyniku licznych modyfikacji regulaminów które miały spowodować, że wyścigi staną się bardziej medialne, Ferrari spuściło nieco ze swojej dumy i zaczęło się interesować wyłącznie wygranymi i najlepszymi z najlepszych. Każdy mógł już teraz jeździć w tym teamie, pochodzenie było drugorzędną sprawą.
Ale najpierw trzeba było wyrwać się z BMW. Przychodziły kolejne zwycięstwa i sukcesy które stawiały Roberta w coraz lepszej pozycji negocjacyjnej. Zaczął się na poważnie interesować Renault’em, który tym odróżniał się od pozostałych, że dawał Robertowi wolną rękę i możliwość decydowania jak będzie jeździł i jak trenował. Inne teamy nie były tak elastyczne. Kierowcy mieli tylko pozorną wolność. Obwarowanie kontraktowe było tak duże, że praktycznie po wyścigu byli transportowani od razu do domu i lulu aby przypadkiem nic się nie stało najdoskonalszej maszynce, tej dodatkowej części samochodu znajdującej się przed kierownicą. To wydawało się Robertowi od samego początku śmieszne. Wielu z tych chłopaków było uzależnionych od adrenaliny i prędkości, gdy tymczasem musieli potulnie wypełniać paragrafy umów. Robert miał inne spojrzenie i chciał oprócz wyścigów w Formule również ścigać się w WRC. Formuła była co prawda elitą, ale w WRC była prawdziwa adrenalina. To tam wychodził prawdziwy kunszt kierowcy, nie było katorżni precyzji i skupienia. Mogłeś jechać jak chciałeś bylebyś dojechał do mety w jednym kawałku i wygrał. To był żywioł a w dodatku doskonałe ćwiczenie aby w Formule I odnosić sukcesy. Robert to rozumiał i wiedział, że czas nudnych wyścigów musi się skończyć. On wiedział, że wprowadzane zmiany w regulaminach zmierzają do większej widowiskowości która miała polegać na autentycznej walce na torze a nie tylko na 40 okrążeniach gęsiego a potem szybkim czmychnięciu na wyższą pozycję tuż przed metą. Dlatego jazda w WRC była doskonałym ćwiczeniem i przede wszystkim spojrzeniem w przyszłość. Jednak teamy patrzyły na tę formę jazdy z przerażeniem, ponieważ niebezpieczeństwo utraty zdrowia w wypadku było w WRC nieporównywalnie większe niż w Formule I a ciśnienia związane z kontraktami reklamowymi tak ogromne, że bały się o swoich kierowców, których szkolenia kosztowały miliony. Mimo wszystko to jeszcze kierowca prowadzi, może kiedyś będą bolidy bezzałogowe.
Aśka była w menagmencie Roberta specjalistką do kontaktów z mediami. Oprócz niej zajmował się tym Hiszpan i młoda Francuzka Michelle, której ścieżka kariery była bardzo podobna do Aśki. W pewnym momencie zaczęła nawet podejrzewać Michelle o szpiegostwo. Tajemnicą poliszynela było, że w każdym menegmencie kierowców znajdował się szpicel, który przekazywał konkurencji jakieś istotne informacje. Aśka powiedziała o tym Robertowi, ale ten zbagatelizował sprawę. - Nie muszę ci mówić Robert co się dzieje i jaką mamy jazdę z mediami w Twojej sprawie – powiedziała Aśka pytając jednocześnie ile mają czasu na rozmowę. – Chcą nas tutaj zjeść żywcem. Trzeba uzgodnić co im…