przygoda · 13 min czytania
Beata
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Podobnie jak w ubiegłym roku, na początku czerwca pojechał z książkami do Częstochowy, żeby je sprzedawać na ogólnopolskim spotkaniu Wspólnoty. Dzień był ciepły, pogodny i słoneczny, zielono było na ziemi i błękitnie na niebie, radiomagnetofon odtwarzał jego ulubione piosenki, a on sobie tak jechał, jechał samotnie, i minąwszy Katowice, zjechał z autostrady na drogę szybkiego ruchu. Do Częstochowy zostało niecałe sto kilometrów. Dziewczyna, tleniona blondynka o uroczo potarganych włosach, a więc ta dziewczyna stała na poboczu drogi i wyciągała w jego stronę rękę, żeby zatrzymać okazję. W lichych, brązowych dżinsach, w spranej, drelichowej wiatrówce, bardzo ładna i zgrabna, patrzyła na niego tak jakoś smutno, że bardziej nie można i nie można bardziej zuchwale patrzeć. Tylko mu te jej oczy niebieskie mignęły, kiedy ją mijał. Piękne, magnetyczne oczy. Należała do tych istot, które zostają stworzone po to, żeby się w nich zakochiwać od pierwszego spojrzenia. Nacisnął na hamulec, kiedy już ją minął i zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej, bo jechał bardzo szybko. Jakiś inny samochód zatrzymał się za nim, bliżej dziewczyny, ale widział w tylnym lusterku, że dziewczyna go minęła i biegnie dalej w jego stronę. Biegła do niego, więc czekał. Dobiegła i usiadła na przednim siedzeniu, i siedziała taka jakaś skulona, zapadnięta w siebie, z rękami wciśniętymi między ciasno złączone nogi. Samochód, do którego nie wsiadła jechał za nimi. - Czyżby jakaś zmowa? - pomyślał zaniepokojony, patrząc we wsteczne lusterko, ale samochód po jakimś czasie gdzieś zniknął i już go potem więcej nie było. - Do Częstochowy - powiedziała dziewczyna dopiero po chwili i siedziała dalej zapatrzona w niewidzialne, nieobecna, zasłuchana w niesłyszalne. Kiwnął głową, że dobrze. Coś było, coś oszałamiającego było w tej dziewczynie i te jej urzekające oczy. Spoglądał co pewien czas w te oczy, spoglądał z niepokojem, czy się aby nie pomylił, ale nie, przeciwnie. Za każdym razem były jeszcze piękniejsze, coraz bardziej oszałamiały. Może widział takie oczy dwa, a może trzy razy w życiu, więcej nie widział. Tak na niego działała, jakby spadał i spadał z wysoka. Dziewczyna siedziała, ciągle przy nim siedziała w milczeniu i była, ciągle była, ale jakby jej nie było. Mały palec u prawej ręki miała obandażowany, w aluminiowej szynie. Bandaż był przybrudzony, dawno nie zmieniany. - Coś ty pijana? - zapytał w pewnej chwili. Tak zapytał, ale to nie było niegrzecznie, raczej niespokojne, tak to jakoś wyszło naturalnie, samo z siebie. - Na haju - powiedziała cicho. Milczał, nic nie mówił, ona też milczała. - Byłam kilka dni w Katowicach, wracam z kompotem do Częstochowy - dodała po chwili. - Jak ci na imię? zapytał. - Beata. - Ładnie, mogę ci tak mówić? - Możesz - kiwnęła głową z gorzkim uśmiechem, takim jakimś dziwnym, jakby się naśmiewała z samej siebie. - Co ci się stało w palec? Zmieszana, opuściła lekko rękę, tak trochę, jakby ją schowała nieznacznie, i znowu się gorzko uśmiechnęła. - Jak nie chcesz, to nie mów - jakby ją, przeprosił tymi słowami, że się wtrąca w nieswoje sprawy. - Koleżanka mi tak doradziła - zaczęła mówić pozornie bez związku. - Powiedziała, żeby zawołać mężczyznę do bramy, wziąć wcześniej od niego pieniądze, a potem mu ściągnąć spodnie do kostek i uciekać. - Ile tych pieniędzy? - Trzydzieści złotych. - Za co? Nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko znowu gorzko, ciągle się uśmiechała z goryczą, i ciągnęła dalej swój wątek. - To ściągnięcie spodni nic nie daje. Jeden mnie dogonił i złamał mi palec. - Czemu ci złamał? Nie odpowiedziała, znowu gorzki uśmiech. - Nie chciałaś mu oddać pieniędzy? Pokiwała głową, że tak. - Szkoda cię, Beta, jesteś bardzo ładna, masz śliczne oczy. - Eee, tam, zakompleksiona jestem. Nie skończyłam szkoły średniej, bo mi się chłopcy podobali, stale miałam mokrą cipkę. Narkomanka ze mnie. Byłam już dwa razy na odwyku, jeszcze bym chciała iść do Krakowa, bo tam dają na głodzie dobre narkotyki. - Metadon dają. - No, właśnie, skąd pan wie? Pominął jej uwagę milczeniem. - Zjesz coś? Mam drożdżówki z serem... Pokręciła przecząco głową, że nie. Ależ miała ładne te potargane włosy! - Skąd, Beta, pochodzisz, chcesz mi powiedzieć? - Z lubelskiego, było nas w domu troje. Ojciec awanturnik. Raz wbił w młodszego brata żelaznego pręta, niosłam chłopaka po nocy na pogotowie pięć kilometrów. Sama niosłam, przez las. Masz ten placek? Zatrzymał samochód, wysiadł, otworzył bagażnik i dał jej drożdżówkę. Przy okazji wyjął z bagażnika i dał jej swoją książkę. Coś tam jej wpisał, mniejsza o to co. - Masz moją książkę - powiedział. - Jadę je sprzedawać do Częstochowy. Kiedyś piłem, a teraz nie piję, piszę książki. Nie piję od dwudziestu lat, przestań ćpać, Beata! Nie odpowiedziała. Jadła drożdżówkę, eee, tam! Jadła! Tak drobiła, skubała jak ptaszek, z trudem przełykała. Była bezradna, rozczulająca i było jej żal. - Mam dziecko, chłopczyka - uśmiechnęła się nagle do niego tak jakoś inaczej, ślicznie, kiedy mówiła o dziecku. - Ile ma synek ? - zapytał odruchowo, tak tylko zapytał, żeby coś powiedzieć, bo ciągle jeszcze nie za bardzo kontaktował, zauroczony jej uśmiechem. - Siedem miesięcy. Jest na odwyku u zakonnic, bo się urodził na głodzie, zatruty narkotykami. Kiedy byłam w ciąży, to ćpałam, chciałabym przestać dla dziecka - umilkła. - Boże! Boże! - i nic więcej nie powiedział. Ożywiła się patrząc na mijany parking. - Tutaj się bzykałam ze swoim chłopakiem. Tutaj żeśmy to nieraz robili na tylnym siedzeniu malucha, kiedyśmy wracali z narkotykami z Katowic. Wiem, której nocy zaszłam w ciążę - powiedziała to z dumą, że wie. - Twój chłopak też ćpa? - Nie, on nie. I nie ma już swojego malucha, bo się rozleciał. - Ale ty jesteś ładna, Beata! - powiedział i tylko tyle powiedział. Nie zaproponował jej nic więcej, chociaż chciałby. Nie zaproponował, bo mu nie było wolno. Popatrzyła na niego i powiedziała trochę smutno, ale tylko trochę. Tak, jakby rozumiała, że trzeba się z tym pogodzić: - Mężczyźni się mnie boją. Nie chcą się ze mną bzykać, bo jestem narkomanką. Boją się, że jestem zarażona. Tak to powiedziała, że dalej nie było wiadomo, czy była, czy nie. Jechali już przez Częstochowę, droga minęła niespostrzeżenie, i zapytał, gdzie ją wysadzić. - Byłam kilka razy w klasztorze - powiedziała. - Spałam w Domu Pielgrzyma - milczała wyczekująco, ale nie podjął tematu. Chciał, ale no jak? no, jak??? Wysadził Beatę na przystanku tramwajowym, tak jak chciała. Wysiadając, upuściła z tego…