Fantasy · 7 min czytania
Będziemy się tu spotykać...
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Eire, Sliabh Liag Aillte (Irlandia, klify Sliabh Liag)
Znad oceanu wieje chłodny wiatr. Lecz na klify Sliabh Liag już prawie przyszła wiosna, a łąki już pokryły się świeżą zielenią. Elfka w ciemnym, długim płaszczu stoi na samej krawędzi klifu. Jej rozpuszczone, rude włosy wymykają się spod kaptura, ostra bryza rozwiewa je. Wygląda na bardzo młodą, jednakże gdy spojrzeć w jej szmaragdowe oczy – można ujrzeć setki lat, które odeszły za morze i tysiące zmierzchów, które widziała. I liczne straty, które przyniosły jej cierpienie. Ziemia, na której stoi, jest dla niej wszystkim. Ocean, na który patrzy – ukochany nad życie. Powietrze pachnie wiosną jak wtedy, setki lat temu – gdy świat był jeszcze młody. Ale to już nie jest jej świat. Nie zdołała zatrzymać go dla siebie. Nie zdołała obronić swego ludu. Elfka patrzy na daleką latarnię morską. Ona... ona przypomina latarnie w jej świecie. Ale jej światło jest obce, nawet jeśli wydaje się jasnym i ciepłym. Ono jest obce jak cały ten utracony świat – i przywodzi poczucie winy i straty, które rani serce. Pomimo bólu, elfka każdego roku powraca na to miejsce. Tak trzeba. Póki świat się nie odmieni, póki jej lud nie wróci spod Wzgórz Sidhe... dopóty ona winna znosić karę, którą sama sobie naznaczyła.
On, jak zawsze, przychodzi w południe. Elfka nie odwraca się – doskonale wie, kto się do niej zbliża. Oprócz nich na wybrzeżu nie ma żywej duszy, jeśli nie liczyć morskich ptaków, krzyczących nad ich głowami. - Witaj, Ériu, - mówi mężczyzna. - Witaj, Amergin, - odpowiada elfka i wyciąga do niego rękę. On całuje jej dłoń i kilka minut stoją w milczeniu, napawając się widokiem oceanu. - Jesteś piękna, jak zwykle, - mówi Amergin. – I w ogóle się nie zmieniasz... Ériu patrzy na niego, na jego siwe włosy. Jednakże jego twarz wciąż wydaje się młodą, choć w piwnych oczach też odbija się cień minionych lat. - A ty, jak zwykle, pochlebiasz mi, - odpowiada, lecz w jej głosie nie ma gniewu. Już prędzej – smutek i tęsknota. Amergin uśmiecha się w odpowiedzi, lecz w jego oczach nie ma uśmiechu. - Jak długo jeszcze zamierzasz znęcać się nade mną? – pyta. - Nie znęcam się nad tobą, Amergin, - jej odpowiedź ledwie słychać wśród krzyku mew. – To moja kara. A ty jesteś jej częścią. Gdybyś nie posłał Ostatniej Pieśni naszymi śladami, nie przychodziłabym tu... - Ach tak, więc to wszystko moja wina? – w jego głosie dźwięczy ironia. - Nie we wszystkim. Ale ty... ty też nie dotrzymałeś danego mi słowa, - w oczach Władającej błyszczą łzy. – Nie zatrzymałeś swoich... mimo że prosiłam się o to. Błagałam cię, byście nas wypuścili... Amergin gniewnie kręci głową. - To twój szlachetny mąż, Mac Greine... - Zabiłeś Mac Greine’a, Amergin, - przerywa mu elfka. – I nie waż się mówić o nim! Twoi wojownicy zabili moje siostry, Banbę i Fodlę! My już wtedy odstępowaliśmy, wiesz przecież! A ty... - A ja cię uratowałem, Ériu, - mówi spokojnie Amergin. Elfka prycha gniewnie. - Mimo wszystko, w tym świecie zginęłam. I twoja Pieśń niczego nie zmieniła... mimo, że chciałeś mnie uratować i w rzeczy samej częściowo ci się to udało. Ale jednocześnie... posłałeś Szarość za nami, Amergin. Ériu odwraca się i patrzy w oczy Milezjanina. Ten wytrzymuje jej spojrzenie. - Nie chcieliśmy wojny z