Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. 11 min czytania

Beneris - ten który sieje zamęt i przynosi pokój

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Słownik: Spokojnie - ABRE Szpieg - ABULER Witaj - AEOLI Tak - AI Mamy - ALEI Odejdź - BANEST Stój - DEL Marsz - DOR Smok - DRAGONIE To - Dre Jeszcze - ENOMOLIR Jest - EST Żołnierze - GERPANIS Otwórz - KARESIS Otworzyc - KARESISNE Wolno - LARES "się" - MAE Człowiek - MARESIS Ona - MILO "i" - NORE Słuchajcie - PERORNE IDŹ - SORE Idzie - SORES Jeden - UDORE Jedna - UDORES Jednego - UDORESE Drzwi - VARENS Kto - VIV Naprzód - ZOLES

Prolog "Na wiek, wieków, wieki, wieków, bądź pozdrowion króli Hekki." Tymi słowami oddano pierwszą cześć nowokoronowanemu królowi niepodległego państwa jakim była Hekka. Państwo to odznaczało się wielkością i zróżnicowaniem geograficznym. Na jego teren składały się zapierające dech w piersiach widoki górskie oraz błękitne morze. Ludzie żyli w dostatku i pokoju. Dlatego państwo to zyskało przydomek "krainy mlekiem i miodem płynącej." Król Iflorien rządził nim mądrze i sprawiedliwie. Ludzie go podziwiali i oddawali mu bezgraniczną cześć. Jednak pewnego dnia życie w państwie uległo drastyczniej zmianie. Naród został zaatakowany przez wojownicze plemię Burgali. Wdarli się oni do pałacu i zabili króla Hekki. Ogromny żal zapanował wśród ludzi, którzy teraz dostali się do niewoli. Wykonywali ciężkie prace, za co nie dostawali żadnego wynagrodzenia. Powoli ludność zaczęła wymierać. W tym właśnie czasie przyszedł na świat Eryk. Niczym nie wybijający się chłopak. Nie odznaczał się ani zdolnością do walki, ani nauki. Ale posiadał coś co nazywa się uporem. Ta cecha wraz z dumą stworzyła w nim mieszankę wybuchową. Gdy umarła mu matka powiedział "Dość". Udał się do mężczyzny, który jeszcze za czasów świetności króla Iflariena był sławnym wojownikiem. Poprosił go o pomoc. Ten się zgodził i wykuł dla Eryka miecz. Jak głosi legenda miecz ten miała pobłogosławić sama bogini Atena. Od tego momentu chłopak stał się niewyobrażalnie silny. Przerastał pod każdym względem swojego mistrza. Każdego dnia trenował w tajemnicy przed Burgalami. Pewnego dnia do ich państwa wdarł się smok. Palił wszystko co stanęło mu na drodze. Eryk w tym czasie pracował przy żniwach. Nie wiele myśląc chwycił schowany w scianie miecz i stanął naprzeciw smoka. - Nie przejdziesz dalej. - wysyczał przez zęby podnosząc miecz w górę. Wtedy stało się coś dziwnego, z miecza wydobył się olśniewający niebieski blask, a smok złożył pokłon przed Erykiem. Ludzie patrzyli na to zdumieni. Wtedy z ludu podniósł się głos. - Niech żyje król Eryk, któremu pokłon składają nawet smoki! On poprowadzi nas do wolności.- po tych słowach wszyscy zebrani ludzie ukłonili się. Eryk nie wiedział jak ma się zachować. W końcu uniósł w górę miecz i zawołał. - Za wolność!- podszedł powoli do smoka i wyciągnął niepewnie rękę w jego stronę, ten obniżył pysk, tak że Eryk mógł go po nim poklepać- Czy zechcesz nam pomóc, o wielki?- zapytał. - Będę zaszczycony panie Benerisa.- ludzie powstali zadziwieni, z każdej strony dobiegały zatrwożone i zdziwione szepty: "On mówi", "Smok przemówił", " On ma ludzki głos". Tak więc smok przyłączył się do ludzi i wspólnie pokonali Burgali. Eryk własnoręcznie zabił swoim mieczem ich przywódcę. Eryk rządził długie lata, był lepszym władcą od Ifloriena. Smok wrócił do swych braci. A miecz został okryty wieczną chwałą. Taka jest historia miecza. Miecza, który przyniósł ludziom wolność. Nazwano go mianem Beneris, co się tłumaczy jako ten, który sieje zamęt i przynosi pokój.

I

Iza skończyła czytać opowieść i zamknęła książkę. - Wspaniała legenda. - powiedziała sama do siebie. Nagle ciszę przerwał dźwięk Sms. - Ciekawe, kto mnie kocha. - powiedziała sięgając po telefon i odczytując wiadomość od Lukiego. "Cześć mała. Jedziemy dzić z Martą i Grześkiem na impreze. Wchodzisz w to?" "No jasne. A gdzie impreza ma być?"- odpisała. "Klub Epsilon, pasuje?" "Jak najbardziej." "No to o 19 będziemy pod twoim domem." "Szykujcie się królowa parkietu nadchodzi." Zerknęła na zegarek. Była 16:00. Uwielbiała te wakacyjne, sobotnie popołudnia. Można było wtedy byczyć się cały dzień opalając się i czytając książki, tak jak dzisiaj. Kiedy nie trzeba iść do szkoły. Nie chciała myśleć nawet o nauce. W tym roku zdaje maturę. Już się jej boi. Iza wstała z leżaka i zabrała ksiażkę, po czym weszła do domu. - Wieczorem wychodzę ze znajomymi. - poinformowała mamę. - Tak jasne. Idź, idź. - zawsze było to samo. Jej rodziców nigdy nie obchodziło to co ona robi i z kim. Czasem już wolałaby, żeby jej nie puszczali wszędzie, tylko trochę się nią interesowali. Ale nie oni tylko za pieniędzmi biegali. Iza wykąpała się i ubrała. Punkt 19:00 czarne BMW podjechało pod jej dom. Po czym z resztą pojechali na impreze. W ruchu był alkohol i papierosy. Iza lubiła się zabawić, ale bez przesady. Papierosy paliła od dawna, ale w życiu nie wzięłaby do ust narkotyków. P godzinie 4:00 stwierdzili, że pora wracać do domu. Luki mocno naciskał na pedał gazu, na liczniku było ponad 130 km/h. Nagle z naprzeciwka wyjechała ciężarówka. Iza zasłoniła oczy. Słyszała pisk opon, potem huk, odgłos gnieconego żelaza. Ciężarówka dosłownie zmiotła ich z drogi. Lecieli kawałek koziołkując i obijając się o ziemię. Obijała się o drzwi i dach. Pasy zostały zerwane. Poczuła jak coś spływa jej z czoła gdy uderzyła się o klamkę. Słyszała krzyk koleżanki. Tylnia szyba pękła i posypały się szkła. Nagle drzwi otworzyły się i Iza wyleciała przez nie. Upadła na ziemię uderzając o coś plecami. Wszystko ją bolało, przesunęła się trochę w prawo by nie leżeć na tym czymś twardym, lecz wtedy straciła grunt pod nogami i zaczęła zjeżdżać po ukośniej skarpie. Próbowała się czegoś złapać, lecz wszędzie był tylko piasek. Zjechała na sam dół. Nie miała siły się podnieść. Nagle rozległ się odgłos wybuchu i niebo rozjaśniła łuna. Izie zaczęły oczy ciążyć. Zasnęła.

II

Iza wpatrywała się w błękitne niebo. Słońce było wysoko na nim i promienie padały jej na twarz. Głowa bolała ją okropnie, a w skroniach krew pulsowała w zawrotnym tempie. Nie mogła skupić myśli na jednym przedmiocie. Była taka zmęczona. Co się wczoraj stało? Nie mogła sobie przypomnieć. Powolo zmusiła się, żeby podnieść się z ziemi. Przebiegła wzrokiem dookoła siebie. Znajdowała się w jakimś głębokim dole. Z każdej strony otaczała ją ściana piasku. Postawiła stopę na skośnej skarpie i próbowała wspiąć się na górę, jednak po chwili zjechała w dół. Kolejne próby nie przynosiły efektów. Zrezygnowana usiadła na ziemi. - Chcę się stąd wydostać.- powiedziała na tyle głośno na ile pozwalało jej zmęczenie. Łzy zaczęły jej napływać do oczu. - Ja chcę do domu.- Czuła się taka bezradna. Nie mogła nic zrobić. Kompletnie nic. W tym momencie dostrzegła przed sobą jakąś grotę. Dlaczego nie zauważyła jej wcześniej? Wstała z ziemi i podeszła do niej niepewnie. Nie wiedząc czy ma wejść do środka czy bezpieczniej będzie zostać tutaj. A jeżeli tam znajdzie wyjście? Zaryzykuje. Weszła powoli do środka. Było strasznie ciemno. Zamknęła na chwilę oczy, gdy je otworzyła dostrzegała niewyraźne zarysy ścian. Nie widać było końca korytarza. Iza szła dotykając ręką ściany. Dziwiło ją to skąd wzięła się tutaj tak ogromna jaskinia skalna. Gdzie niegdzie skraplała się woda. Nagle w oddali zamigotało światło. Iza przyspieszyła. Wyszła z jaskini. Początkowo jasność oślepiła ją. Jakie było jej zdumienie gdy zobaczyła przed sobą podobny krater do tego, z którego wyszła tylko, że ten był dwa razy wyższy. Iza się załamałą i upadła na kolana. Zaczęła łkać. - Zabierzcie mnie stąd!- podniosła do góry wzrok. Nagle coś błyznęło w słońcu na przeciwnej skarpie. Zaciekawiło ją to, podeszła w to miejsce. Odgarnęła trochę piasku z błyszczącego przedmiotu i zamarła. Przed sobą ujrzałą pięknie rzeźbioną klingę miecza. Ornament przedstawiał owiniętego wokół węża z głową. Była tym zachwycona. Złapała za klingę, miecz idealnie leżał jej w dłoni. Szarpnęła i wyciągnęła go. Ostrze błysnęło w słońcu i nagle niebo rozdał przerażający krzyk. Krzyk z pewnością nie należał do człowieka, ale do jakiegoś ogromnego zwierzęcia. Iza wypóściła z dłoni miecz i zakryła swoje uszy. Coś wielkiego przysłoniło słońce. Dziewczyna nie myśląc wiele, poderwała się i wbiegła do jaskini. Przewróciła się gdzieś w jej środku. Była cała przerażona. Nie wiedziała co ma robić. Co to mogło być za zwierzę? Nagle ziemia nad nią zadrżała i parę odłamków skalnych spadło jej na głowę. Coś głośno dudniło na ziemi. Brzmiało to tak jakby coś nad nia chodziło. Zaczęła żałować, że nie wzięła tego miecza razem ze sobą. Skuliła się pod ścianą i nagle wejście, które prowadziło do wąwozu z mieczem zostało zasypane przez kamienie. Iza poczuła jak coś uderza ją w głowę. Straciła przytomność.

III

Obudziła się. Wszędzie panowała cisza. Ale nie całkowita, gdzieś z oddali dobiegały ją stłumione głosy i nawoływania. - Tu jestem. - wyszeptała i zakaszlała. Miała tak suche gardło. Zaczęła powoli iść na czworakach w stronę wyjścia. Wyszła na świeże powietrze.- Tu jestem.- powtórzyła. - Pomóżcie. - Znalazłem ją!- dał się słyszeć czyjś głos.- Jest na dole. Dajcie sprzęt. Wytrzymaj jeszcze troche. Zaraz po ciebie zejdziemy.- Iza nie miała już na nic siły. Położyła się na ziemi. Po chwili poczuła jak czyjeś ręce ją podnoszą i układają na noszach. - Dobra. Wyciągajcie!- Gdy była już w karetce została jej udzielona pierwsza pomoc. Jeszcze zanim zamknęli drzwi dostrzegła spalony wrak samochodu. Tak bardzo chciała by ją ktoś teraz przytulił. Dlaczego nie ma tu jej rodziców? Dlaczego się o nią wogóle nie martwią? Pieniądze znów są ważniejsze od niej? Karetka zawiozła ją do szpitala. Zrobiono jej szczegółowe badania, po czym umieszczono ją w pokoju. Zaczęła przyjmować do wiadomości to co się stało. Lekarze mówili, że miała szczęście wychodząc z tego wypadku tylko z kilkoma szwami na głowie, lekkim wstrząsem mózgu. Miała jeszcze parę zadrapań i siniaków. Nie powiedziała nikomu o mieczu i o tym co się stało jak go wyciągnęła ze skały. Wiedziała, że lepiej będzie o tym nie wspominać. Martwiła się o swoich przyjaciół. Lekarze nie chcieli jej powiedzieć w jakim są stanie. - Dzień dobry. Czy mógłbym zadać pani parę pytań?- do jej sali wszedł młody policjant. Wyglądał na około 20 lat. Iza usiadła na łóżku i skinęła głową. Policjant uśmiechnął się i podszedł do krzesła.- Jak się czujesz? - Dobrze.- skłamała, bo wcale nie czuła się dobrze. Była bardzo przygnębiona i rozczarowana. Rodzice ani razu jej jeszcze nie odwiedzili w szpitalu. Nie wiedziała co się dzieje z jej przyjaciółmi. I nie umiała sobie odpowiedzieć na pytanie co tak naprawdę się stało po wypadku. - Przyciosłem ci gazetę. Może zechcesz przeczytać.- powiedział i położył ją na półce obok łóżka. - Dziękuję. - Dobrze, no to teraz będzie bardziej oficjalnie. Czy pamiętasz coś z dnia, w którym mieliście wypadek samochodowy? - Tak. Teraz już tak. - nie miała ochoty na rozmowę, jednak czuła, że to jest jej obowiązek.- Pamiętam, że wracaliśmy z dyskoteki i na przeciw nam wyjechał TIR. Potem był huk, trzask i ciemność. Wypadłam z samochodu i stoczyłam się w ten dół. - Pamiętasz może z jaką szybkością jechaliście? - Coś koło 120 może 130 km/h. - Piliście coś? Czy wasz kierowca także pił? - Niech pan o to spyta jego.- policjant popatrzył na nią, po czym wstał. - Zostawię cię samą. Porozmawiamy jak wypoczniesz.- chłopak wyszedł, a Iza wzięła z szafki gazetę. Otwarła ją na pierwszej stronie i nie wiedziała czy ma zacząć się śmiać czy płakać. Był tam spory rysunek smoka, a nagłówek głosił: "Tajemnicze stwory". Iza zaciekawiona zaczęła czytać. "Coraz więcej osób zgłasza się do naszej gazety twierdząc, że widziało prehistoryczne, latające nad naszym miastem gady. Mają one wielkie skrzydła, wydają dziwne dźwięki, a niektórzy przysięgają, że widzieli jak zioną ogniem. Farmer James R. twierdzi, że to smok spalił jego stodołę wczoraj wieczorem. Ataki smoków zaczęły się od niedzielnego popołudnia. Czy Smoki- legendarne bestie naprawdę istniały? Czy powróciły, aby zniszczyć ludzkość? Na te pytania da nam odpowiedź dopiero czas."

IV

Iza odłożyła gazetę i zaśmiała się. Jak to możliwe. Smoki? Ta gazeta chyba nie ma już o czym pisać tylko o smokach. Nagle Izie śmiech zamarł na ustach. Znów usłyszała ten sam głos zwierzęcia. Podeszła do okna i niepewnie je otworzyła. Spojrzała na niebo, lecz nic nie ujrzała, wszystko zasłaniały chmury. Ryk jeszcze bardziej nasilił się, po czym zamilkł. Czyżby to była prawda? Przecież smoki to tylko bajka wymyślona, żeby straszyć dzieci. Zamknęła okno i usiadła na łóżku. Wzieła w dłonie gazetę i zaczęła ją znów przeglądać: "Inflacja najniższa w czerwcu.","Rynek przeżywa kryzys.","Śmierć po imprezie.","Premier..." - Śmierć po imprezie?- Iza wróciła na poprzednią kartkę i zaczęła czytać na głos.- " W niedzielę nad ranem, czwórka przyjaciół wracała z dyskoteki. Na drodze krajowej nr 34 czarne BMW, którym podróżowali zostało zmiecione do rowu przez nadjeżdżającego z naprzeciwka TIRa. Samochód przeleciał parę metrów koziołkując, po czym stanął w płomieniach. Trójka młodzieży zginęła na miejscu. Czwarta osoba jest poszukiwana, przez policję. - Niemożliwe! To nie może być prawda!- Izie łzy zaczęły płynąć z oczu. Rzuciła gazetę na ziemię i wybiegła z pokoju. Na korytarzu siedział ten młody policjant, który wcześniej zadawał jej pytania. Minęła go bez słowa. Wbiegła do pokoju lekarskiego. - Dlaczego nikt mi nie powiedział, że moi przyjaciele zginęli?!- złapała doktora za ubranie i potrząsnęła nim. - Dlaczego?!- po chwili drzwi się otworzyły i ktoś odciągnął ją od lekarza. Obróciła się i przytuliła do tego kogoś. Nie obchodziło ją to kim jest ta osoba, teraz chciała tylko poczuć czyjąś bliskość. Popatrzyła na niego. Był to policjant. Zabrał ją z powrotem do jej pokoju i posadził na łóżku. - Cii. Spokojnie, będzie dobrze. - Iza spojrzała mu w oczy. - Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?- Czuła, że oczy zaczynają jej czerwienieć i puchnąć. Musi teraz wyglądać koszmarnie. - Lekarze uznali, że tak będzie lepiej. Nie chcieli, żebyś przeżyła kolejny wstrząs. - To wszystko moja wina. Gdybym się wtedy podniosła i pomogła im wysiąść z tego auta... - Nie. Gdybyś tylko zbliżyła się do auta też byś zginęła. To nie twoja wina, że kierowca TIRa zasnął za kierownicą.- Iza popatrzyła na niego. Przemawiał takim spokojnym głosem. Jednak teraz nie miała ochoty na niczyje towarzystwo. - Możesz mnie zostawić samą?- zapytała Iza, a policjant bez słowa wstał i wyszedł. Nienawidziła szpitali. Musi stąd wyjść. Ale jak? Podeszła do okna i otworzyła je. Nie było zbyt wysoko, okno znajdowało sie na wysokości 2 piętra. - Raz kozie śmierć, może się nie zabiję.- powiedziała cicho i usiadła na parapecie. Ludzie z dołu zaczęli pokazywać ją palcami i coś mówić.

V

Odbiła się od parapetu i zeskoczyła na ziemię. Lądując zrobiła fikołka, aby zamortyzować upadek. Zawsze była wysportowana i miała dobrą kondycję. Ktoś zaalarmował lekarzy, którzy wybiegli ze szpitala i podążali w jej stronę. Zaraz za nimi biegł policjant. Iza zerwała się z ziemi i zaczęła biec ile miała sił w nogach. Wbiegła na chodnik gdzie było pełno ludzi. Starała się ich wymijać, jednak nie było to łatwe. Paru z nich potrąciła i przewróciła. Obróciła głowę, lekarze zostali przed szpitalem, ale policjant nie dawał za wygraną i cały czas gonił Izę. - Cholera.- zaklęła oddychając coraz głośniej. Przed sobą nagle zobaczyła przejście dla pieszych. Paliło się czerwone światło. Machinalnie skręciła w bok. Z przystanku właśnie ruszał autobus. Iza podbiegła do przednich drzwi i zastukała w szybę. Kierowca wpuścił ją do środka i ruszył. Iza podziękowała mu i podeszła do tylniego okna. Pomachała zdezorientowanemu policjantowi i usiadła na fotelu. Nie miała pojęcia dokąd jedzie ten autobus. Wyjechali z miasta, mijając rozległe pola. Iza znała tą drogę. Wiele razy nią przejeżdżała jadąc do Epsilonu. Zaraz będą mijać miejsce wypadku. Nagle poczuła w sobie jakiś impuls. - Proszę się zatrzymać!- powiedziała wstając z miejsca. Ludzie jadący autobusem popatrzyli na nią jak na wariatkę. Ale kierowca zatrzymał autobus bez słowa i otworzył tylnie drzwi. Wyskoczyła przez nie i skierowała swoje kroki w stronę miejsca gdzie nastąpił wypadek. Zaraz powinna dojść do wąwozu, w który wpadła i spędziła w nim noc. Jednak teraz jak okiem sięgnąć nigdzie nie widziała żadnego wgłębienia w terenie. Wszędzie była równa ziemia. - O co tu chodzi? Przecież to powinno być w tym miejscu.- Nagle Iza usłyszała głośny ryk. Ten sam co pierwszego dnia. Coś głośno uderzało i zerwał się spory wiatr. Nagle ziemia zadrżała i wiatr ustał. Znów coś ryknęło tym razem o wiele bliżej. Iza niepewnie odwróciła się i o mało co nie zemdlała. Przed sobą ujrzała ogromnego czerwonego gada. Miał strasznie żółte ślepia, którymi świdrował ją na wylot. Całe jego ciało pokrywały łuski. Patrzył na nią przez chwilę, potem znów ryknął i zaczął się zbliżać w jej stronę. Iza cały czas cofała się. Nie mogła uwierzyć w to co widzi przed sobą. Nagle potknęła się o kamień i wylądowała na ziemi. Smok w tym czasie zbliżył się do niej. Błysnęły żółte ślepia i smok wyciągnął szyję na całą swoją długość. Iza wiedziała co ma zamiar zrobić. Nie miała szans uciekać. Pożegnała się już z życiem, zauważyła czerwony jęzor ognia mknący ku niej. Zamknęła oczy.

VI

W tym momencie poczuła czyjś pewny uścisk. Bała się otworzyć oczu. Nie wiedziała co się stało. Wiatr owiał delikatnie jej twarz. Znów usłyszała ryk, tym razem był on pełen wściekłości. - Życie ci nie miłe? Stawać naprzeciw smoka. Jeszcze jesteś nie uzbrojona.- Iza już nie mogła wytrzymać. Ten ktoś miał tak głęboki i przyjemny głos. Na pewno należał on do mężczyzny. Otworzyła oczy. Leżała na rękach jakiegoś długowłosego blądyna, który biegł tak szybko, że drzewa, które mijali wyglądały jak rozmazane plamki. Iza wpatrywała się cały czas w niego. Miał tak delikatne, a zarazem dostojne rysy twarzy. - Kim jesteś?- zapytała przerażona. Najpierw smok, teraz mężczyzna, który biega szybciej niż ktokolwiek na świecie. - Ty jesteś człowiekiem, prawda? - Tak. A co w tym dziwnego? Przecież ty też nim jesteś. - powiedziała i popatrzyła na niego. Nie rozumiała o co mu chodzi. Wbiegli do lasu. - Tutaj powinnaś być bezpieczna. Dalej nie mogę cię zabrać.- uśmiechnął się i postawił ją na ziemi. Dlaczego nie odpowiedział jej na żadne pytanie?- Uważaj na siebie.- ruszył powoli w stronę lasu. - Zaczekaj! Powiedz mi chociaż jak masz na imię. - Eovitaelis. - Że co? - Iza miała tego dość. Ten facet najwyraźniej robił sobie z niej żarty. A może on jest chory na głowę? Miała tyle pytań, na które nie potrafiła sobie dać odpowiedzi. Popatrzyła w głąb lasu, gdzie zniknął chłopak. - Nie chciałeś mi powiedzieć o co tu chodzi, to sama się dowiem.- Iza podniosła spory patyk z ziemi.- To tak dla bezpieczeństwa.- powiedziała sama do siebie i ruszyła za nim. Nigdy nie lubiła lasów. A zwłaszcza tak gęstych i ciemnych jak ten. Krzaki i drzewa rosły tu na każdej wolnej powierzchni. Nie wiedziała jak długo idzie, ani czy jest już noc, czy jeszcze dzień. W lesie cały czas było ciemno. Nie docierało tu żadne światło. Im bardziej zapuszczała się w las, tym zarośla stawały się gęstsze. W pewnym momencie myślała, że dalej nie zajdzie i zastanawiała się czy nie zawrócić. Ale skoro tamten mężczyzna tędy przeszedł to ona też da radę. Przecisnęła się przez gałęzie i wyszła na obszerną polanę skąpaną w świetle księżyca. Przecięła ją szybko i znalazła się na jej drugim końcu. Nagle w koronie drzew coś zaszeleściło. Iza wyciągnęła patyk przed siebie. Była przerażona. Z drzewa zeskoczyli dwaj mężczyźni z łukami wycelowanymi w Izę. Jeden z nich powiedział. - Del a viv sores?- Iza nie znała ich jezyka. Nie miała pojęcia kto mógł posługiwać się takim słownictwem.

VII

Nie wiedząc czemu wyrzuciła z rąk patyk i podniosła dłonie do góry. - Nie rozumiem was. - Maresis!- powiedział jeden z nich i podszedł do Izy. Chwycił ją pewnie za obie ręce i wykręcił do tyłu. Po czym zawiązał mocnym sznurkiem za plecami. - Puść to boli!- krzyknęła i próbowała się wyrwać, ale jego uścisk był tak mocny. - Del abre!- pociągnął Izę za sobą. - Dokąd mnie zabieracie?- Iza miała już w oczach łzy. Nie znała ich. Nie wiedziała jakie mają zamiary. Szli przez las. Dziewczyna miała całą twarz pocharowaną od gałęzi, które przyczepiały się co chwilę do jej ubrania. Nie miała pojęcia jak oni to robią, że gałęzie ich nie dotykają. Nagle zatrzymali się przed dwoma ogromnymi drzewami. Pochylały się ku sobie, tak jakby tworzyły bramę. - Karesis mae!- powiedział jeden z mężczyzn po czym drzewa zaczęły skrzypieć i trzeszczeć, a po między nimi pojawiła się kręta ścieżka obsadzona z obu stron kwiatami.- Sore!- popchnął Izę na ścieżkę. - Przestań mnie popychać!.- krzyknęła. Kim oni są? Gdzie ją prowadzą? Na pewno nie mają zbyt dobrych zamiarów, inaczej nie związaliby jej. Zastanawiała się czy nie dałoby się uciec. Jeden z nich szedł z przodu, a drugi z tyłu. Boki miała wolne. Musi spróbować. Tak szybko na ile mogła, ugięła nogi i obróciła się podcinając nogi mężczyzny idącego za nią. Ten zachwiał się i upadł. Nim ten drugi oglądnął się za siebie, Iza uciekła szybko w bok. Przedarła się przez krzaki i wybiegła na polanę. Zaczęła biec ile miała sił w nogach. Nagle usłyszała jakiś świst i poczuła ból w lewym ramieniu. Coś w nią trafiło, zachwiała się i upadła na ziemię. Wiedziała już co się stało. Dostała strzałą. Próbowała wstać, lecz czuła się taka zmęczona, tak bardzo słaba. Traciła całe swoje siły. Zobaczyła pochylającą się nad sobą jakąś postać. - Dre est abuler!- oczy zaczęły jej niesamowicie ciążyć. Poczuła jak ktoś wyrywa jej strzałę z barku. Krzyknęła. Słyszała czyjąś rozmowę, ale nie słyszała o czym ona jest. Była jakaś taka dziwnie otumaniona, jej mózg nie pracował normalnie. Wszystko docierało do niej z opóźnieniem. Teraz wydawało jej się, że słyszy jakieś gwary, jakby znaleźli się w mieście. Wiele razu ktoś powtarzał słowo "Maresis". Po chwili coś głośno skrzypnęło i położyli ją na czymś zimnym. Potem trzasnęły drzwi. Starała sie z całych sił otworzyć oczy. Coś jednak jej w tym przeszkadzało. Nie wiedziała gdzie się znajduje. Ręce zaczynały jej drętwieć od ciasno zawiązanego sznurka, a na dodatek było jej tak przeraźliwie zimno. Nie wiedziała ile siedzi w tym miejscu, ale musiało upłynąć już sporo czasu. Trzęsła się z zimna. Miała dreszcze. W tym momencie ktoś otworzył drzwi i usłyszała.

VIII

- Ai, dre est milo.- Dziwne, już gdzieś słyszała ten głos. Coś jej przypominał, tylko co? Nie mogła go skojarzyć. Na pewno znała tą osobę.- Spokojnie, zaraz podam ci lekarstwo.- ktoś pogładził ją po włosach.- Otwórz usta.- Iza posłusznie zrobiła to o co ją prosił, poczuła na języku jakąś tabletkę, przełknęła ją i natychmiastowo poczuła zmianę. Mózg zaczął trzeźwo myśleć. Zaczęła dostrzegać zarysy przedmiotów. Podniosła wzrok i ujrzała przed sobą tego samego blądyna, który uratował ją przed smokiem. - Dlaczego za mną poszłaś?- zapytał. Iza powiodła wzrokiem dookoła. Znajdowała się w jakimś ciemnym lochu, na którego ścianach skraplała się woda. Znów przeszedł ją dreszcz. - Odwróć się, rozwiąże ci dłonie.- Iza posłuchała go i już po chwili poczuła ulgę. Jej dłonie były wolne. Miała całe czerwone nadgarstki. Nagle przeszył ją ból z ramienia. Złapała się za nie i wyczuła krew. No tak to tu miała wbitą strzałę. Skrzywiła sie mimowolnie, bolało ją. - Coś się stało?- zapytał z troską. - Nie, nic.- powiedziała szybko. Ale on jej nie uwierzył, klęknął i złapał ją delikatnie za ramię. Syknęła z bólu. - Nikt ci tego nie opatrzył?- zapytał z mieszaną złością i troską. Iza pokręciła tylko przecząco głową.- Zaraz tu wrócę.- Podszedł do drzwi i zapukał w nie. - Karesisne varens!- Wyszedł, ale po chwili już wrócił, z jakimś liściem i bandażem.- To przyniesie ci ulgę.- Przyłożył jej liść do rany, po czym delikatnie zawiązał bandażem. Iza była już tak bardzo zmarznięta. Znów przeszły ją dreszcze. Chłopak ściągnął z siebie pelerynę i ubrał ją na nią. - Cieplej? - Tak. Dziękuję. - spojrzała na niego.- Dlaczego mnie tu więzicie? Co wam zrobiłam? - Gdyby to odemnie zależało, nie przebywałabyś tu.- Iza spojrzała mu w oczy. - A od kogo to zależy? - Od Najwyższego Króla Elfów. - A z jakiej racji...- nagle urwała uświadamiając sobie co powiedział. Czy on naprawdę jest zdrowy na rozumie? Może się o tym przekonać. Momentalnie zbliżyła się do niego i odgarnęła mu włosy. Jej oczom ukazały się spiczaste uszy, takie jakie posiadają elfy. Czy to może być prawda? Najpierw smoki teraz elfy? - Wy naprawdę nimi jesteście.- powiedziała. Nie bardzo wiedziała jak ma się zachować. Z tego co wiedziała elfy były bardzo dobrze wychowane i kodeks dobrego zachowania uwarzały za świętość. Nikt nie miał prawa podważyć jego reguł. A ona przez swoje zachowanie pewnie obraziła ich i teraz czeka ją za to kara śmierci. - Nie. U nas nie ma kar śmierci.- powiedział i jego wargi rozciągnął nikły uśmiech. - Skąd wiedziałeś o czym myśle?- zapytała zaskoczona Iza. - Nie wiesz nic o naszym ludzie? Mamy dar czytania w myślach. Jednak żadko z niego korzystamy, przez wzgląd na grzeczność. - Iza kolejny raz spojrzała mu w oczy. Były one tak niebieskie, z pewnością nie mogły należeć do szaleńca, przeciwnie należały one do bardzo mądrej i rozważnej osoby. - Chciałaś zapytać z jakiej racji cię tu więzimy. Otóż dlatego, że wkroczyłaś na nasz obszar i odkryłaś drogę do naszego miasta. - To znaczy, że teraz nie będę mogła wrócić do mojego świata? Że nigdy więcej nie ujrzę ludzi?

IX

- Nie obawiaj się. Postaram się przkonać króla żeby cię wypuścił. Powiedz mi jeszcze jedno. Dlaczego wtedy za mną poszłaś? - Twoje imię to spowodowało. To całe Eove... - Eovitaelis.- poprawił ją. - Właśnie. Nie potrafię go nawet wymówić, a jednak wydawało mi się takie obce i tajemnicze. - Mów mi Eovis. Będzie ci łatwiej wymówić.- ukłonił się przykładając dwa palce do ust, a potem umiejętnie nimi obracając i podnosząc na wysokość czoła. - Iza.- powiedziała i spróbowała naśladować jego gest, ale nie bardzo jej wyszedł. Eovis tylko się zaśmiał. - Wyprostuj palce i potem zrób tak.- złapał ją delikatnie za dłoń i pokazał wszystko od początku. Miał tak delikatną skórę. Iza uśmiechnęła się mimowolnie i wykonała gest tak jak jej pokazał.- O wiele lepiej.- wstał z ziemi.- Muszę już iść. Ale wrócę jak tylko uda mi się przekonać króla. Zrobię wszystko co będzie w mojej mocy.- Wyszedł z celi. Do Izy nadal nie docierało to, gdzie się znajduje. Miasto elfów? Samo to, że elfy istnieją wydawało jej sie takie nierealne i nieprawdopodobne. Jak w bajce. Nagle zza drzwi dobiegł głośny szmer i rozmowa. - Alei enomolir udorese!- po chwili drzwi się otwarły. Izę oślepiło światło bijące od nich, jednak ujrzała zarysy postaci. Wprowadzili kogoś do celi i zamknęli ją. Ten ktoś podbiegł do drzwi i zaczął okładać je pięściami. - Nie macie prawa, jestem funkcjonariuszem policji. Złożę na was donos!- Iza poznała go. Wiedziała kim jest ten mężczyzna. Ale jak on mógł sie tu znaleźć. Czyżby szedł za nią? Ale jak? - Nie usłuchają cię. Oni rządzą się własnymi prawami.- dopiero teraz ją zauważył i natychmiastowo znalazł się przy niej. - Jak ty się tu znalazłaś? Dlaczego uciekłaś ze szpitala? I gdzie my jesteśmy? Co to za miejsce? Kim są ci ludzie?- policjant zadawał jej pytania. - Wcale nie uciekłam.- ucięła krótko.- Tylko wyszłam. Jesteśmy w Mieście Elfów, a to nie są ludzie tylko elfy.- popatrzył na nią jak na wariatkę. - Chcesz powiedzieć...- urwał. - Ale jak to możliwe? Przecież elfy to bajka! - Sama nie mogę w to uwierzyć. A jednak zaczynam się przekonywać. Smoki też ponoć były bajką, a jednak jeden z nich mnie zaatakował. Widziałam go. - Jak to cię zaatakował. Kiedy?- wyglądał naprawdę na zaskoczonego i przejętego całą tą sprawą. - Zaraz przed tym jak mnie pojamali. - Jesteś cała? Nic ci się nie stało? - Nie, nic mi nie jest. - Swoją drogą to troche nie logiczne jest. Elfy i smoki musiały cały czas mieszkać na ziemi, skoro tak to jak udało im się ukrywać przez tyle lat? I dlaczego akurat teraz się ujawinili? - Nie mam pojęcia. Może coś spowodowało to, że wyszli z ukrycia. Pytanie tylko co?- Iza zamyśliła się i popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem. Nagle coś sobie uzmysłowiła.Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślała? Przecież to się stało właśnie wtedy. To wtedy pierwszy raz to usłyszała. Zatkała ręką usta i szepnęła. - To moja wina.

X

- Jak to twoja wina? - Wszystko to zaczęło się gdy dotknęłam tego miecza. - Jakiego miecza? O czym ty mówisz? - Podczas wypadku samochodowego wpadłam do głębokiego rowu... - Wiem, znalazłem cię tam. - No i tam był miecz. Tam go dotknęłam, a gdy za niego pociągnęłam rozległ się ogłuszający ryk. Wtedy po raz pierwszy go usłyszałam.- policjant przyłożył dłoń do swego czoła i zamyślił się. Iza popatrzyła na niego i dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że nie wie jak on się nazywa. Spojrzała szybko na jego identyfikator. Patric Woods. Na imię mu Patric. - Musimy się stąd jakoś wydostać.- powiedział i podszedł do drzwi. - Nie wiem jakim sposobem, chcesz się stąd wydostać. Jesteśmy pilnowani przez elfy, genialne istoty. Oni biegają szybciej niż wiatr. Strzelają z łuku bezbłędnie, zawsze trafiając w cel.- tu wskazała na swoje zranione ramię.- Znają także wiele innych sposobów na zatrzymanie nas. Stąd nie ma ucieczki. Jesteśmy skazani na ich decyzję.- spojrzał na nią przenikliwie. - Jeżeli chcesz tu zostać to proszę bardzo. Ja nie mam zamiaru czekać na śmierć. - Nie planuj pochopnie. Zaczekaj. Eovis obiecał mi, że się wstawi za mną u króla. Jak tylko pojawi się poproszę go aby uwolnili także ciebie. - Eovis? Kto to jest? - Elf.- powiedziała krótko. Poczuła się nagle taka zmęczona. - Muszę się przespać.- położyła sie na ziemi i zamknęła oczy. Podłoże było tak zimne i twarde, że nie dawało jej zasnąć. Przewracała się z boku na bok. Po chwili poczuła jak ktoś kładzie się obok niej i obejmuje ją ramieniem od tyłu. obróciła sie i popatrzyła na Patricka pytającym wzrokiem. - Będzie ci chociaż trochę cieplej. - Dziękuję.- szepnęła i przytuliła się co niego. Czuła bijące od niego ciepło. Objęła go w pasie i zasnęła. Wydawało jej się, że minęło zaledwie parę minut odkąd zasnęła, gdy drzwi głośno skrzypnęły i ktoś wszedł do środka. Otworzyła oczy, przed nią stał Eovis. Uśmiechnęła się i wysunęła z objęć Patricka, delikatnie, żeby go nie obudzić. Podeszła do elfa. Nie podobał się jej kamienny wyraz jego twarzy. Wiedziała już co się stało, ale wolała się upewnić. - Nie pozwolił mi wrócić do ludzi?- zapytała szeptem i spojrzała w ziemię. - Niestety.- powiedział smutno, a Iza opadła na ziemię, łzy zaszkliły jej się na policzkach. - Co ze mną zrobią? Co z nami zrobią?- poprawiła się, patrząc na śpiącego Patricka. - To twój bliski przyjaciel? - Nie.- powiedziała.- Ja go prawie nie znam. - Ludzie są dziwni. Nie znając się okazują sobie uczucia.- powiedział Eovis, myśląc nad czymś.- No, ale to nie pora na takie zastanawianie się. W każdym bądź razie ty możesz stąd wyjść, ale nie wolno ci opuścić naszego miasta.

XI

- A co z nim?- Iza wskazała na Patricka, a Eovis rozłożył bezradnie ręce.- Co z nim zrobią? - Nie wiem.- pokręcił przecząco głową. - Możesz się także wstawić za nim? - Wydaje mi się, że już i tak nadwyrężyłem cierpliwość króla, ale spróbuję. A teraz chodź.- złapał ją delikatnie za dłoń i pociągnął, lecz Iza stanęła w miejscu. - Nie. Nie mogę go tu zostawić samego.- Eovis spojrzał na nią ze zdumieniem. - Masz naprawdę dobre serce, ale to jest bezsensowne, abyście oboje tkwili w celi. Jeżeli będę w stanie uwolnić także jego, to, to zrobię, a ty jesteś już wolna. - On ma rację.-odezwał się Patric. Iza była tak zajęta rozmową z Eovisem, że nie zauważyła kiedy się obudził i usiadł na ziemi.- Idź z nim, to nie jest miejsce dla kobiety. A o mnie się nie martw. - Ale...- wyjąkała Iza. - Idź.- powiedział twardo i wstał z ziemi. - Idź z nim i staraj się mnie stąd wyciągnąć. - Obiecuję, że wyjdziesz stąd szybciej niż myślisz.- po tych słowach Iza ruszyła za Eovisem. Wyprowadził ją krętymi korytarzami na świerze powietrze. Odetchnęła głęboko czując przyjemny chłód w płucach. Rozejrzała się dookoła i nie mogła wyjść z podziwu. Znajdowała się w prawdziwym mieście elfów. Wyglądał dokładnie jak z bajki. Budynki wykonane z czegoś co przypominało marmur, jednak gdy sie tego dotkneło było ciepłe. Dachy pokryte były winoroślem i bluszczem. Iza zauważyła, że wszyscy się na nią gapią, niektórzy wymawiają słowo "Maresis". - Co oznacza w waszym języku słowo Maresis? - Człowiek.- odparł szybko Eovis.- Chodź zabiorę cię do mnie od domu. Tam będziesz mogła skryć się przed tymi wszystkimi spojrzeniami.- Iza posłusznie poszła za nim. Cały czas inne elfy nie spuszczały jej z oczu. Zaczynało ją to juz denerwować. Miała ochotę ich wszystkich pobić i wykrzyczeć co leży jej na sercu. Nagle nad nimi rozległ się ogłuszający ryk. Iza popatrzyła na niebo i ujrzała ogromnego smoka z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Ten jednak nie był czerwony, jak tamten, który ja zaatakował, co dowodziło tego, że smoków jest więcej. Elfy popatrzyły na niego przez chwilę, a po chwili wszyscy wrócili do wykonywania swych czynności. Iza zastanawiała się dlaczego oni nie obawiają się ataku smoka, przecież w każdej chwili ok tu może wylądować. - Nie wolno mu.- odparł Eovis, a Iza spojrzała na niego.- Mamy zawarte z nimi przymierze, które gwarantuje nam nietykalność. - Co mogę zrobić, żebyś nie mógł czytać mi w myślach, jak zablokować swój mózg? Jest jakiś sposób?- elf uśmiechnął się tajemniczo.

XII

- To mój dom. - wskazał piętrowy domek otoczony z każdej strony kwiatami i drzewami.- Jest pewien sposób na zamknięcie umysłu. Ale wymaga on poświęcenia wielu lat na jego naukę.- otworzył drzwi do chaty i gestem ręki zaprosił ją do środka.- Matko! Wróciłem.- powiedział wchodząc i zamykając za nimi drzwi. Przed kominkiem siedziała starsza kobieta, teraz zamknęła książkę, którą jeszcze pare sekund temu czytała. Eovis podszedł do niej, klęknął na jedno kolano i pocałował ją w dłoń. Kobieta zauważyła Izę. Wstała z fotela i podeszła do niej, kłaniając się. - Witaj człowieku. Od wielu wieków nie widziałam w moich progach przedstawiciela twojej rasy.- Iza nie wiedząc co ma zrobić także się ukłoniła, dotykając przy tym palcami warg i czyniąc gest, który uczył ją Eovis. - To wielki zaszczyt dla mnie móc gościć u elfów.- stara kobieta zaczęła się śmiać. - Mój syn nie wyjaśnił ci.- spojrzała na Eovisa.- Ten gest, który wykonałaś obowiązuje tylko w relacjach pomiędzy kobietą, a meżczyzną. Witając się z inna kobietą wystarczy jak się ukłonisz. - Przepraszam nie miałam pojęcia... - Nie przepraszaj. Już dobrze. Na pewno jesteś głodna. Co prawda my elfy jesteśmy wegetarianami i nie jemy mięsa. Mogę poczęstować cię tylko owocami i warzywami.- powiedziała po czym wyciągnęła z szafy półmisek z różnorodnymi owocami i postawiła go na stole.- Spocznij.- wskazała krzesło, a Iza usiadła na nim.- Częstuj się.- wróciła do kuchni i zagotowała wodę. - Widzę matko, że zajmiesz się naszym gościem. Wybacznie mi,ale muszę wyjść. Za niedługo powinienem wrócić.- pocałował matkę w czoło i wyszedł z domu. - To dobry chłopak.- powiedziała kobieta i spojrzała na drzwi.- Rzadko kiedy jednak bywa w domu. Zawsze ma obowiązki w pracy. Pochłania go ona całkowicie.- postawiła przed Izą parujące zioła.- Pij to cię wzmocni.- Iza powoli łyknęła naparu. Ciepły płyn rozpłynął się w ustach. Był gorzki, a zarazem słodki. Pachniał imbirem. - Czym zajmuje się Eovis? - Jest wojownikiem, a teraz gdy nie prowadzimy wojen, pracuje jako straznik w pałacu królewskim. Jego ojciec tez kiedyś był sławnym wojownikiem, niestety zginął na wojnie kiedy Eovis był jeszcze małym chłopcem. Wtedy było u nas…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Beneris - ten który sieje zamęt i przynosi pokój — czytnik · opowiadania