Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 12 min czytania

Bernard Dentysta cz.I fragment I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Bernard Morawiecki Samozwańczy Dentysta

Gdy pierwszy raz wyruszyłem z centrali Rzeczpospolitej Narodów mieszczącej się w starym metrze warszawskim i skierowałem się w stronę Berlina, po drodze spotkała mnie przedziwna sytuacja. Muszę tutaj nadmienić, że była to moja pierwsza w życiu, tak długa podróż.

Mój do połowy pusty plecak wydał się nagle niesamowicie ciężki, gdy przede mną stanęła grupka ludzi. Umorusani i obdarci, na pierwszy rzut oka krańcowo wygłodzeni, lustrowali mnie złowrogim, niepokojąco bystrym spojrzeniem szeroko rozwartych oczu. Pierwsza dwójka zaszarżowała zanim na dobre uświadomiłem sobie niebezpieczeństwo. Instynktownie ścisnąłem spust mojego m30.

Chmara śrutu, przeorała bark pierwszego z nadbiegających. Trafiony wywinął pokraczne salto, obryzgując ulicę czerwoną juchą. Gdy drugi dobiegł do mnie i brał zamach do uderzenia kawałkiem drąga, trzasnąłem go kolbą w szczękę, Pożółkłe zęby prysnęły spomiędzy rozbitych warg. Teraz wiedziałem już na pewno. To nie byli kanibale...

Gdy mężczyzna zatoczył się w tył, strzeliłem mu w banie. Coś eksplodowało oślepiającym snopem iskier, gdy jego głowa rozpadła się w kawałeczki. Wyglądało to zupełnie jakbym strzelił z bliska w transformator. Ciało padło podrygując, mózg rozchlapał się po chodniku krwawym wachlarzem. Przecież nie mam śrutu z ładunkami elektrycznymi... Przemknęło mi wtedy przez myśl. Nie było czasu, aby się zastanawiać. Pozostali trzej ruszyli do ataku. Bez krzyków bojowych, bez przekleństw, bez jakichkolwiek emocji biegli zupełnie jakby byli w bezwolnym transie. W komorze oczekiwały 4 naboje.

Jacyś pomyleni! W głowie zabrzmiał znajomy głos mojej podświadomości. Zdziwiłem się bardzo, gdy kilka centymetrów obok mojego prawego ramienia świsnął pocisk. Jeden z tych palantów miał w rękach glock'a! Jak mogłem tego nie zauważyć!? Skarciłem się w myślał i sprintem, klucząc na boki, pobiegłem ku najbliższemu budynkowi. Przez zrujnowane wejście wskoczyłem w wąski korytarz. Niemal tracąc oddech, wpadłem do jednego z pokoi. Okno wychodzące na ulice stało się dla mnie szansą. Dopadłem do krawędzi. Spojrzałem na zewnątrz. Dostrzegli mnie, padły dwa lub trzy strzały. Nie trafili. – Pindy nie dają za wygraną! – wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Wychyliłem się, podrzucając broń do ramienia. Ścisnąłem spust strzelby. Chmura rozżarzonej śmierci trafiła tego z gazrurką prosto w brzuch. Cisnęło nim z dwa metry do tyłu. Upadł z wielka dziurą w żołądku, nie wydając żadnego krzyku. Drugi zdążył wbiec do wnętrza. Jego kroki zadudniły w korytarzu. Kucnąłem pod okno, chyba tylko cudem unikając pocisku z glocka wystrzelonego z ulicy. Odwróciłem się w stronę drzwi, przeładowałem i krzyknąłem. – Te! Baran! Wpadł do pomieszczenia. Huk wystrzału niemal mnie ogłuszył. Urwało mu nogę. Biodro zamieniło się w buchający krwią krater. Mężczyzna zwalił się na ziemie, wijąc się niemrawo w upiornym milczeniu. Pozostał ten najniebezpieczniejszy. Ile pocisków mogło zostać w jego glocku? Wyciągnąłem lustereczko dentystyczne, ostrożnie uniosłem je ponad krawędź okna i spojrzałem na ulice. Pusto. Kilka chwil skrupulatnie przeczesywałem wzrokiem zacienione zakamarki, bezskutecznie starając się opanować drżenie dłoni. Gdy w końcu odważyłem się wychylić, dojrzałem tylko ciemny kształt, który przysiągłbym, zeskakiwał z trzeciego piętra pobliskiego budynku. Mogło mi się zdawać, ale raczej przypominało to człowieka.

Teraz żałowałem, że wybrałem jako główną trasę starą obwodnicę E30. Jeszcze nie dotarłem do Poznania, a już miałem takie problemy w mieście Wrześno, że aż dupa boli.

Była godzina popołudniowa gdy wyszedłem z budynku i powolnym krokiem, między fragmentami zarośniętych domów, powoli sunąłem w stronę wyznaczonej wcześniej drogi. Puste ulice jak w każdym prawie mieście dawały do zrozumienia, że i tutaj od czasu do czasu pojawiają się patrole Kohorty. Dlatego rzadko kto miał odwagę mieszkać na powierzchni. Chociaż nie ukrywam, zdarzyło mi się słyszeć o takich ludziach. Gdy tak przedzierałem się przez cmentarzysko małego miasteczka, w pewnym momencie zobaczyłem przygarbioną kobietę biegnącą z torbą, w stronę jakiegoś większego budynku. Ogarnęła mnie niezdrowa ciekawość. W mojej głowie pojawiło się bardzo zabójcze pytanie; Gdzie ona biegnie? A może ktoś lub coś ją goni? Nie myśląc ani chwili dłużej wskoczyłem do jednej z bocznych uliczek i po cichu rozpocząłem pościg. Kobieta bardzo się śpieszyła, czułem w jej ruchach panikę i być może przerażenie. Nie wiem ile miała lat. Nagle wbiegła przez stare drzwi do jakiegoś zniszczonego parterowego budynku. Cały czas byłem za nią, aż stanąłem jak wryty przed mężczyzną który celował do mnie z kałacha. Był wysoki i dobrze zbudowany, miał na sobie brudne niebieskie jeansy i skórzaną kurtkę. Na prawym ramieniu miał znak P.O.C... - Kim jesteś i czemu gonisz tą kobietę - powiedział szybko, grubym i oschłym głosem. - Jestem Bern, znaczy Bernard... Eee Dentysta z warszawy - odpowiedziałem pośpiesznie, podnosząc w tym samym momencie ręce. - Nie wyglądasz mi na dentystę - stwierdził z przekąsem mężczyzna. - Bo to moje hobby które w tych ciężkich czasach znalazło swoje ujście - uśmiechnąłem się nieznacznie. - Czemu goniłeś Elizę? - wycelowana broń strażnika ani drgnęła. - Widziałem jak strasznie szybko biegła, jakby w panice. Pomyślałem, że potrzebuje pomocy. - - Pomocy?! Od Ciebie? Dentysty? - Przed, niespełna, trzydziestoma minutami miałem starcie z dziwnie wyglądającymi osobnikami. Myślałem, że ten jeden co przeżył, gonił tą kobietę. - na twarzy nieznajomego wylazł grymas zdziwienia. - Widziałeś duchy? - Jakie duchy? - zapytałem zaniepokojony. - To ofiary politycznych. Co jakiś czas patrolując tutejsze ulice w poszukiwaniu nowych kandydatów do kolekcji sterowanych chodzących trupów. - Jakich znowu politycznych ?- zapytałem niezmiernie zaciekawiony. Do tego, aż stopnia, że opuściłem obie ręce. - HOLA HOLA! KOLEGO! ŁAPKI W GÓRĘ! - podniosłem je szybko i dodałem, aby nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bernard Dentysta cz.I fragment I — czytnik · opowiadania