akcja · 8 min czytania
Bernard Dentysta cz.I fragment IV
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Gdy stałem nad ciałem martwego Kamila, czułem przygnębienie. Promienie słońca wpadające przez resztki szyb w oknach, oświetlały ciała wrogów i mojego przyjaciela. Lecz nie jego śmierć była dla mnie największą udręką. Prawdę mówiąc, widziałem tego człowieka tylko raz, dawno temu w siedzibie Rzeczpospolitej i tak, to nie był mój prawdziwy przyjaciel. Wtedy chodził w mundurze Rzeczpospolitej z nowymi rozkazami. Odwaga i stanowczość malowała się na jego twarzy.
Teraz. Siniaki zakrywały większość jego truchła, powybijane zęby i wydłubane oko. Połamane nogi i ręce. Jednak najstraszniejszy był fakt, że przy Kamilu nie było przedmiotu, który miał mi przekazać. Jeżeli go schował to przedmiot był już stracony, ale jeżeli ktoś go zabrał to była szansa na jego odzyskanie.
Dlatego trzeba było zacząć dochodzenie.
Przyjrzałem się jeszcze raz martwym napastnikom. Byli młodymi osobnikami, ubranymi niespójnie i wręcz odpychająco, mieszając na sobie kawałki metalowych przedmiotów z codziennymi ubraniami. Twarze i skóra świadczyły o częstym przebywaniu na świeżym powietrzu, braku kąpieli oraz braku jakiejkolwiek podstawowej higieny osobistej. To wszystko świadczyło o tym, że napastnicy nie byli związani z żadną korporacją. A to z kolei dawało nadzieję, że są to po prostu tutejsi grasanci, którzy odkryli samotnika z Rzeczpospolitej i dla prostego łupu zatłukli go jak świnię. Jednak mój wzrok przykuło coś, co wprowadzało niejako zamieszanie we wcześniej postawioną tezę.
Tatuaż na karku jednego z denatów. Odwrócona litera E, stojąca plecami do litery R. Są to pierwsze litery niemieckiej nazwy organizacji Ein Rennen co po polsku oznacza Jedna Rasa. Te symbole świadczyły o tym, że właśnie do gry wkroczyła społeczno-militarna organizacja Ernesta Ussteinboun'a. Osobnika wielokrotnie oskarżonego o ekstremalny antysemityzm i chorobliwą nienawiść do wszystkich istot nie będącymi ludźmi.
A jeżeli to byli jego ludzie, to na pewno będą kierować się w stronę granicy z Niemcami. Ernest nie może dostać tego przedmiotu w swoje ręce. Bo jeżeli to nastąpi , to na pewno nic dobrego z tego nie wyniknie.
Część 22 / 2
Ślady mordu były dość świeże. Obstawiałem jakieś trzy godziny. W tym czasie mogli być albo daleko stąd albo właśnie trzeźwieli gdzieś w starych ruinach jakiegoś domostwa. Niestety. Jeżeli to byli ludzie z ER to prawdopodobnie byli już w drodze do starej granicy z Niemcami. Druga opcja nie wchodziła w grę jeżeli to była zdyscyplinowana grupa uderzeniowa, mająca konkretną misję i konkretny cel.
Dlatego musiałem się śpieszyć.
Gdy wychodziłem na zewnątrz usłyszałem niepokojący dźwięk. Samochód z silnikiem spalinowym. Przykucnąłem pod oknem na parterze i delikatnie się wychyliłem. Szary i lekko zdezelowany WAN błyszczał w promieniach słońca. Przez skórę czułem, że to na pewno Rdzawi i na pewno jadą po to samo po co ja przyjechałem do Kamila. Psie mordy musiały w jakiś sposób dojść do rozkazów Rzeczpospolitej. Ktoś znów poinformował wroga. Nie miałem wyjścia. Musiałem się stąd jak najszybciej ulotnić. Ale gdybym moja droga ucieczki prowadziła przez główne drzwi to na pewno dostał bym kulkę. Dlatego swoje kroki skierowałem na tył budynku aby tam przedostać się przez okno na zewnątrz. Teraz liczył się czas, a ja musiałem znaleźć działający pojazd.
Gdy wychodziłem przez okno, na chodniku zobaczyłem sporej wielkości plamę krwi. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na korytarz za mną. Ciemność w budynku skutecznie maskowała plamy juchy. Nie było jej dużo w środku jednak spora jej ilość za oknem wskazywała na głęboką ranę.
Kamil postrzelił trzeciego i dopiero za oknem opatrunek był już przesiąknięty krwią. Pomyślałem ciesząc się w duchu i zacząłem szybko iść za czerwoną chaotyczną linią. Dziwnym był fakt, że