Komedia · 15 min czytania
Berta
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- „Pamiętaj synu, nie przynoś nam nigdy wstydu” – czy to wciąż powtarzali ci rodzice? – powiedziała pani psycholog pocierając kostki. - Czasami. Nie: wciąż! Wyraźnie sobie przypominam, że wciąż! – przyznał Marcin dla świętego spokoju. Sądził, że w państwie o wielowiekowych tradycjach gospodarki etatystycznej musiałby słono zapłacić za słowa otuchy i że panią doktor najpewniej pogryzły pluskwy szpitalne. Tutaj siedział za darmo i w cieple i konsekwentnie nie spodziewał się pomocy. Czuł się usatysfakcjonowany mogąc oglądać młodą lekarkę drapiącą się w dekolt. - Wobec tego wypiszę ci receptę. Dwa razy dziennie po jednej tabletce na czczo. I proszę napisać wypracowanie na temat parentalnej roli rodziców w wychowaniu potomstwa. Zobaczymy się za dwa tygodnie – dwudziestego – i uśmiechnęła się sztucznie, chociaż z wprawą i na pewno w dobrej wierze. Chłopiec docenił to, pożegnał się nieco i wyszedł, a palto zapiął dopiero na ulicy. Co to jest palto? Używał tego słowa niecałkiem świadomie. Być może nie odpowiadało ono żadnemu obiektowi, z jakim zetknął się w życiu, a było jedynie czysto językowym tworem, abstrakcyjnym ujęciem wierzchniego okrycia. Tuż obok przychodni Marcin spotkał Sławka, który zdaje się był oczekiwał kolegi w związku z boleśnie penetrującą jego świadomość sprawą nieudanego napadu rabunkowego na kiosk. - Czekałem na ciebie – rzekł Sławek potwierdzając niezwerbalizowane przypuszczenia wspólnika. - No to co z tego? – zagadnął Marcin w opadającej intonacji. Stadko wróbli poderwało się z chodnika i poleciało na parapet do Kowalskiego. Nastąpiła minutowa przerwa, w której nic szczególnie ciekawego nie wydarzyło się. Po minucie zastajemy chłopców w niezmienionej pozycji z kciukami wystającymi z kieszeni. - Ten łom, wiesz który… jest u mnie. Co z nim zrobimy? Trzeba coś z nim zrobić. Marcin opuścił głowę, splunął i odrzekł: - Jeszcze nie wiem, pomyślę o tym jutro. I rzeczywiście pomyślał. Nazajutrz, a był to już następny tydzień, coś wyraźnie zaprzątnęło umysłem Marcina podczas obiadu. Na pierwsze danie był rosół, a na drugie lekko zarumieniony plaster z cynamonem. Zaniepokojona aktywnością umysłową syna zapracowana matka zapytała kładąc dłoń na dłoni jego: - Nie smakuje ci plaster, mój synu? Jest przecież z wołowiny najwyższej próby. - Nie, mamo – odrzekł Marcin spoglądając jej w oczy jak własnej matce. Marcin skłamał, przypuszczał bowiem, że za jego nierozważny postępek grozi mu bestialska zemsta ze strony baby z kiosku w zielonym żabocie. Nie dało mu to jednak wiele do myślenia. Czknął znacząco i beztrosko oddalił się w odosobnione miejsce, gdzie zakopał w kretowisku narzędzia, o których rozmawiał ze Sławkiem. I tutaj historia zakończyłaby się śmiercią naturalną przez zapomnienie, gdyby nie ciąg dalszy, w którym gruba baba z kiosku realizuje wariant B.
Gruba baba z kiosku wywęszyła feralne kretowisko. Odetchnęła następnie oralnie z wyraźną ulgą. Zbudziło to bezpańskiego psa, który spał pod kupą zeszłorocznych liści. Biedaczysko zawyło i poleciało migiem. Rozważając kwestie dotyczące powyższej sceny nie zapominajmy o wpływie na nią czynników glacjalnych. Wyobraźmy sobie przekrój prostopadły do powierzchni gruntu obnażający czwartorzędowe pokłady skalne, na których to rozwinęła się gleba brunatna – środowisko życia kreta. A ten, jakkolwiek nie będąc w stanie zrozumieć ludzkiej mowy, jest milczącym i ślepym świadkiem naszych moralnych upadków. Gruba baba imieniem Berta wyraźnie ważyła sobie lekce geologiczną skalę czasu. Zapakowała łom do podręcznej torebki, wróciła na ulicę i wysypała piach z buta, aż kurz poleciał w stronę fabryki. Baczny obserwator dostrzeże tu zapewne fakt, iż babie nie pociły się nogi, w przeciwnym bowiem razie piach przylepiłby się do różowego czółenka i trzeba by było wydłubywać go patykiem albo pukać o latarnię, co mogłoby wyglądać nieestetycznie. Gruba baba z kiosku miała szeroką i długą stopę, która znakomicie nadawałaby się do ubijania ziemniaków w studenckiej stołówce. Niestety służyła tylko prywatnym, partykularnym celom właścicielki do kopania niewychowanych nicponi w ryj, kiedy nie ustępowali jej miejsca w autobusie. Horror rozpoczął się dopiero po miesiącu. Marcin i Sławek pozbyli się już wszelkich wyrzutów, żyli przykładnym życiem w zgodzie z naturą i koleżankami z klasy, grali z nimi w klasy i nie podwijali im sukienek. Na ich harmonijną egzystencję składało się ponadto układanie pasjansów, praca na działce szkolnej i zjadanie wszystkiego nawet marchewki. Pewnej nocy, kiedy wracali z mocno zakrapianej imprezy w klubie dla pedałów, stanęła na ich drodze zamaskowana gruba baba z kiosku w zielonym żabocie i ciżemkach z krokodylej skóry. W ręku trzymała łom a w ustach niewypałek papierosa. Widać było, że nastawa na ich życie i zdrowie psychiczne (na którym przecież Marcin i tak był już podupadł). Chłopcy zdumieli się tym, albowiem nie wyobrażali sobie, aby tak stateczni młodzieńcy jak oni, mogliby doznać jakiejś krzywdy od losu. Nagle jednak, jakby za przyczyną gromu, obaj przypomnieli sobie o swoim niecnym postępku. Strach przeszył ich młode serca, a w gaciach zagościł niepokój. Jednogłośną decyzją postanowili fizycznie przeciwstawić się przemocy. Niestety wojsko nie uczyniło jeszcze z nich mężczyzn, wobec czego krwiożercza baba szybko przetrąciła im kręgosłupy, a w dalszej kolejności zdzieliła im po razie z bosej stopy w pysk, pozostawiając na jagodach Marcina rysę po paznokciu i zakażając go dodatkowo tężcem. Poturbowani ledwie dobrnęli do domów. Przetrącony kręgosłup boleśnie uwierał Marcina w pępek. Sławomir uskarżał się dodatkowo na kaca. - Jutro kartkówka z gegry – rzucił Marcinowi na pożegnanie i rozstali się w płomiennej poświacie lipcowej jutrzenki. Marcin pokuśtykał do domu na przedmieściach Sjatel, gdzie, można by rzec, zamieszkiwał. Mimo upadku na oblodzonych schodach udało mu się jakoś nie wywołać wycia wilków. Zręcznie włamał się do własnego mieszkania. Następnie ominął miednicę z wodą – pułapkę nastawioną na niego przez zatroskanych rodziców. To, co zobaczył na miejscu odebrało mu cały animusz: na stole leżała zaległa praca domowa z materiałoznawstwa, komputer był włączony, klatka z papugą nie przykryta na noc. „Jak mogłem być taki lekkomyślny” – wyrzucał sobie w myślach brak odpowiednich połączeń neuronalnych. Wtem drzwi otworzyły się, a do pokoju wtargnęła rozgniewana matka a za nią przylepiony do jej pleców zastępczy, nadmuchiwany ojciec. Była to bardzo praktyczna sztuka przystosowana do nabijania w butelkę na okres (obniżonego popytu na małżeński obowiązek). - Synku! – zaczęła od apostrofy – zadajesz nam ból prowadząc się tym trybem – tutaj dostrzegła bliznę na twarzy Marcina – Co?! Znowu zaopiekowałeś się bezdomnym kotem? Ile razy mówiłam ci, aby nie utrzymywać stosunków z przygodnie napotkanymi zwierzętami? Czy zdajesz sobie sprawę jakie mogą być tego logiczne konsekwencje? Powiedz coś jako ojciec! – matka Marcina szturchnęła łokciem męża, ale ten tylko bezwładnie się zatrząsł. - Jak zwykle – kontynuowała – praca domowa nieodrobiona! Opuszczasz się w nauce baranie! Mama Ziemka doprowadziła mnie dziś do spazmatycznego płaczu swoimi opowieściami, jakie jej syn… W oknie spółdzielczego wieżowca można było jeszcze długo oglądać sylwetki skruszonego…