Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 11 min czytania

Bestia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

BESTIA

Zapadł zmrok i do mieszkania wtargnęły cienie. Monotonne bicie zegara powodowało nieprzyjemne uczucie osamotnienia. Bo czuł się samotny i jakiś wewnętrzny żal do świata potęgował to uczucie każdego wieczora gdy padał deszcz. Gasił wtedy wszystkie światła by przez mrok wpatrywać się w strugi deszczu padające koło ulicznej latarni. Pośród panującej ciszy deszcz budził w nim swego rodzaju błogość, a ta z kolei ukojenie i zapomnienie. Mógł tak stać całymi godzinami i wsłuchiwać się w bębnienie kropel na szybie okna. Nie mógł jednak trwać w tym stanie bo w takie noce zapraszał do siebie gości którzy przynosili ze sobą chłód. Przyrzekł kiedyś sobie że już nigdy więcej nie zaprosi nikogo z „tamtej strony”. Dziś postanowił złamać daną sobie obietnicę. Nerwowo spoglądał na latarnię pogrążoną w deszczu. Zegar wybił wpół do dwunastej. „Już czas” – pomyślał. Udał się do największego pomieszczenia. Nie miał zwyczaju zapalać światła, zwłaszcza tutaj. Byłoby zbyt oczywiste i rozproszyłoby cały nastrój. Z kieszeni spodni wyjął pudełko zapałek, potarł jedną i w ciemności rozbłysło wątłe światełko. Trzymając zapałkę począł się przesuwać w kąt pokoju. Przyłożył ogień do knota świecy w momencie kiedy ten zaczął go parzyć w palce. Z ulgą stwierdził że świeca zapaliła się od razu. Po ścianach tańczyły cienie w dzikich podskokach chaosu. Zmrużył oczy. Teraz śmielej poszedł do kolejnego kata i zapalił następną świecę. Przy czwartej poczuł się jakoś raźniej, sam nie wiedział czemu. Zrzucił z siebie ubranie i podszedł do jedynej szafy umieszczonej pośrodku jednej ze ścian. Wyjął ze środka przepastną tunikę z czarnego materiału i włożył ją na siebie. Ubranie wrzucił bezpardonowo do środka. Wyjął też kilka innych przedmiotów. Wiedział że będą mu potrzebne wiec wolał od razu przygotować wszystko. Na koniec wziął pięć dodatkowych świec i zamknął szafę. Udał się na środek pokoju. Mimochodem uniósł oczy ku sufitowi. Nie musiał tego robić bo doskonale znał to pomieszczenie. „Ale to tak na wszelki wypadek” – pomyślał sobie w duchu. Stanął twarzą na południe zgodnie z różą wiatrów namalowaną na suficie. Po chwili uklęknął. Włożył sztylet w otwór w podłodze który kiedyś wykonał. Przywiązał do niego sznurek. Na drugim końcu sznurka zrobił pętelkę i wsunął w nią stalowy miecz. Przyglądał mu się przez chwilę. Był to doskonałej roboty przedmiot pokryty rozmaitymi inskrypcjami i inicjałami które tylko jemu były znane. Nikt kto nie był wtajemniczony nie miałby pojęcia co te znaki znaczą. Położył miecz na podłodze. Będzie na potem. - Teraz najważniejszy jest trójkąt – powiedział w eter. Wyciągnął z kieszeni kredę i poszedł w stronę wschodniej części pomieszczenia. Przy okazji upewnił się że drzwi są zamknięte. - Całe szczęście – powiedział z wyraźną ulgą w głosie – nigdy nie wiadomo co te małe skurwysyny wymyślą – i zarechotał bez cienia rozbawienia. Narysował na podłodze duży trójkąt równoboczny po czym powrócił na środek pokoju. Wziął do rąk miecz, napiął sznurek i zaczął kreślić koło, lecz nie zamknął go od razu. Podłoga w tym miejscu była porysowana od nadmiaru kół z przeszłości. I gdy rysował koło czuł się tak jakby zdrapywał stare rany desek pokrytych w tym miejscu szarym nalotem. Ponownie wyjął z kieszeni kredę i zaczął rysować pentagram mamrocząc coś pod nosem. Na każdym rogu umieścił zapaloną świecę i przy każdej wymamrotał kilka słów. Robił to z namaszczeniem, bo wiedział że one mogą uratować mu życie. Narysował jeszcze kwadraty i święte słowa przy każdym z boków. A gdy wszystko było gotowe powrócił do kręgu i zamknął go. Teraz oczekiwanie. Zegar wybił północ a on podskoczył jak oparzony. - No dobra .. zaczynamy zabawę – zniżył głos do głębokiego basu. Czas nie miał teraz znaczenia. Był pojęciem względnym. Stanął krzyżem na środku okręgu i zaintonował pieśń, a słowa które wypływały mu z ust brzmiały tak jakby ktoś uderzał ciężkim młotem w ścianę, bardzo poważnie i twardo. - Przybywajcie demony!! – dodał na końcu – przybywajcie na święte imię mego tetragrammatona !! Wziął miecz i z całej siły ciął nim powietrze. Przez chwilę nasłuchiwał. Cienie na ścianach poruszały się w szaleńczym tempie a płomienie świec podskakiwały na wszystkie strony. Po kilku minutach dał się słyszeć przeciągły świst i rżenie koni. Z każdą sekundą świst potęgował się i poczuł się tak jakby koło niego przejechała rozpędzona lokomotywa parowa. A świst nagle ucichł zupełnie tak jakby ktoś niewidzialnymi rękoma ścisnął dźwięk w garść i przeciął go nożem. W trójkącie coś zamigotało. - Witamy, witamy w mych skromnych progach – zawył ekstatycznie – tylko tyle was? Tylko tyle? Z trójkąta poczęły wyłaniać się cienie które stopniowo przybierały wyraźniejsze kształty. - Milutkie diabełki – zachichotał – ti ti ti. Coraz więcej postaci wyłaniało się wewnątrz figury. - Zaraz będzie wyglądał jak tłok wankla – zarechotał. I w tym momencie coś prysło. Jeden z boków trójkąta dosłownie się złamał i cała czereda gości z zaświatów rozpełzła się po pokoju. - O jasna cholera !! – wrzasnął – wracać do trójkąta !! Wracać !! Ale trójkąta już nie było. Wiedział że nie wejdą do kręgu, chociaż nie był już tego taki pewien jak przed chwilą. Po chwili zrobiło się niesamowicie zimno. Zerknął błagalnie na kaloryfery ale

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bestia — czytnik · opowiadania