Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 15 min czytania

Bestia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Dereka obudził brutalny łomot do drzwi. Choć zerwał się na równe nogi, nie zdążył otworzyć. Drzwi wpadły do pokoju z hukiem. W powstałym otworze ukazał się rosły półogr, który uśmiechał się nieprzyjemnie, wyraźnie bardzo zadowolony ze swojego wyczynu. Nie czekając na zaproszenie, do pomieszczenia weszły dwie postacie. Jedna była ciemnowłosym elfem, a druga człowiekiem, z blizną na twarzy. Ogr został na korytarzu. Derek spostrzegł, że elf jest bratem Leili- swojej ukochanej z którą się wczoraj rozstał. Leila była rozpieszczoną elfką. Mógł się po niej tego spodziewać. To typ kobiety z „pazurkami”, który jest równie pociągający, co kapryśny i impulsywny.

- Yyy... Witaj Revinie... Czy nie lepiej było po prostu zapukać?- Wysunął nieśmiałe pytanie Derek.

- Z pewnością. Ale byłoby to mniej efektowne.- Odparł uśmiechając się ponuro elf.- Od kiedy się poznaliśmy, działałeś mi na nerwy, baczyłem jednak na siostrę. Wczoraj sama poprosiła, żebym coś zrobił. Płakała. Nie jesteś godzien, aby jakakolwiek elfka roniła przez ciebie łzy, ludzkie ścierwo.

- Ależ, ja wszystko wyjaśnię...

- Nie trzeba. Cerl, zajmij się nim.- Revin skinął na oprycha z blizną.

Cerla nie trzeba było długo namawiać. Owinął wokół ręki krótki łańcuch, i żwawo zaczął zbliżać się do „ludzkiego ścierwa”. Derek pochwycił stojące nieopodal krzesło i wykonał zamach na mężczyznę. Ten jednak zrobił zwinny unik, złapał jego rękę w nadgarstku i wykręcił. Rozległo się chrupnięcie. Derekowi, słysząc to, zrobiło się niedobrze. Zaprzestał dalszej walki, gdyż uznał, że lepiej będzie nie rozjuszyć napastnika. Jeśli się nie będzie bronił może odniesie mniej obrażeń. Jest bardem. Nie umie się bić. Ma czarującą osobowość, umie grać na lutni i śpiewać ballady... Cerl, jednak nie zważał na czarującą osobowość nieszczęśnika i uderzył go pięścią w twarz. Gdy łańcuch na pięści mężczyzny zetknął się z subtelnymi wargami barda, te pękły jak dojrzałe czereśnie, tryskając soczyście krwią. Drugi cios wymierzony był w policzek. Uderzenie to, spowodowało lekkie ogłuszenie ofiary. Ta obróciła się wokół własnej osi i padła na podłogę. Biedak zaczął wstawać z podłogi tylko po to, aby dostać potężnego kopniaka w brzuch. Zaparło w nim aż dech. Po tym kopniaku były jeszcze następne, tych już jednak Derek nie liczył.

Gdy Derek się ocknął, nie czuł się najlepiej. Bolała go ręka, bok i plecy. W ustach czuł słony smak. Przełknął ślinę i wyczuł językiem przerwę w uzębieniu. Przeklął w myślach. Otworzył jedno oko (z drugim się nie udało, bo było zapuchnięte). Rozejrzał się wokoło. Był w lesie. Nie to go jednak zdziwiło najbardziej. Zdał sobie bowiem sprawę z tego, że znajduje się w pozycji pionowej. Był przywiązany do pnia grubego drzewa. Nie wiedział gdzie jest, ale wiedział, że nie może tutaj zostać. Słońce chyliło się już ku zachodowi, a jego nie zachwycała perspektywa samotnej nocy w lesie... Nie wiedział nawet, czy będzie to tylko jedna noc. Zdrętwiał, gdy pomyślał, co go czeka, jeśli nie uda mu się uwolnić. Zaczął się szarpać. Na jego nieszczęście, liny były wytrzymałe, a więzy dobrze zawiązane. Po około kilkunastu minutach, zaprzestał zmagań z liną. Zaczął wołać o pomoc. Jego głos, na początku słaby i nieśmiały, stawał się coraz głośniejszy, aby przerodzić się w rozpaczliwy krzyk. W miarę wołania Derekowi coraz mniej zaczynało się to podobać. Zaczął w pełni zdawać sobie sprawę z beznadziejnego położenia, w jakim się znalazł. Odpowiadało mu tylko echo. Gdy po pewnym czasie opadł z sił zachrypnięty, usłyszał trzask gałązki. Wstąpiła w niego nowa nadzieja. Ponowił nawoływania. Był już zmierzch i między drzewami kładła się mgła, więc stosunkowo późno zauważył zbliżającą się postać. Na jej widok ogromnie się uradował, zapominając nawet o towarzyszącym mu bólu. Zbliżający się mężczyzna miał na sobie podarte ubranie. Był wysoki, szczupły i miał długie włosy. Trudno było stwierdzić czy jest elfem, czy człowiekiem. Choć panujący mrok nie pozwalał Derekowi zobaczyć dokładnie twarzy przybysza, ujrzał w niej coś niepokojącego.

- Nie wiem kto cię tak urządził, ale z pewnością za tobą nie przepadał.- Słusznie zauważył przybysz, po czym zabrał się za przecinanie więzów.

- Owszem, też odniosłem takie wrażenie. -dziarsko odpowiedział bard.- Czy mógłbyś powiedzieć mi, przyjacielu, gdzie ja właściwie jestem?

- Dzień i noc pieszo od Khoridis.- mówiąc to, wędrowiec całkiem serio wskazał na północ. Derek wlepił tylko w niego wzrok i przełknął głośno ślinę.- Powinieneś się tam niezwłocznie udać. Nie jest tu bezpiecznie. Mimo, iż bardowi przeszedł po plecach dreszcz, do końca starał się zachować zimną krew:

- A ty kim jesteś, że włóczysz się w nocy po lesie, z dala od ludzkich siedzib? Łowcą wilkołaków?

- To nie jest śmieszne. -odparł śmiertelnie poważnie mężczyzna. -Niedługo zrobi się całkiem ciemno. Myślę, że powinieneś już iść.

– Myślałem, że pójdziemy razem.

– Idę w przeciwnym kierunku.

Derek, przed odejściem, rzucił jeszcze wzrokiem, na twarz oswobodziciela – nikłe światło rzucały na nią teraz gwiazdy. – Mężczyzna miał ostre rysy, krzaczaste brwi i tygodniowy zarost. Tylko tyle udało mu się zobaczyć. – Żegnaj dziwny przyjacielu!- Powiedział zupełnie szczerze, po czym udał się śpiesznie na północ. Nie chciał się nawet zastanawiać kim był ten człowiek.

Gdy tak szedł przez las, brodząc po kolana we mgle, przypominały mu się różne historie opowiadane w karczmach przez podchmielonych mieszczan. Nie chciał stać się bohaterem żadnej z nich. Upiory, wampiry, wiwrieny, ghule i inne „paskudztwa” napawały go lękiem. Nie miał broni, był potłuczony i miał skręconą rękę w łokciu. Gdy wróci, zemści się na Revinie i jego zbirach. Stopniowo robiło się coraz jaśniej. Derek spostrzegł, że wzeszedł księżyc. Ku jego przerażeniu był w pełni. Przynajmniej, tak mu się zdawało. Kolejny dzisiaj raz przeklął w myślach. Wtem, poczuł, że kopnął coś żywego, pod grubą warstwą mgły. W tym samym momencie to „coś”, zbiło go z nóg i zaraz potem wylądował na ściółce. Natrafił ręką na kij i błyskawicznie wstał. Jego ciało było napięte jak struna w lutni i w każdej chwili gotowe do odskoku. „Coś”, na szczęście, nie było mniej wystraszone niż Derek i uciekło obrzucając go ściółką. Bard odetchnął z ulgą. Niemniej jednak pozostał w stanie gotowości, z kijem w ręku. Przez głowę przemknęła mu myśl, że jeśli coś go nie rozszarpie, to umrze na zawał. Zaledwie kilka uderzeń serca później, usłyszał za sobą ryk. Obejrzał się, gwałtownie i zobaczył zbliżający się do niego, kształt. Sylwetka ta, była ludzkiej wysokości, raczej smukła, mocno zgarbiona i poruszała się niesamowicie płynnymi ruchami. Derek odniósł wrażenie, że czas zwalnia. Każdy włosek na jego ciele stanął dęba. Jego nogi znieruchomiały, jakby wrosły w ziemię. Poczuł, że dziwne ciepło spływa mu po udach. Kształt, podchodząc bliżej, stawał się coraz wyraźniejszy. Widać już było jego głowę. Była podobna do łba dużego wilka, jednak miała lekko spłaszczony pysk. W oczach odbijał się złowieszczo blask księżyca. Łapy były znacznie dłuższe od rąk ludzkich i wisiały luźno, kołysząc się w rytm kroków stwora. Nogi można by przyrównać do nóg człowieka, który chodzi na palcach, przy lekko zgiętych…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%