Fantasy · 19 min czytania
Bestia część 1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jego matka opuściła świat trosk i niesprawiedliwości, nim on się na nim pojawił. Była piękną kobietą, w sercu miała miejsce dla każdej żywej istoty, a uśmiechem zjednywała sobie nawet najbardziej oporną osobę. Kochano ją we wsi, której nazwy przytaczać nie potrzebuję – czytelnikowi wystarczy informacja, że była to wioska o rzut kamieniem od Lasu Diabelskiego Ziela, niewielka, ale i nie za mała, by w nie dalekiej przyszłości otrzymać prawa miejskie – kochano ją w rodzinie, ale najbardziej kochał ją jej mąż. Doskonały myśliwy, idealista, szlachetny człowiek, który nie wstydził się okazywać uczuć żonie, jak to wielu mężów miało w zwyczaju, dawał jej odczuć, że nie jest jego własnością i nadawał prawa, jakich kobieta nie mogła posiadać. Byli dobraną parą, którym do szczęścia brakowało tylko dziecka. Jednak los zażądał równorzędnej zapłaty za nowe życie. Pojawienie się Erazma nie spotkało się więc z reakcją, jaką, śmiem twierdzić, powinny wywoływać narodziny dziecka. Był normalnym chłopcem, różowym, tłuściutkim, ślicznym cherubinkiem, ze wszystkimi dwudziestoma paluszkami, a jednak nikt się nim nie zachwycał. Nikt nie cieszył się nowym istnieniem, skoro jedno właśnie się skończyło. Żadna osoba, snująca się po domu, mniej lub bardziej demonstrująca swoją żałobę po cudownej żonie Lotargiusa, nie ośmieliłaby się głośno powiedzieć, że dziecko przyczyniło się do śmierci matki, która zawsze była wątłego zdrowia, jednak te słowa wisiały ciężko w powietrzu. Kiedy służąca go umyła, a mamka nakarmiła własnym mlekiem, zaniesiono go do ciemnego pokoiku, i nikt już nie zaglądał do dziecka. Zajęto się zmarłą, jej zrozpaczonym mężem, zabrano skrwawione prześcieradła i materac, umyto podłogę. Sprowadzono mnicha, aby odprawił swoje rytuały i kilkoma pusto brzmiącymi słowami spróbował dać pociechę wdowcowi w bólu, o którym nie miał pojęcia. Zerknięcie na dębowe drzwi komnaty w końcu korytarza było jak wsuwanie igły pod paznokieć.
Lotargius nie oglądał syna do dnia pogrzebu. Nie czuł się na siłach, żeby go oglądać, nie mógł nawet o nim myśleć. Sypiał w jednym z kilku gościnnych pokojów; ilekroć zbliżył się do schodów wiodących na piętro, czuł, jakby jakiś zimny, niby palec śmierci trącał jego nerwy jak struny harfy. Spanie w łóżku, w którym cierpiała, a potem umarła jego żona, było dla niego niewyobrażalne. Zajrzał do komnaty syna dopiero wieczorem, po dwóch kęsach chleba na kolację, nadal mając na sobie pomięte już i pobrudzone winem ubranie z pogrzebu. Idąc korytarzem, ledwie poruszał nogami, ciążyły mu jak ołów, a serce dudniło tak głośno, że musiano słyszeć je w całym domu. Nacisnął klamkę, zaczerpnął głęboko tchu i wszedł do pokoju, który Liliana długo przygotowywała. Skąpe światło emanowało z samotnej świecy, stojącej w lichtarzu na okrągłym stoliku. Na środku pokoju stała kołyska, w której i on spał dawno temu. Mężczyzna tkwił w progu długie sekundy zanim do niej podszedł. Łzy mąciły mu wzrok. Wytarł twarz rękawem koszuli i przeciął pokój. Stanął nad bujanym łóżeczkiem. Patrzył na uśpioną, spokojną twarz swojego syna. To było najpiękniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widział. Dziecko jego i Liliany. Owoc ich miłości. Ogarnęło go przyjemne uczucie ciepła. Westchnął i zmierzwił dłonią swoją miodową czuprynę, aż nastroszyła się jak lwia grzywa. Miał trzydzieści dwa lata i był przeciętnym z urody mężczyzną nie skupionym na swojej powierzchowności, trochę nieśmiałym i popadającym w zażenowanie, gdy żona komplementowała jego aparycję. Zorientował się, że noworodek patrzy na niego ciekawie. Obaj przyglądali się sobie w półmroku. Lotargius próbował dostrzec podobieństwo do siebie lub Liliany, ale dziecko wydawało się nie posiadać żadnych cech jego ukochanej żony, a do niego już w ogóle nie było podobne. Było tylko jeszcze jednym małym człowiekiem. Dziecko zajęczało. Mężczyzna sądził, że chłopiec się rozpłacze i zaczęła go ogarniać panika, ale Erazm nie odezwał się więcej. Nadal jakby przyglądał się ojcu z zainteresowaniem. Lotargius miał ochotę przesunąć opuszką palca po policzku chłopca, ale zaraz odsunął od siebie tę myśl, to mogło go wystraszyć i mógł zacząć płakać. Jednego z najdzielniejszych mężów w wiosce przerażała możliwość wybuchu płaczu u swojego syna, musiałby wtedy wziąć go na ręce, uspokoić, a czuł się dziwnie niezdolny do tego. Przesunął dłonią po brzegu kołyski, w dalszym ciągu przypatrując się tłuściutkiemu noworodkowi, małym, dziecinnym usteczkom, noskowi, oczom, których koloru nie mógł poznać w tym świetle. Meszek na główce musiał być miły w dotyku. Dziecko leżało owinięte ciasno w kocyku, bezbronne i Lotargius znów poczuł potrzebę dotknięcia go, chronienia. Myśl, że mógłby wziąć syna w ramiona, wypłoszyła go z komnaty. *** Erazm rozwijał się tak, jak powinien. W pierwszych miesiącach życia nie sprawiał nikomu problemów. Służąca Gitylda twierdziła, że to najgrzeczniejsze dziecko z jakim miała do czynienia, a w swoim życiu widziała ich wiele. Mamka była zadowolona, że nie jest żarłoczne. Płakało tylko, gdy było głodne lub miało mokro w pieluszce. Nie chorowało, nie miewało kolek, często więc o nim zapominano, gdy o nic nie wołało. Lotargius rzadko widywał syna, pytał o niego opiekujących się nim kobiet. Nie odczuwał potrzeby zbliżania się do niego, nie nawiązała się między nimi żadna więź. Był dzieckiem jego i Liliany, powtarzał to sobie, ale nie czuł się z nim związany. Miał niewiele wolnego czasu, jego wioska potrzebowała go bardziej niż jego na przemian śpiący, jedzący i wypróżniający się syn. Było dobrze tak, jak było: Erazm leżał w swoim pokoju, a jego potrzeby spełniały powołane do tego kobiety. Lotargius nie chciał sobie wyobrażać co będzie, gdy jego własne – obce dziecko podrośnie i będzie go pełno w całym domu, będzie domagało się uwagi swojego ojca. W momentach, gdy nachodziła go ta myśl, panika ściskała go za gardło. Pragnął, by pozostało cały czas w swoim pokoju, odcięte od niego, niepotrzebujące go, aby nigdy nie dorosło. Jednak ono rosło, z każdym miesiącem przybierało na wadze. Nieuchronnie zbliżała się chwila, kiedy postawi pierwsze kroki. Cieszył się, że Gitylda wyręcza go we wszystkich sprawach dotyczących dziecka, wiedział, że kobieta traktuje jego syna jak własnego, a malec się do niej przyzwyczaił. Nigdy nie wyrzucała mu jego oziębłości wobec Erazma ani ogromnych ilości alkoholu jakie Lotargius pochłaniał, aż do pewnej wrześniowej niedzieli. Cały dzień kręciła się osowiała po domu, co chwila wzdychała albo zawieszała na nim wzrok. Kiedy usiadła naprzeciwko niego w fotelu, podparła twarz rękami i gapiła się w dywan jak sroka w gnat, Lotargius nie wytrzymał. – Nad czym to tak dumasz? – Wypuścił kłęby dymu. Kobieta poderwała głowę, jednak długo nie odpowiadała. – Wie pan, że Erazm potrafi już siedzieć dłuższy czas bez podpierania? – Nie – odpowiedział ostrożnie. Popatrzył na sługę z uwagą. – Wie pan, że gaworzy, gdy wchodzę, że śmieje się, gdy mu śpiewam, że raczkuje po całej komnacie i sprawia mu to uciechę? – Do czego zmierzasz? – Odjął cygaro od ust i zmierzył ją wzrokiem. – Ja? Do niczego. Nuta ironii w jej głosie wystarczyła, by ogarnęła go fala gniewu. Zdusił cygaro w popielniczce i wymaszerował z bawialni.
Kiedy wspinał się po drewnianych schodach, czuł się dziwnie ociężały. Wszyscy krytykowali go i doradzali. Kim byli, żeby się wtrącać? To było jego życie i mógł z nim zrobić co chciał. Nikt nie rozumiał albo nie chciał zrozumieć co on przeżywał. Minęły miesiące od śmierci Liliany, ale miał wrażenie, że odeszła zaledwie wczoraj. Ból wcale się nie zmniejszył, a dom pełen był wspomnień, czuć w nim było obecność Lilki, jakby niedawno przechadzała się, wchodziła po tych schodach, pozostawiając za sobą zapach swojej wody różanej. Często, gdy wchodził do bawialni, miał wrażenie, że ona przed chwilą tam była, mijał się z nią, nie miał szczęścia jej spotkać. Miejsce, w którym zazwyczaj siadywała na ławie było ciepłe, jakby siedziała tam niedawno. Stale czuł jej zapach. Nie mógł się od niej uwolnić i sam nie wiedział czy chce, aby jej duch bezpowrotnie go opuścił. Ruszył korytarzem, który dzisiaj zdawał się dłuższy niż zwykle. Lotargius stawiał kolejne kroki, ale one wcale wydawały się go nie zbliżać do pokoju Erazma. Miał wrażenie, jakby szedł już długie minuty, a kiedy miał dosięgnąć klamki, drzwi się oddalały. Czoło zroszył mu pot. Zrobiło się nagle gorąco. Gdy wreszcie dopadł drzwi, był zmęczony, oddychał spazmatycznie, jakby rzeczywiście pokonał długą drogę. Położył dłoń na klamce i wtedy usłyszał wysoki dźwięk, który sprawił, że mrówki przebiegły mu po plecach – Erazm płakał. Lotargius odsunął się od drzwi spłoszony. Serce waliło mu werblem. Wrzask niemowlęcia zdawał się coraz głośniejszy, był wręcz bolesny dla uszu. Już miał schronić się przed tym okropnym hałasem w swojej komnacie, ale wtedy nieoczekiwanie poczuł coś nieokreślonego w okolicy, gdzie kiedyś było jego serce, a teraz ziała pustka. Cały ciężar, jaki odczuwał na plecach, zniknął, zamiast niego poczuł odwagę. Pchnął drzwi i wszedł do środka. Erazm krzyczał żałośnie. Ojciec podszedł do kołyski i nachylił się nad nim. Dziecko miało niezadowoloną minkę