filozofia · 47 min czytania
Beton
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
BETON
I Przemykał niezauważony, w niekończącym się labiryncie betonowych ulic swojego więzienia zbudowanego na długo jeszcze za nim on stał się jego więźniem. Za każdym razem gdy za kolejnym odrapanym, kruszącym się rogiem, zamiast drogi wyjścia odnajdywał szarą (znów beznadziejnie plątającą się w kotłujący głąb ulic i zgiełku) więzienną rzeczywistość, zadawał sobie w duchu pytanie, kiedy, czym właściwie, zasłużył sobie na tą karę. Czy jeszcze przed swoim narodzeniem, ale jak to możliwe (co właściwie jest i co było możliwe w tym świece którego zasad wciąż nie mógł zrozumieć). Tyle (jak mu się zdawało) już lat beznadziejnie błąkał się po tym betonowym kolosie, nie odnajdując w nim nawet śladu konsekwencji swojego przewinienia. Śladu, który pomogły by mu dostrzec sens swojej kary, zadośćuczynienie, które sprawi, że ona wreszcie się skończy. Nie odnajdywał również w sobie żadnego poczucia winy. W czarnym prochowym płaszczu, z kapturem głęboko nasadzonym na twarz (przysłaniającym wciąż oszołomiony, rozkojarzony, zakłopotany, wpatrzony w ziemie wzrok), przemykał niezauważony. Ogłuszający gwar więziennych ulic był w gruncie rzeczy równie pusty i jałowy jak otaczające go betonowe konstrukcje. Choć wydawało się, że wydostawał się z niezliczonej ilości niecierpliwych gardeł, przekonanych absolutnie o wadze i trafności wypowiedzianych przez siebie słów, naprawdę nie wypływała z nich nawet najmniej prawdziwie ważna informacja. Utrudniał tylko możliwość koncentracji i próby odnalezienia siebie w tym szarym świecie. Przemykał niezauważony, przygnieciony nieustającym poczuciem piętnującej obserwacji. Czuł na sobie ciężar ciekawskich oczu usiłujących niemal przeszyć go na wylot (tak blisko). Przełamując po raz kolejny strach podnosił wzrok, jego rozbiegane, zmęczone oczy zaczerpnęły na chwile powietrza odrywając się od chodnikowego taśmociągu, aby po raz kolejny dostrzec tylko absolutną, szarą, obojętność, mijającą go w pośpiechu, bełkoczącą coś niezrozumiale, wpatrzoną gdzieś nieobecnym wzrokiem. Poczucie jednak go nie opuszczało i wciąż pasło się jak jakieś swędzące miejsce na plecach, w które nie możesz się podrapać. Raz ( może zebrał w sobie więcej odwagi) spojrzał trochę wyżej. Dostrzegł puste czarne okna szarych pękających kamienic, może to właśnie stamtąd go obserwowano. Nie odnalazł jednak żadnych drzwi wejściowych(żałosny żart pijanego architekta), były tylko okna, do złudzenia przypominające oczodoły pustych betonowych czerepów, osadzone jednak zbyt wysoko aby mógł przez nie dostać się do środka.Wciąż przemykał niezauważony brnąc w czarno-szarej, mokrej ,brudnej, śnieżnej breji. Mijając wciąż kolejne miejsca(ulice, place, ukryte w cieniu podwórka), nie mógł pozbyć się uczucia, że już kiedyś tędy przechodził( nie raz lecz setki). Zamykał wtedy oczy i próbował odtworzyć w wyobraźni obraz otaczającego miejsca, zawsze coś się jednak nie zgadzało. Zupełnie jakby elementy miejsca żyły i poruszały się względem siebie pod jego nieobecność, lecz kiedy wkraczał między nie on nagle zamierały w bezruchu, tworząc tak bardzo znajomy a jednak zupełnie obcy betonowy pejzaż ( a może wszystko po prostu było do siebie tak beznadziejnie podobne). Od jakiegoś czasu( no właśnie ile to już trwało) nie spotykał miejsc, które wydawałby się zupełnie obce(nie znajdował żadnych nowych elementów, a może nie był w stanie już ich dostrzec), lecz póki co nie przyjmował do siebie myśli, że zwiedził już każdy zakamarek swojego więzienia. Wciąż nie mógł pozbyć się przejmującego uczucia podniecenia gdy kolejny kawał szarego świata wyłaniał się za kolejnego szarego rogu, kolejne rozczarowania póki co nie były w stanie zabić tego dziwnego uczucia(które właściwie nie wiadomo czym się żywiło), sam tego nie rozumiał, lecz póki co nie potrafił stracić nadziei. II Minął kolejny róg, przechodząc przez niewielki placyk (tak na pewno już tu kiedyś był), ten dziwny świeży i suchy za razem zapach, niewielka pokraczna fontanna, z której nigdy nie wypłynęła nawet kropla wody.... Otworzył oczy, ale tu nie było żadnej fontanny, na jej miejscu stał pomnik. Przedstawiał pokurczoną groteskową postać z dziwacznym, wykutym wyrazem twarzy. Oczy wytrzeszczone do granic wytrzymałości, zaciśnięte kurczowo zęby (wydawało się że zaraz nie wytrzymają nacisku i pękną) zastygły w grymasie, który mógł równocześnie przedstawiać jakieś straszne cierpienie, szaleńczą wesołość, ekstazę, niemą kontemplacje. "To chyba jakiś Błazen" było pierwszym co przyszło mu do głowy, choć jego strój zupełnie nie przypominał odzienia cyrkowego komedianta. Właściwie nie można było wyodrębnić żadnego jego elementu jak spodnie czy bluza, nie było guzików, suwaków, krawata, jedyne co przekonało że postać ma w ogóle jakiś strój byłe jego liczne zmarszczki i fałdy (wydawało się nawet, że jest ich zdecydowanie zbyt dużo zupełnie jakby kamienny strój zastygł łopocząc na wietrze) delikatnie rzeźbione w kamieniu. Postać zastygła w dziwacznej pozycji człowieka, który ostatkiem sił oparł się o niewidzialną ścianę, lecz nagle ręce i nogi odmówiły posłuszeństwa i zaczął osuwać się w dół. Wprost na stający tuż pod nim tłum ludzi. Jednak niewielka gromadka gapiów kompletnie nie zwracała uwagi na kamienną postać(coś innego skradło ich uwagę). Od razu dostrzegł wśród nich jakieś poruszenie, z ich twarzy zginęła gdzieś obojętność, w oczach pojawił się błysk ciekawości. Skupieni w gęstą masę przygarbionych zmęczonych ludzkich ciał, ciasnym kręgiem(jak gdyby bali się, że zaraz ktoś im go odbierze lub sam zaraz zniknie)otoczyli przedmiot swojej fascynacji, tak że nie był w stanie dostrzec, kogoś lub czegoś co wywołało tak wielkie poruszenie. Podszedł bliżej, coś usłyszał jakby jakiś skrzeczący, podniecony głos na tle monotonnej wibrującej muzyki, było to jednak przytłumione wygłuszone, niewyraźne zupełnie jakby zafascynowany tłumek nie tylko szczelnie zasłonił dla obcych oczu to co działo się na środku, ale także skutecznie wyłapywał wszelkie dźwięki rozgrywającego się miedzy nimi przedstawienia. Spróbował przecisnąć się przez tłum, jednak bezskutecznie szukał jakieś luki pośród ściśniętych niemal w jednolity ludzki mur gapiów. Nie rezygnował czuł, że koniecznie musi to zobaczyć, postanowił że wespnie się na pomnik. Wspinaczka okazała się całkiem łatwym zadaniem, dzięki licznym kamiennym fałdom (które stały się teraz znakomitymi chwytami). Szybko wdrapał się i usadowił na przygarbionych plecach kamiennego jegomościa. Spojrzał w dół, z tej perspektywy jego wzrok i słuch z łatwością przeskoczyły mur widzów aby odkryć to co przed chwilą wydawało się tak pilnie strzeżone. W centralnym miejscu zbiorowiska, odgrodzony od reszty nie wielką przestrzenią swobody, stał niski przygarbiony Żyd i grał na katarynce. Ubrany w czarny oblepiony kurzem fartuch, postrzępiony czarny kapelusz i skórzane sandały, które ginęły gdzieś wraz ze stopami w brunatnych resztkach śniegu. Jego oczy schowały się za ciemnymi okularami, jego usta zaszyły się w gęstej czarnej brodzie, jedynie jego duży orli nos( z którego raz po raz kapało coś na śnieg) wysforował się na pierwszy plan i tylko z niego( o ile ktoś potrafił) można było odczytać jakieś emocje. Przy cichym monotonie skrzypiącym akompaniamencie katarynki , przy wtórujących popiskiwaniach, podskakującej, ubranej w kolorowe ubranko małpki Żyd przemawiał spokojnym niskim głosem.... Wtedy po raz kolejny pomyślałem "to już koniec", moje marne plugawe życie nareszcie dobiegało końca, mówiłem to śmiejąc się, nie był to jednak szczery śmiech (raczej szydziłem z samego siebie) bo i doprawdy śmiać się nie było z czego. Moje życie do tamtej chwili było kurewsko nijakie. Więc kiedy Śmierć stanęła przede mną, nie zrobiła tego nawet zbyt gwałtownie czy okazale, nie wyskoczyła nagle za zza jakiegoś mrocznego zaułka, nie zaskoczyła mnie (może w gruncie rzeczy sam na nią trochę czkałem, czekałem na jakąś odmianę, choćby miała by to być ostatnia rzecz w moim życiu). Przeciwnie podeszła wolno flegmatycznie i spojrzała na mnie ze znudzeniem, zupełnie jakby chciała powiedzieć -No dobra stary capie, doczekałeś się w końcu, tak to ja jestem tą przed która w dzieciństwie srałeś w gacie ze strachu, a i pewnie dzisiaj od czasu do czasu zdarza ci zeszczać. No dobra, żałosny obesrańcu, ten drąg z kawałkiem metalu na końcu, który widzisz w mojej ręce to moje legendarne narzędzie pracy. Położę ją teraz na ziemi a ty bądź tak dobry i sam obetnij sobie swój głupi łeb, albo wbij sobie w żołądek gdybyś chciał robić za męczennika, aczkolwiek ta rola jest już mocno obsadzona. Bo doprawdy nie chcę mi się na ciebie nawet ręki podnosić, żałosne obsrane, rozlazłe jak gówno na deszczu ścierwo. I chociaż w gruncie rzeczy nie powiedział ani słowa, kosa rzeczywiście wypadła z jej ręki. Po chwili jednak sama śmierć zachwiała się na nogach i kląć coś niewyraźnie, zatoczyła się i wpadła głową na ścianę. Rozległ się nieprzyjemny klekoczący dźwięk grzechoczących kości. Śmierć wylądowała bezpiecznie na swoim kościstym tyłku. Ale pozycja jaką obecnie zajmowała dawała jej raczej nikłe szanse na wstanie o własnych siłach. " Kurwa" powiedziała z rozbrajającą szczerością, Chciała splunąć ze złości, ale ogromna flegma, którą zebrała w ustach złośliwie, zamiast z efektownie rozbryzgnąć się na murze z perfidnym mlaśnięciem wylądowała na jej wątłej piersi. "Kurwa" zajęczała śmierć z rozpaczą, rozcierając w palcach pożółkłą ślinę. Po chwili jej czarne głębokie oczy ogarnęła mgła nieświadomości, komiczny wyraz twarzy osunął się po murze na bruk i ułożył jej głowę na krawężniku. - Kochanie gdzie jesteś?! słonko!- Nagle usłyszałem z za rogu przeraźliwie zachrypnięty głos, który wyraźnie zbliżał się do mnie. - Gdzie jesteś moja koścista duszyczko, o poczekaj jak cię znajdę, wzniesiemy się na pikantny pagórek rozkoszy, z którego jak się później (rano) stoczymy to nieźle poobijamy sobie dupska ha ha ha" głos był coraz bliżej. - A tu jesteś moja ty królowo upojnych krwawych nocy. Olbrzymia ciemna postać wychyliła się nagle z za rogu, olbrzym gigantycznym gabarytem swojego ciała całkowicie przysłonił cale światło, które wątłe, chuderlawe i blade odważyło się opromienić tą mrożącą krew w żyłach scenę. Ciemniejszy od bezksiężycowej nocy kształt wśród którego migotały, tkwiły beznamiętne żółte ślepia, powoli nachylił się i delikatnie uniósł klekoczące ciało. - No co to się stało mojej Kruszynce, mam nadzieję że niczego sobie nie potłukłaś i pofiglujemy sobie razem przez resztę nocy. - Puść mnie Teofil muszę temu zasrańcowi uciąć łeb- zabełkotała śmierć. - Albo lepiej sam rozpłataj tego chłystka na dwa niekoniecznie równe ochłapy, tak, tak zrób to Teofil. Nagle żółte ślepia zwróciły się w moim kierunku, dałbym słowo, że dostrzegłem marszczące się brwi na tej najczarniejszej z czarnych plam, uwierzcie, że konałem w tedy ze strachu. - Daj spokój Kruszynko, nie zaczynaj od nowa, przecież dobrze wiesz, że postanowiłem już więcej tego nie robić. Chce wreszcie odpocząć, choć malutka mam jeszcze całkiem pokaźną flaszeczkę, zobaczysz jeszcze jak będzie pięknie tej nocy. Z resztą nie oszukujmy się Kostuszko z nas obojga wypływa siła jak z dziurawego naczynia szybko i nieodwracalnie, my po prostu kończymy się, więc proszę spędź ze mną te ostatnie chwile na czymś co jest warte ostatnich chwil, proszę odpocznij, odpocznij razem ze mną. - Nie Teofil ja nie mego tego tak zostawić, ja muszę...- chlipała przez łzy Śmierć- choćby kurwa samym trzonkiem, choćby...- ja będę do końca... - Daj spokój Kostuszko to wszystko niewarte jest twoich łez, weź się w garść, mam jeszcze flaszkę jeszcze będzie dobrze. - Masz racje Teofil to nie jest tego warte, jesteśmy po prostu na tego gówna za dobrzy, ale temu obsrańcowi nie mogę odpuścić, za dużo głupek zobaczył. Nagle Śmierć poderwała się na nogi, kosa błyskawicznie wślizgnęła się do jej ręki. Poczułem na raz, jak kościste palce zaszyły się w mojej brodzie a czarne głębokie oczy wpatrują się wprost w moją duszę. Wszystko zmarło w lodowato- cichej chwili, ogarnął mnie przenikliwy chłód strachu i wyczekiwania. -Zapamiętaj sobie obesrańcu co ci teraz powiem -szepnęła śmierć prosto do mego ucha- zapamiętaj sobie co mówi do ciebie królowa życia i śmierci, zapamiętaj i traktuj to jako najcenniejszą, bezinteresowną radę, która na zawsze zmieni twoje puste, gówniane życie. Zapamiętaj wyszeptała... zamarłem przerażony, ostatnią obraz jaki pamiętam to kłąb pary wydobywających się z pomiędzy wąskich, blado-różowych, śmiertelnych warg... nagle moją twarz zalała ciepło- kwaśna fala. Gdy po chwili doszedłem do siebie przyłapałem się na tym że desperacko ścieram z twarzy lepkie, cuchnące wymiociny. - Kurwa ona się na mnie zeżygała- mąciło mi się w głowie. - Ale co to właściwie znaczy, czy to w ogóle ma coś znaczyć- głośno myślałem rozgorączkowany, drżący głosem, wciąż nerwowymi ruchami ścierając z twarzy wymiociny, które już dawno z niej zniknęły razem z kwaśnym odorem, Teofilem i samą Śmiercią. Początkowo nie rozumiałem. Zacząłem się zastanawiać, czy czasem to wszystko mi się po prostu nie przywidziało, w kolejnym pijackim amoku...- opowiadał dalej Żyd przestępując nerwowo z nogi na nogę zupełnie nie w rytm muzyki. Jednak po jakimś czasie kiedy udało mi się uspokoić, zacząłem rozumieć. Za każdym razem gdy w powietrzu unosił się kwaśny smak wymiocin i alkoholu przenikał mnie jakiś dziwny uczucie. Coś łomotało się w mojej głowie, czułem jakby ONA zbliżała się do mnie( była blisko) mówiła do mnie znowu, lub przypominało mi się to co powiedziała kiedyś. Wśród kwaśnego odoru żygowin. - Widzisz tak właśnie wygląda wasz wymarzony porządek świata, jest tak logiczny, poukładany i przyjacielski jak żygająca na ciebie pijana, umierająca śmierć. Jest równie poukładany i przewidywalny jak rynsztok niosący ze sobą tony gówna i ścieków. Możesz albo płynąc z jego osranym, cuchnącym nurtem, albo walczyć i szukać w nim "czegoś". Z ustami wypełnionymi szlamem, przesiąknięty odorem odchodów do cna, udawać że to cię nie obchodzi, że jesteś w stanie wznieść się ponad to, nauczyć się nie dostrzegać swojej żałosnej pozycji i poszukiwać czegoś co utwierdzi cię w przekonaniu , że to co robisz ma sens. Bo przecież tu musi być coś jakiś sens, a doszedłeś do tego wniosku dzięki temu, że kilka płynących stolców na chwilę ułożyło się w przypominający coś kształt, całość. Nie wiesz dokładnie co bo i też zupełnie nie wiesz czego szukasz, nawet nie jesteś sobie w stanie tego wyobrazić, bo przez całe swoje życie widziałeś tylko rynsztok. Kierujesz się intuicją i nadzieją, które czasem ciążą jak ołów, wciągają cię głęboko aż po samo dno gdzie znów, czasem bez powietrza w płucach bardziej walczysz o życie niż czegoś szukasz. Ale (jak sądzę) nawet to jest lepsze niż bierny dryf...Tak mówiła do mnie poprzez odór żygowin, tak babrając się w ich smrodzie, pijany poznawałem sens życia... Nagle coś głucho trzasnęło w katarynce, ręka Żyda, która kręciła korbką zatrzymała się. Na jego twarzy pojawił się grymas wysiłku, widać było że koniecznie chciał wykonać choćby jeszcze kilka obrotów, powiedzieć jeszcze kilka słów, w rytm monotonie skrzeczącej muzyki, ale z jakiegoś powodu (lub zupełnie bez niego) instrument nagle zaniemówił, pozostawiając historię niedokończoną. Ciemne okulary spadły z wielkiego zakatarzonego nosa i utonęły gdzieś w brunatnym śniegu. Wysiłek na twarzy Żyda zmienił się w niemą rozpacz. Przekrwione załzawione oczy błagalnie wpatrywały się w martwy mechanizm. Ręka gorączkowo jeszcze kilkakrotnie szarpnęła za korbkę, bez przekonania, bez nadziei, wyszeptał jeszcze. -Lub to wszystko po prostu mi się przywidziało... mój Boże NIE! Milcząca katarynka trzasnęła łamiąc się jedyną podpierającą nogą. Przemarznięte zrezygnowane ręce nie były w stanie utrzymać instrumentu. Małpka w ostatniej chwili uskoczyła przed roztrzaskującym się mechanizmem i z przeraźliwym piskiem zniknęła gdzieś wśród tłumu gapiów, powoli rozchodzącym się, nie czekając na ostatnie słowo historii, które miały nigdy nie zostać powiedziane. Po chwili wśród tłumu zniknął także(w ciąż tak bardzo zakłopotany i bezradny)stary Żyd. Pozostała tylko roztrzaskana katarynka. Zniszczony mechanizm świecił jeszcze blaskiem złotego trybika, który wyskoczył gdzieś z jego wnętrza. Za nim wszystkiego nie przykrył coraz gęściej padający śnieg... ostatni element kształtu rozmył się w białej obojętności. Najszybciej jak tylko mógł zszedł z pomnika, podbiegł do miejsca gdzie jeszcze przed chwilą wdział katarynkę. Wbił ręce w kopiaty puch, wyciągnął z pod śniegu złoty trybik, przez chwilę przyglądał się jak na wyciągniętej do nieba dłoni topnieją na nim płatki padającego śniegu, po czym szybko włoży go do kieszeni.
III Zapadał zmierz, to dziwne ale nigdy wcześniej nie pamiętał nocy w betonowym mieście. Zupełni jakby wędrując nagle zasypiał i po jakimś czasie budził (choć mogło to trwać mrugnięcie oka) wciąż wędrując, w głąb niekończącej się szarej rzeczywistości o nieokreślonej, zachmurzonej porze dnia. Zapadał zmierzch, robiło się coraz ciemniej, ulice pustoszały, wszechobecny jazgot huczał jeszcze głucho wśród betonowych konstrukcji, lecz było to już tylko echo dźwięku oddalającego się z każdą chwilą coraz bardziej i bardziej.... Ciemność i cisza doświadczał tego po raz pierwszy, lub po prostu nie pamiętał... Nastała noc, chociaż na niebie nie pojawił się księżyc ani gwiazdy, niebo podświetlała jakaś blada łuna. Prócz tego nic więcej nie nadawało blasku betonowym ulicom. Na wpół po omacku wślizgnął się przez wąską bramę na małe ciasne podwórko(dlaczego akurat tu). Ciemność uniemożliwiała dalszą podróż, pomyślał, że może spróbuje przespać się tutaj. Był bardzo ciekaw snu, bardzo chciał wreszcie doświadczyć czegoś innego (dostrzec jakieś inne barwy), chciał w ten sposób choć na chwilę się stąd wyrwać, nie zważając na to, że co to tam zobaczy będzie tak inne, piękne, zachwycające, że nie będzie już potrafił wrócić, z podniebnych sennych dryfów, z powrotem przykuć się do betonowych murów bezcelu, odbierze mu siły na dalsze poszukiwania. Lub to co zobaczy za granicą świadomości, będzie tylko zlepkiem obrazów z szarego więzienia. Nie zważał na to, może po prostu miał nadzieję, że już się więcej nie obudzi. Podwórko było ciasne i bardzo ciemne, spojrzał w górę, z każdej strony otaczały go czarne, wyjątkowo wysokie kamienice. Tu w ciemnościach robiły wrażenie przechylonych, groteskowo ponaciąganych, ich dachy rozmywały się na tle nocnego nieba tworząc iluzje zamkniętej, czarnej kopuły. Nagle gdzieś w rogu podwórka rozbłysło światło. W blasku płonącej metalowej beczki dostrzegł rozmazaną ludzką postać. Poczuł strach a za razem podniecenie, po raz pierwszy coś naprawdę go zaskoczyło, wstrząsnęło (fantastyczne uczucie). Długo się nie wahał, z przyspieszonym oddechem, spokojnym krokiem ruszył w kierunku światła. Gdy podszedł bliżej postać obróciła się gwałtownie w jego stronę. - A to ty, czekałam na ciebie, miałam nadzieję, że przyjdziesz- w blasku płomieni zaczął dostrzegać rysy jej twarzy, schowane, choć nie dosyć szczelnie w cieniu płytkiego kaptura. - Widziałam cię jak łaziłeś po tym pomniku, cholera musisz mieć nieźle napieprzone do głowy, ale to dobrze bez tego nie sposób tu wytrzymać- na chwilę posmutniała. Krótka (blond a może ruda) grzywka opadała jej na czoło, niewiele dalej poza jej granicą spoglądały na niego ciemno - niebieskie oczy, w ich blasku czaiło się coś więcej niż tylko odbicie płomienia z beczki. Malutki nieco perkaty nosek, nieco pucułowate piegowate policzki i duże czerwone usta, na których znowu pojawił się szeroki uśmiech, odsłaniając duże białe zęby. - Od razu pomyślałam sobie, cholera z tym wariatem jest szansa nareszcie się stąd wyrwać. Chciał coś powiedzieć ale właściwie nie wiedział co, jak, na dobrą sprawę nie pamiętał już kiedy do kogoś się tu odezwał, nie pamiętał jak brzmi jego głos. Szturchnęła go w ramie - Cholera naprawdę jesteś nieźle odkręcony, no przestań się tak dziwnie nam mnie gapić, słuchaj dzięki tobie wpadłam na świetny pomysł, cholera, że też nie wymyśliłam tego wcześniej, ale z drugiej strony w dwójkę to będzie DUŻO LEPSZA AKCJA!!! Ostatnie słowa dziewczyny huknęły w jego głowie jak wybuch. W jednej chwili jego słuch wyostrzył się, zupełnie jakby uszy były wcześniej zapchane watom. Usłyszał szumiący w wśród betonu wiatr, poczuł na ciele jego chłodny powiew. Zaczął na raz lepiej widzieć, w świetle ognia, wśród czadzącego dymu na betonowej ścianie dostrzegł ślady jakiegoś prymitywnego graffiti. Poczuł smród palącej się opony. Zupełnie jakby wyrwał się z jakiegoś izolującego go wyciszającego wszystko, przezroczystego, gumowatego kondona . Wciągnął głęboko powietrze w płuca, zachłysnął się dymem "Kurwa" wykrztusił dławiąc się i kaszląc z oczu popłynęły mu łzy. - No na reszcie mówisz jak człowiek- roześmiała się dziewczyna. - Słuchaj, teraz, w końcu otwiera się przed nami szansa, wydostania się, wniesienia ponad to, widzisz to światło w oknach, możemy się tam dostać, wspiąć się łapiesz? w reszcie dowiedzieć się co tam cholera tak błyszczy. Spojrzał w stronę okna, rzeczywiście co jakiś czas pojawiało się tam błysk bladego światła. - Jak jakaś pieprzona latarnia morska , daje nam znaki żeby się do niej dotrzeć, na nią się kierować, czujesz to? Jej palce zacisnęły się w szpon, jeszcze przez chwilę patrzyła na tak groteskowo ułożoną dłoń, jakby jeszcze chwile... wahając się... by zaraz wbić ją w betonowy mur, w powietrzu uniósł się kurz, suchy zapach kruszonej ściany. - Spójrz- powiedziała ze łzami w oczach, łamiącym się głosem dławiąc ból, spójrz on się kurwa kruszy, ten świat... jego pieprzona betonowa skorupa kruszy się , musimy ją przełamać, musimy dostać się do jego serca i wyszarpać z niego prawdę, musimy się wspinać, dotrzeć do tego pieprzonego światła.... bo ja tu nie wytrzymam dłużej.... Upadła na kolana wyciągnęła przed siebie zaciśniętą w pięść zakrwawioną dłoń, otworzyła ją ze środka wysypały się resztki gruzu, dłoń opadła na ziemie, krew zaczęła mieszać się z kurzem. - Boże- powiedziała -Boże jak to boli. Ukląkł przy niej, delikatnie objął ramieniem. - Cicho malutka- wyszeptał -cicho wejdziemy tam obiecuję Ci. Po chwili poczuł jak zasypia w jego ramionach(fantastyczne uczcie) oparł plecy i głowę o ścianę, w której przed chwilą wyrwała dziurę i w ciszy obserwował światło migające w rytmie jej oddechu. Sam nie mógł zasnąć, był ciekaw o czym śniła ona. Wpatrzony, wciąż w migające światło oczekiwał nadejścia dnia, oczekiwał aż ona się obudzi. W jednej chwili uleciała gdzieś fascynacja snem i nocą. Po raz pierwszy pojawił się przed nim jasny sprecyzowany cel "dostać się do okna, do środka, poprowadzić tam ją", już nie "kluczenie i poszukiwania nie wiadomo czego... wyjścia" - Już wkrótce tam będziemy- wyszeptał jej do ucha i zawiesił na szyi złoty trybik na sznurku -to na szczęście, właściwie jedyna cenna rzecz jaką mam. Wpatrzony wciąż w migające światło oczekiwał nadejścia dnia, aż znów nastanie pochmurny, hałaśliwy i zimny i będzie tak trwał nie zmieniony aż do nadejścia kolejnej nocy. "Ciekawe jak długo to będzie trwało" -pomyślał. "Do tego czasu powinni już być dawno w środku". Otworzył oczy, nocny świat zaczynał się rozmywać, czarną plamę nieba przebijały delikatne świetlne rysy, jakby ktoś przecinał nocną skorupę nożem. Z nieba sączył się łagodnie deszcz brunatnych kropel( jakby noc rozmywała się i spływała na betonowe miasto) robiło się coraz jaśniej. Zebrał kilka kropel w wyciągnięte dłonie i obmył sobie twarz, zmęczone zaspane oczy, czy to możliwe, że zdrzemnął