Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Pisarstwo · 19 min czytania

Bez niego

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Sama już nie wiem co powiedzieć. To wszystko moja wina. Albo i nie. Tak naprawdę ’to wszystko’ wyjaśni się dopiero po latach. Wielu latach pogrążonych w cierpieniu i walce z własnymi uczuciami. Któregoś dnia, zaczepi mnie on prawie na ulicy, gdzieś wśród ludzi a jednak poza nimi, by wyznać, że tęskni.

Tęsknić za mną. Przecież tyle złego wam wszystkim wyrządziłam. Odeszłam.

~*~

Jestem trochę jak ten kotek w studni, który nie mógł się powstrzymać by do niej nie wleźć.

Ciekawska.

Nawet w snach najczęściej szłam w nieznane, ścieżką, która sama się zmieniała pod moimi stopami.

Ta cecha charakteru od zawsze we mnie rosła i z wiekiem tylko się wzmacniała, nie podejrzewałam zatem, że kiedyś ona tak po prostu minie.

Jestem nawet bardzo jak ten kotek w studni. Na przegranej pozycji.

Wpadłam po uszy, i już nie pamiętam od kiedy się motam bez skutku. Chyba czas odpuścić, i tak nie czuję rąk. Żadnych.

~*~

On mnie nie kocha. Też mi odkrycie.

No, nie kocha mnie. Nie musi przecież, jest obcą osobą, czemu miałby cokolwiek do mnie czuć.

A te słowa? Cóż mogły... Jedynie przeciągały termin mojego odejścia. Na słowach popłynął ten związek ponad 6 lat. Dobrze się sprawdziłeś w przetrzymywaniu mnie. Nic nie dostałam, oprócz bajery.

Po co to komu było?

Dlaczego tak kłamałeś? Czemu w to wierzyłam? Nikt mądry nie ufa obcym.

Czuję, że zasłużyłam na to, co mnie spotkało. Pozwoliłam Ci mnie skrzywdzić wiele razy, tylko dlatego bo myślałam, że tego nie zrobisz.

Czasem tak jest. Poznajesz kogoś i ulegasz silnemu wrażeniu bliskości z tą osobą. I to jest ten haczyk, który mylisz z wyższym uczuciem, więc za nic nie chcesz się uwolnić.

Po co on to robił? Może sam wierzył w tę bliskość. Skoro widział ją we mnie, widział jak bardzo stoję za nim murem, mógł pomyśleć, że w końcu ktoś go kocha. Mógł sam się złapać na swoje kłamstwo, bo oprócz przyjemności, potrzebował też uczucia.

Nie wiem.

Dzisiaj on chce, żebyśmy się jakoś dogadali. Żebym już nie była zła i odpuściła.

On nie żałuje swoich kłamstw, mojego złamanego serca i zmarnowanego czasu, on chce teraz tylko świętego spokoju.

Ciągle mnie zdumiewa, że mu nie zależy.

Kłamstwa potrafią tkwić w każdym szczególe, nie dostrzegałam ich, nie spodziewałam się ich tak blisko mnie.

~*~

Teraz już chodzi tylko o odrzucenie własnej odpowiedzialności.

Przecież nic strasznego nie zrobiłeś, co najwyżej coś głupiego, ale żebym aż tak się tym przejmowała? Od zawsze miałam problem z panowaniem nad sobą, nie? Szczególnie, gdy po pijaku oszczałeś komodę i wszystko wokół niej. Rodzice oddali psa pod naszą opiekę w tamtym czasie, i o dziwo, tylko ty zaznaczyłeś teren w mieszkaniu. On, jedyne co zrobił, to narzygał na dywan. Nie dziwię mu się, nigdy wcześniej nikt nie nalał mu do jego karmy. Też by mi się zrobiło niedobrze.

Niepotrzebnie to wspominam, wiem. Robię ci przykrość. Chociaż tyle.

~*~

Nie wierzę, że to się dzieje. To koniec.

Też na końcu towarzyszy wam to specyficzne i zaskakujące uczucie opustoszenia? Nie wiem, jak to nazwać. Nie spodziewałam się, że tu dotrę. Inaczej wyobrażałam sobie życie po rozstaniu, więcej w tych moich wizjach było tego, od którego odeszłam; tego, który w końcu puścił mnie wolno.

Nie mam już nawet do czego wracać. Sześć lat kończy na strychu. Będzie od teraz już tylko traumatycznym wspomnieniem, przypominającym się za każdym razem, gdy jakiś kolejny oszust spróbuje mnie dotknąć.

Dziwny stan, gdy nie chce się ani płakać, ani istnieć, ale jako że życie samo się nie zrobi, podnosisz te swoje cztery litery i idziesz.

Bo jednak aby cierpieć, trzeba mieć siłę i chęć. A ja nigdy nie chciałam aż tak dużo. Chciałam kochać i być kochana.

Wydawało mi się, że niewiele chcę.

Byłam przy tobie, gdy cierpiałeś i dopóki mogłeś na mnie polegać, nie narzekałeś na mnie aż tak. A później wyszło szydło z worka, straciłam zaufanie i stałam się uciążliwa, kwestionowałam twoje intencje, nie chciałam współpracować. Ile można z taką wytrzymać, wiecznie jakieś podejrzenia, zarzuty.

Ogrom mojej pracy na nic. Nigdy mnie nie doceniałeś, niszczyłeś wszystkie moje starania. Teraz zostaje mi posprzątać ten syf, którego by nie było, gdybym tylko ci nie zaufała.

~*~

Sama to sobie zrobiłam. Przez cały czas wierzyłam w coś tak złudnego jak miłość. Nauczona bajkami, przyjęłam, że wszystko się może zdarzyć i założyłam, że to ’wszystko’ będzie dla mnie dobre. Długo byłam niezachwianie przekonana, że los mi sprzyja.

A los nie ma swoich faworytów, których traktuje najbardziej łaskawie. Los jest losowy.

Zabolało, gdy poczułam, że nic mnie nie chroni, a ta cała droga, którą przeszłam, prowadziła tylko do twojej mordowni.

Twoje słowa wskazywały jak strzałki na mapie dokąd iść. I wszystko miało być inaczej.

Później już tylko słyszałam, że miłość wymaga ciężkiej pracy. Jak ta marchewka na kijku, dyndająca tuż nad nosem, była jedynym pretekstem, by się ruszyć.

Więc, co teraz, gdy już znamy prawdę? Czy tak właśnie boli wolność?

~*~

Myślałam, że będzie łatwiej. Myślałam, że to ja odchodzę, że tym razem to nie mnie będzie bolało. A i tak skończyło się wszystko dopiero wtedy, gdy on przestał walczyć.

Nie spodziewałam się, że odpuści. Wątpiłam we wszystko, ale tego jednego nie dostrzegałam. Naprawdę byłam przekonana, że mnie kocha. Że jest jaki jest, ale uważa mnie za tę jedyną i nie odpuści. Okazuje się, że on kocha tylko siebie. Ze mną walczył tyle czasu, bo chciał wygrać z moimi oskarżeniami i brakiem zaufania, by lepiej się czuć na swój temat. Ale, że nigdy nie chciał się zmienić, to ciągle mnie krzywdził i trudno było, żebym swoim żalem poprawiła jego samoocenę. Teraz jest na odwyku. Mówi, że jest nowym człowiekiem, i że ja nigdy go nie wspierałam w walce ze sobą, tylko go gnębiłam i wolałam jak pił, bo wtedy miałam nad nim kontrolę.

To ja może to sprostuję.

~*~

Poznaliśmy się 6-7 lat temu, na studiach. Jako kolega był super, ale wkrótce zaczęliśmy ze sobą flirtować i umawiać się na randki, i od tamtej pory w zasadzie to nie powinno być tego związku, nigdy nie powinnam była dać mu szansy.

Najpierw miał problem z okazywaniem mi uczuć przed znajomymi ze studiów. Zaczął udawać, że mnie nie widzi, i dopiero gdy zostawał ze mną sam na sam, kleił się jak mucha do lepu. Zerwałam z nim wtedy. Zaczął płakać i prosić o wybaczenie - w ogóle nie byłam na to przygotowana, spodziewałam się raczej reakcji typu ’nara mała’, ale on nawet zgodził się na moje warunki, że przez miesiąc codziennie będzie robił wobec mnie coś fajnego, żeby weszło mu to w krew. Wytrzymał cztery dni. Później już przyszedł seks i byliśmy oboje zadowoleni przez rok. Co prawda, potrafił zabrać moje pieniądze i wydać je na imprezę z kolegami, ale reagowałam szybko i te pieniądze niedługo potem mi oddał. Choć wiadomo, że nie chodziło tu o nie, tylko o sam fakt ich zabrania i zaprzepaszczenia. Tego już nigdy nie był w stanie w sobie zmienić. Nic nie szanował. Nazywał to byciem koleżeńskim. A ja, jako ta, która nie ma znajomych, co mogłam o tym wiedzieć.

Gdy mieliśmy po 25 lat, jego matka ciężko zachorowała. To był trudny rok, do ostatniej chwili myślałam, że uda się ją wyleczyć. Starałam się pomagać ile mogłam, przeprowadziłam się do nich, poszłam do pracy, zajmowałam się domem, ale to był zły pomysł. Jego ojciec myślał, że każda para rąk teraz się przyda, ale okazało się, że koniec końców tych par rąk zgromadziło się za dużo jak na jedno mieszkanie. Cała rodzina mamy była przy niej codziennie, ja byłam zbędna. W końcu kazano mi się wyprowadzić, więc zamieszkałam w jakimś akademiku i znalazłam kolejną pracę. Chciałam, żeby on mógł mieć w tym wszystkim chwilę dla siebie, miejsce, gdzie mógłby zwyczajnie odpocząć i regenerować siły do walki o mamę. Pracowałam całe dnie, a on, gdy nie musiał jechać do szpitala, przyjeżdżał do mnie i spał. Cieszyłam się, że ma jakąś odskocznię.

Nie wiem, co ja sobie myślałam, na co ja liczyłam, na owieczki skaczące po łące?

*

Temat alkoholizmu zawsze był mi obcy. Nie, żeby nie było go u mnie w domu, po prostu mój ojciec przeważnie pił w ukryciu. Chwilę po tym, gdy dowiedziałam się o chorobie mamy, obaj nasi ojcowie, dokładnie w ten są dzień stracili prawo jazdy. Chyba nawet mieli tyle samo promili w wydychanym. O dziwo, jeden z nich znajdował się w Polsce a drugi w Niemczech.

Wtedy dopiero dotarło do mnie, że mój ojciec pije od lat. Ale to już moja wina, ignorowałam oczywiste, jednoznaczne przesłanki przez bardzo długi czas. I z tego samego powodu dzisiaj kończę jako ta winna.

Nigdy nie podejrzewałam, że mój facet może być alkoholikiem. "Jest za młody" - to było moje tłumaczenie. Przynoszenie przez niego wódki do akademika i tłumaczenie się tym, że chciał, by było nam miło, traktowałam jako totalne pogubienie przez chorobę matki. Walczyłam z tym, ale nie dostrzegałam problemu tam, gdzie rzeczywiście był.

Gdy mama umarła, jej mąż zupełnie 'owdowiał' . Co prawda, zaczął pić, jak tylko dowiedział się, że w ciągu roku ją straci, ale po jej śmierci chyba robił wszystko, żeby się zapić. A syn? Znikał na całe tygodnie, imprezował z kolegami, a później wracał do mnie wystraszony. Zagroziłam mu wtedy, że jeśli nie przestanie tak żyć, odejdę. Dałam mu rok.

W tym czasie przepił, co miał, siedział u mnie w akademiku i się dobrze bawił, gdy ja zarabiałam, by mógł tak siedzieć. Nigdy nie zapłacił za swoją…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%