Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Biografia · 21 min czytania

Bez tytułu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Laskowa- mała wioska schowana gdzieś głęboko w Beskidach, dobrze pilnowana przez góry i porastające lasy. Laskowa- wioska z trzema tysiącami mieszkańców, świat, gdzie ludzie nie zamykają drzwi na noc. Mój świat. Dla młodych miejsce pogrzebanych ambicji, dla starych zacisze spokojnej emerytury. Tak, tak, tu czas płynie wolniej, ale wbrew pozorom nie jest to baśniowa kraina z wierszy Leśmiana. Cicho mierzy czas bicie serc. Jest noc. Krzyk. Oto cichutko wdziera się jak cień On. Dokładnie słychać jego ciężki, ale bardzo opanowany oddech. Wybiera sobie na oślep kilka bezbronnych, młodych umysłów i po chwili mówi ciepło "pójdź za mną...". Nie jest to jednak głos Chrystusa- to szept niepozornego nałogu. "Pójdź za mną"- a oni idą jak stado opętanych świń. Potem jeszcze sypie się piasek słów. Mówi rodzina, mówi ksiądz, mówią przyjaciele- jak deszcz padają słowa. Spływają bezwolnie z mojej twarzy. Wsiąkają w ziemię. To na nic, bo ja i tak mknę z całych sił w przepaść. Myśli szalone biegną i giną- już jest za późno... Nad ranem zrywam się zlana zimnym potem i jest inaczej niż zawsze... Od dziś należę do Niego. To nie był zły sen. Tak zaczyna się moja historia. Historia pełna mglistej radości, smaku młodzieńczego szaleństwa, aż do przeszywającego na wskroś bólu- igrania ze śmiercią. Od dawna prowadzę pamiętnik. Nigdy go nie przeczytałam w całości, bo rozdrapywanie dawnych ran jest zbyt bolesne. To, że zapisuję swoje myśli nie znaczy (jak się może niektórym wydaje), że jestem miękka i nie potrafię sobie poradzić ze swoją psychiką. Nie szukam bajki w życiu i walczę do końca- tak było i tym razem. Jak już wspomniałam widmo narkotyków dopadło mnie niemal na własnym podwórku. Dlaczego pozwoliłam dotknąć się jego brudnym łapskom? Nie wiem! Może to chęć zaimponowania kolegom, może chciałam zapomnieć o rzeczywistości, a może po prostu woda sodowa uderzyła mi do głowy. Zacznijmy jednak po kolei. Byłam szczęśliwą dziewczynką. Nigdy nie narzekałam na brak czegoś- no może tęskniłam trochę za ojcem, którego prawie nigdy nie było w domu. Wychowywałam się bez niego, ale potrafiłam to zaakceptować, bo wiedziałam, że haruje gdzieś tam w świecie, żebym miała co zjeść i w co się ubrać. Byłam mu... ba! Jestem mu za to ogromnie wdzięczna. Tryskałam szczęściem. Jak bowiem dziecko, które ma kochającą rodzinę, duży jasny dom i tyle ambitnych, często nierealnych marzeń może być nieszczęśliwe? Rodzeństwo- dwie siostry, ale rzadko bawiłyśmy się razem, co było wynikiem sporej różnicy wieku. Mama była zajęta pracą, ale zawsze znajdowała dla mnie czas. Uwielbiałam, gdy brała mnie na wycieczki, albo gdy razem pracowałyśmy w małym ogródku. Uczyła mnie jak rozróżnić buki od grabów, jak się modlić, jak powinnam zachować się przy stole jako "mała dama". Kocham ją. Była dla mnie wzorem i usilnie starałam się ją naśladować we wszystkim. To ona pomogła mi dostrzec, że szczęście jest w tysiącu codziennych drobiazgów i aby je osiągnąć muszę jedynie uwierzyć w jego moc. Często, gdy dostałam w szkole jedynkę, albo z jakiegoś powodu było mi przykro, powtarzała: "Jeżeli chcesz, by napłynął twój wymarzony okręt, musisz najpierw wybudować mu port". Nie rozumiałam tych słów, ale wiedziałam, że muszę wziąć się do pracy i pilnie się uczyłam, żeby poprawić ocenę. Bardzo miło wspominam dzieciństwo. Wszystko było wspaniałe, ale w życiu każdego człowieka nadchodzi czas, gdy wszystko staje do góry nogami. Tak też było i u mnie.. Zapowiadał się ładny dzień. Nie był to jednak zwykły dzień- długo na niego czekałam, bo wraz z klasą wystawialiśmy przedstawienie na Dzień Ojca. Do szkoły zaprowadziła mnie babcia. Tuż nad drzwiami wisiał duży slogan z napisem: "Wszystkich tatusiów witają czwartoklasiści". Cóż, nauczycielka nie zgrzeszyła oryginalnością. Nie byłam kimś szczególnie ważnym- raczej postacią epizodyczną, ale bardzo zależało mi na tym jak wypadnę. Zegar wybił dziesiątą. Nauczycielka witała w drzwiach przychodzących ojców, a my podglądaliśmy zza kotary co się dzieje. Niecierpliwiliśmy się... Wreszcie kurtyna opadła i zaczęliśmy śpiewać piosenkę. Rozejrzałam się bezwładnie po sali. Dziesiątki zarośniętych twarzy uśmiechało się w naszym kierunku. Byli wszyscy tatusiowie oprócz mojego... Zrobiło mi się potwornie przykro- jak mógł zapomnieć?! Przecież jeszcze wczoraj wręczałam mu zaproszenie! Moja kolej. Zaraz po Kasi miałam wyjść na środek i recytować swój wierszyk. Kompletna klapa. W połowie zacięłam się i wróciłam na miejsce. Nawet nie poczułam żalu. Nie zależało mi już na niczym. Byłam wściekła. Po przedstawieniu wróciłam do domu. Nie było nikogo. No tak- siostry w szkole, a mama wspominała coś o wyjeździe do Gliwic w odwiedziny do wujka Andrzeja- lekarza. Ale gdzie do cholery podział się tata?- pomyślałam w duchu. Trudno! Skorzystam z ciszy i odrobię lekcje. Usiadłam. Wtem usłyszałam lekki trzask drzwi. To tata. Spokojnie zdjął płaszcz i poszedł do sypialni. Nie wszystko było OK. Nie rzucił jak zwykle po powrocie "co młoda u ciebie?", nawet na mnie nie spojrzał, gdy poszłam za nim. - Dlaczego się nie tłumaczysz? Jak mogłeś nie przyjść?!- krzyczałam pełna złości, chyba obwiniałam go za swoje niepowodzenie. Odwrócił się i spojrzał na mnie. Milczał. Cisza była przenikająca, przyznam, że nawet irytująca w samej swej istocie. Po dłuższej chwili rzucił sucho: - Usiądź. No nie! Tego już za wiele, może chociaż łaskawie przeprosi?! - Byłem z mamą w Gliwicach. Wcale nie pojechaliśmy w odwiedziny. Musiała zostać w szpitalu na dodatkowe badania. Wujek Andrzej będzie się nią opiekował. - Dlaczego? Co się stało? Popatrzył mi wymownie w oczy nym wzrokiem. Przez chwilę miałam wrażenie, że w jego oku zakręciła się łezka. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam go w takim stanie. - Mama... Mama ma raka piersi... - Raka? A co to jest? - To taka choroba, ale nie martw się wszystko będzie dobrze. Nie wzruszyło mnie to, być może dlatego, że nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji. Poza tym ojciec nie mówił nam wszystkiego. Myślałam, że mama wróci jutro, najdalej za dwa dni. Hospitalizacja okazała się o wiele dłuższa. Wreszcie powróciła do domu. Nie pamiętam jak wówczas zareagowałam. Jednak ciągłe, kontrolne wizyty w szpitalu pochłaniały ją do reszty, a cała rodzina skupiała się głównie na tym. Nie miałam żalu, że nie chodzimy na spacery i że ma dla mnie niewiele czasu (ciągle była słaba i często leżała w łóżku), gdyż tata dokładnie wytłumaczył mi co się dzieje. Straciłam tamto beztroskie życie. Miałam więcej obowiązków- nawet musiałam nauczyć się gotować, ale jakoś dawałam sobie radę. Tak płynął czas. Minął miesiąc, potem rok... Dojrzałam i zrozumiałam co znaczy samodzielność. Ale kłopoty nie omijały mnie szerokim łukiem. Miałam problemy ze szkołą, gdyż nie potrafiłam pogodzić zajmowania się domem i młodszymi siostrami z systematyczną nauką. Po wzorowej uczennicy pozostało już tylko wspomnienie. Nadszedł maj. Pogoda była wspaniała, aż grzechem byłoby siedzenie w szkole zwłaszcza, że grozi mi nie zdanie do następnej klasy. Wagary stały się mym chlebem powszednim. Nie ignorowałam jednak wszystkiego. Stare ambicje i marzenie o studiach w Krakowie nie pokryły się zupełnie kurzem. Denerwowałam się, co będzie jeśli nie przejdę, przecież nie mogłam sobie na to pozwolić! Chciałam być kimś, a studia to jedyna droga ku temu. Nie miałam zamiaru pucować podłogi przez całe życie i umrzeć jako sprzątaczka. Pewnego dnia zapomniałam o wszystkim, o studiach, o swoich marzeniach. Na jednych z wagarów poznałam Rafała. Był to znajomy kumpla i nic o nim nie wiedziałam. Od razu spostrzegł, ze jestem spięta. Zapytał o co chodzi. Usiedliśmy z boku i nie wiedzieć czemu, wypłakałam się mu w ramię. Był inny- sprawiał wrażenie, że mnie rozumie. Opowiedziałam mu o wszystkim- o matce, o szkole... Znał moje troski i ki, a ja nie wiedziałam nawet jak ma na imię. Zaufałam mu. Spotkaliśmy się jeszcze parę razy. Imponował mi swoim charakterem, swoją wrażliwością. W końcu się w nim zakochałam. Potrafił nieźle grać na gitarze i znał wszystkie piosenki mojego ulubionego zespołu. Dokładnie wiedział jak mną manipulować, zresztą nie było to takie trudne- mogłam zrobić dla niego wszystko. Któregoś dnia, gdy miałam prawdziwego ''doła'' z powodu kolejnej jedynki, zapytał wprost: - Chcesz? - Co to jest? - Po tym poczujesz się lepiej, zobaczysz! Naprawdę działa! Podsunął mi jakiegoś skręta. Wyglądał rzeczywiście niewinnie, ale nie byłam naiwna. Czyżby mój idealny facet był narkomanem?! Myśli plątały mi się w głowie jak bezpańskie psy. Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. - Zwariowałeś?! Palisz trawę?! - Tak palę, ale przecież to nic złego. Zobaczysz- zrzucisz z siebie te swoje y. - Nie. Dzięki, wolę nie - odparłam. Nadal byłam wstrząśnięta tą wiadomością. - Dziewczyno! Jesteś fanką Dżemu i nigdy nie próbowałaś?! - Nie trzeba jarać żeby słuchać Dżemu. - Ej... No co ty? Nie ufasz mi? No świetnie. Zapędził mnie w ślepy zaułek. Przecież tak bardzo mi na nim zależy... Burza w mózgu- jeśli nie wezmę- stracę go, ale z iej strony wiem, ze to świństwo. - Dawaj... Powiedziałam niepewnym głosem. - No co ty! Kocham cię i nigdy bym cię nie skrzywdził. Robię to dla twojego dobra. Mówił to z takim przekonaniem. Chyba naprawdę wierzył w swoją słuszność. Bez słowa wyciągnęłam rękę i stało się. Po chwili odzyskałam dobry humor. Bardzo dobry. Było tak błogo, tak przyjemnie, czułam się panią wszechświata. Tak- to był dobry pomysł. Dlaczego wcześniej tego nie robiłam? Spodobało mi się i kontynuowałam mój taniec śmierci. Nie skończyło się tylko na gandzi, była też a, alkohol. W końcu się uzależniłam, ale co z tego skoro byłam po uszy zakochana? Wbrew moim początkowym przekonaniom szybko odkryłam, iż nałóg nie polega na kolorowym życiu z ukochanym. Nie chodzi mi o krzyki rodziny, bo to przepuszczałam bokiem, nie chodzi o morale księdza, bo to też było mi obojętne. Zaczęłam się niepokoić o swój organizm- to co po zażyciu się dzieje. Najpierw jest "cool" ale potem... Dostrzegłam, że najgorzej idzie mi to co najlepiej umiem i czułam się błogosławiona takim stanem. Do tego doszły problemy z miesiączką i częste nudności oraz inne objawy. Bałam się. Piekło miało jednak dopiero nadejść... Zaznałam w całej okazałości smaku destrukcyjnej siły zła. Grzech bowiem ma tę niezwykłą właściwość, że jest słodki na ustach a gorzki na języku. Pewnego wieczoru poszłam z Rafałem do jego znajomego na imprezę. Wszyscy się bawili. W końcu (wedle…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bez tytułu — czytnik · opowiadania