Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 38 min czytania

(Bez tytułu)

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Gdzie są te przeklęte klucze” – pomyślałem, chodząc z pokoju do pokoju. Przechadzając się po salonie, który urządziłem w nowoczesnym stylu. Telewizor plazmowy wiszący na ścianie, pod nim nowoczesna szafka stworzona ze stopu jakiegoś metalu połączonego ze szkłem. Naprzeciw szafki – stół. Podobnie jak szafka również stworzony ze stopu metalu połączony ze szkłem. Kanapa – biała, skórzana. „Wydałem na nią fortunę, ale warto było” – pomyślałem. Po lewej od kanapy okna z wyjściem na taras. Rzecz jasna zasłonięte roletami w kolorze Lecri. Na podłodze biały dywan. „Ech… uwielbiam tę podgrzewaną podłogę” – pomyślałem uśmiechając się. Przeszedłem do jadalni. Wielki szklano-metalowy stół, a przy nim skórzano-metalowe krzesła. Szafka stojąca pod ścianą była przeznaczona na różnego rodzaju przedmioty; dokumenty, klucze, listy. Tak klucze, właśnie tam je znalazłem. Wziąwszy je do reki podszedłem do lustra które wyrastało z podłogi i kończyło się przy suficie. Zobaczywszy w nim swoje odbicie przystanąłem i zacząłem się przyglądać. Wysoki dobrze zbudowany mężczyzna w szytym na miarę garniturze. Nachodzące na czoło czarne włosy zasłaniające zadbane brwi. Zielone oczy – „Zawsze je lubiłem” – pomyślałem - symetrycznie osadzone na twarzy. Kości szczęki ostro zarysowane, podbródek mały acz zgrabny, uszy małe przylegające do czaszki. Nikłe oznaki zarostu – zawsze ceniłem sobie, że Bóg pożałował mi tej cechy wyglądu – dzięki temu ludzie zawsze odejmowali mi z trzy czy cztery lata od mojego faktycznego wieku. Mała blizna na lewym policzku zawsze psuła harmonie która panowała na mojej twarzy. Przejrzawszy się w lustrze doszedłem do wniosku, iż jestem gotowy do wyjścia na umówione spotkanie. Wychodząc z domu włączyłem alarm, zamknąłem drzwi na klucz. Idąc do samochodu zauważyłem swoją sąsiadkę Marie. Kobietę o skórze w kolorze kawy z mlekiem, dość wysoka jak na swoją płeć, o czarnych włosach i brązowych oczach. Bóg nie pożałował jej kobiecych kształtów. Ubrana w zwiewną sukienkę w kolorze khaki, zestawioną z brązową koszulką na ramiączkach. „Nawet w worku po kartoflach wyglądała by pięknie”- pomyślałem, uśmiechając się przy tym znacząco. -Dzień dobry Jovanie – usłyszałem. Dopiero teraz zorientowałem się jak bardzo pochłonęły mnie moje własne myśli. -Dzień dobry Marie. Jak ci minął dzień? – mówiąc to, nadal się uśmiechałem. - Ech… wiesz jak to jest… - wzruszyła ramionami - wstajesz rano, idziesz do pracy, potem lunch, zakupy i do domu – również się uśmiechała. -Oj, nie wiesz jak bardzo, dzięki Bogu mam wolny wieczór dzisiaj. Umówione spotkanie. Wiesz, tak aby się od stresować. -Oczywiście. Wybacz, ale musze już iść. – pożegnała mnie ciepłym uśmiechem i poszła. -Trzymaj się Marie. – pomachałem i skierowałem się w stronę samochodu. Jechałem swoim Jaguarem XKR. Lampy uliczne migały jak światła klubowe, oświetlając od czasu do czasu mijane domy i przechodniów. Stojąc na czerwonych światłach spojrzałem w lewo. Moją uwagę przykuł przechodzeń stojący na światłach przy równoległej ulicy, które zezwalały na przekroczenie ulicy. Wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu, z kapeluszem na głowie. Widać, iż nie kupił swojego ubrania w pierwszym lepszym sklepie. Rzeczy te były z górnej półki, że się tak wyrażę. W rzeczywistości nie robił nic nie zwykłego tylko stał i rozglądał się. Wyglądał jak by czegoś wypatrywał. Po dłuższej chwili zaczął iść. Gdzieś na środku przejścia po jego lewej stronie jechała szybko rozpędzona ciężarówka. W tym samym momencie wysiadłem i krzyknąłem: -Niech pan uważa! – ścisnąłem mocniej drzwi samochodu. Serce biło mi jak szalone, miałem wrażenie, że zaraz mi wyskoczy z klatki piersiowej. Kolana miałem jak z waty. Mężczyzna odwrócił się w moją stronę z nonszalanckim wyrazem twarzy. W tym momencie osłupiałem, poczułem się ociężały, tak jak byłbym stworzony z marmuru. „Te oczy” – pomyślałem. Jego oczy były w odcieniu ciemnego rubinu i nie chodzi mi tu o samą tęczówkę, nawet białko było tego samego koloru. To nienaturalne. Przez chwile zatraciłem się w ich głębi. Każda komórka mojego ciała odmawiała mi posłuszeństwa. Chciałem krzyczeć: -Ludzie, pomocy, coś się stało temu mężczyźnie w płaszczu. – lecz nic takiego nie nastąpiło. Żaden dźwięk nie wydobył się z mojej krtani. „Boże, a co z tą ciężarówką, zaraz w niego uderzy” – zdążyłem tylko pomyśleć. Lecz ten tajemniczy osobnik zdążył zrobić krok do tyłu. Zrobił to z taką gracją, szybkością. Myślałem przez chwile, iż zniknie, tak się jednak nie stało. Pojazd przejechał koło niego zaledwie o pół metra. On jednak stał w miejscu niewzruszony wpatrując się we mnie swoimi nienaturalnymi oczyma. -Niech się pan rusza! – gniewnie krzyknął kierowca stojący za mną. Dopiero jego słowa przywróciły mnie do rzeczywistości. Odwróciłem się w jego stronę i skinąłem tępo głową na znak iż go słyszę i rozumiem. Powróciwszy wzrokiem do miejsca gdzie stał tajemniczy mężczyzna zobaczyłem nową grupę ludzi przechodzących przez pasy. Wsiadłem do samochodu i pojechałem do miejsca na umówione wcześniej spotkanie. Dojechawszy pod starą kamienice wysiadłem z samochodu i zamknąłem go na klucz. Stanąłem twarzą do budynku. Widniał na nim wielki neonowy napis: „MEEP”. Jest to ekskluzywny lokal umieszczony w centrum miasta. Pod świecącym napisem znajdują się wielkie masywne drzwi obite wypolerowaną stalą. Ruszyłem w ich kierunku. Zatrzasnąłem za sobą drzwi. Ściany pomalowane na czerwono ozdobione zostały świecznikami które dawały jedyne światło w pomieszczeniu. Na końcu korytarza stał ochroniarz – Cyryl. Stary dobry znajomy. Jest wysokim, dobrze zbudowanym, łysym mężczyzną w dość młodym wieku. Jak zwykle ubrany w ciężkie czarne buty, czarne spodnie oraz koszulkę w tym samym kolorze co reszta ubioru, z napisem: OCHRONA. Podszedłem. -Cześć Cyryl. Jak tam w środku? Dużo osób? – zapytałem. - Ooo… Witaj Jov – odpowiedział swoim ochrypłym głosem, chyba nad czymś myślał – Nie, nie ma za dużo ludzi, jeszcze wczesna pora. Co u Ciebie? -Wiesz jak jest. Praca, praca i jeszcze raz praca. – powiedziałem wzdychając. -No jasne że wiem. Słuchaj Anna mówiła że ma ci coś do przekazania więc lepiej do niej idź. – widać że chce się mnie jak najszybciej pozbyć. -Dobra. Dzięki. – Uścisnąłem mu dłoń i odszedłem. Idąc dalej korytarzem. Spotkałem Annę. Wysoką brunetkę o niebieskich oczach. Ubrana w czerwoną satynową sukienkę wygląda olśniewająco. -Gdzieś ty się podziewał! – powiedziała gniewnie – ktoś na ciebie czeka od ponad trzydziestu minut, a ja skacze koło niego jak idiotka! – nawet podenerwowana wygląda pięknie. -Jadąc miałem wypadek – powiedziałem myśląc o mężczyźnie z przejścia dla pieszych. - Jaki? – zdziwiła się – Dobra nieważne. Idź, idź i nie pokazuj mi się na oczy przez najbliższe kilka godzin! – poklepała mnie po ramieniu, uśmiechnęła się i odszedł. Na końcu korytarza znajdowała się szatnia. Kiwnąłem głową na znak powitania do osoby siedzącej za ladą. Minąwszy ten punkt wszedłem do wielkiej sali. Pierwsze co dało się wyczuć po wejściu do tego pomieszczenia, to ostry zapach papierosów pomieszany z zapachem alkoholu. Przy barze stała chmara ludzi czekających aby ich obsłużyć. Naprzeciwko baru znajdują się miejsca siedzące, a w głębi parkiet do tańczenia na którym dość tłocznie tańczą ludzie do rytów R&B. Światła nadawały temu miejscu specyficzny klimat. Można tu było spotkać ludzi wszelkiej maści i płci. Młodych czy starszych. Szukałem wzrokiem swojego przyjaciela Merta. W pewnym momencie zauważyłem mężczyznę który siedział przy stoliku najbardziej oddalonym od świateł znajdujących się przy miejscu do tańczenia. Machnął na mnie ręką w geście abym podszedł. Zdziwiłem się. Rozejrzałem się i pokazałem na siebie palcem. Kiwnął twierdząco. „Gdzieś już go widziałem” – pomyślałem, zbliżając się do tajemniczej postaci. Podchodząc ciągle chodziła mi po głowie ta jedna myśl. Minąwszy kilka stolików potrąciłem mężczyznę, któremu mój błąd się nie spodobał. Zignorowałem go. Zbliżyłem się do mężczyzny. Gestem ręki rozkazał mi usiąść naprzeciw siebie. Tak też zrobiłem. „Gdzie ja go spotkałem” – to jedna z wielu myśli która teraz przelatywała mi przez umysł. Jego twarz była olśniewająca, piękna, jak z bajki. Piękne brązowe włosy, ścięte na krótko. Piękne błękitne oczy. Mały, acz zgrabny nos. Piękne, wielkie usta. Moją analizę przerwał czysty męski głos. -Witaj, nazywam się Marcus – powiedział uśmiechając się. Zbiło mnie to z tropu, nikogo o takim imieniu nie znałem ale czułem, że już kiedyś się spotkaliśmy. -Witam nazywam się… -Jovan – przerwał mi wypowiadając moje własne imię. -Tak… ale skąd wiesz jak mam na imię? – spytałem zdziwiony. -Wiem na twój temat o wiele więcej niż ci się wydaje –powiedział ze spokojem - kilka lat temu ukończyłeś studia prawnicze na jednej z najlepszych uczelni w kraju, nie musze chyba dodawać, iż ukończyłeś ją trzy lata wcześniej niż twoi znajomi. – Chciałem się wtrącić lecz nieznajomy ciągnął dalej – od razu po ukończeniu szkoły zatrudniła cię najlepsza kancelaria adwokacka w Europie. Zarabiasz krocie, niczego ci nie brakuję, lecz czujesz że jesteś niespełniony, samotny, czy nie mam racji? – kończąc swoja wypowiedz uśmiechnął się szeroko. Zaparło mi dech w piersiach. Nie wiedziałem co mam powiedzieć. W końcu odpowiedziałem: -Skąd ty…? Skąd tyle wiesz na mój temat? – ręce mi drżały, nie ze strachu lecz ze zdziwienia, które mnie dopadło. -Może się czegoś napijesz? – zapytał łagodnym tonem – Po jednym głębszym będzie ci się lepiej myślało. -Tak poproszę – powiedziałem. Mężczyzna skinął głową w stronę baru. Zanim zdążyłem się zorientować stała prze de mną szklanka w czarną ciecze w środku. -Martini z colą, tak jak lubisz – usłyszałem. -Tak… - odpowiedziałem niepewnie. Wziąłem szklankę do ręki i przystawiłem ją do ust. Napiłem się, napój parzył w przełyku, nie był to ból w typowej jego formie, powiedział bym bardzie iż sprawiał on przyjemność. -Więc, Marcus’ie, dobrze zapamiętałem imię? -Tak – powiedział nie odrywając ode mnie wzroku. -Dlaczego chciałeś abym się do ciebie dosiadł, nawet się nie znamy. -Masz rację nie znamy się, ale czy nie miło jest poznawać nowych ludzi, a w szczególności takich którzy nie mają żadnego interesu. Po prostu chcą poznawać nowych ludzi? – podniósł brwi oczekując na moją odpowiedź. -Czyli mam rozumieć, że chcesz mnie poznać bez żadnych bliższych przyczyn, ot tak, po prostu? -Dokładnie. – złożył dłonie na piersiach i uśmiechnął się pięknie. Wydawało się to dość dziwne. Kto normalny zaczepia nieznajomą sobie osobę i mówi że chce ja poznać, ot tak? Facet wydaje się miły, ale było w nim coś niepokojącego. Był piękny. Jestem mężczyzną heteroseksualnym, sypiałem już z wieloma kobietami i bardzo to lubię. Ale on, ten nieznajomy mi mężczyzna, był tak piękny, nie, nie to za mało powiedziane. Jego spojrzenie, jego gesty i wygląd, przyciągały. Rozejrzałem się po sali. Wszyscy na nas patrzyli. Kobiety i mężczyźni. Nie, nie na „nas” tylko na Marcus’a. Wydaję mi się że moja osoba jest tylko dodatkiem do jego postaci. -Więc jak będzie? Chciałbyś mnie poznać? – patrzył na mnie swoimi błękitnymi oczyma. Czułem się jak zahipnotyzowany. Mógłbym zatopić się w ich głębi. -Jasne, czemu nie – palnąłem ni stąd ni zowąd. Zdumiały mnie moje własne słowa. -Ale skąd tyle o mnie wiesz? -Nie, trudno zdobyć o tobie informacje. Jesteś dość sławny w kręgach prawniczych, a ja mam znajomych w śród nich. – uśmiechnął się szeroko. -Ach.. tak. – westchnąłem – może masz jeszcze inne ciekawostki z mojego życia? -Kilka na pewno by się znalazło. – wzruszył ramionami. Coś mnie zastanawiało w jego wyglądzie. Żadnych oznak starości na twarzy. Zero zarostu. I te jego oczy, ich kolor był nad wyraz głęboki. Włosy w idealnym ładzie. Dałbym mu z dwadzieścia, dwadzieścia trzy lata. -Pewnie zastanawiasz się ile mam lat? -Ale… skąd wiedziałeś? – zdumiałem się niezmiernie. -Po prostu mam rozwiniętą empatię. – uśmiechnął się czule. -Empatię powiadasz – powiedziałem zamyślony – dużo przeżyłeś skoro masz dobrze rozwiniętą tę umiejętność. – stwierdziłem. -Dlaczego tak sądzisz? – Marcus zdziwił się. -Dlatego, że osoby które dużo przeżyły w życiu maja dobrze rozwiniętą tę cechę, a może po prostu zgaduje. -Nie, nie, masz absolutną rację – zamilkł na chwilę, ale po chwili znowu zaczął mówić, lecz tym razem smutniejszym głosem – przeżyłem coś co odmieniło moje życie, po tym nic już nie będzie takie samo. Ale nie ważne, nie chcę o tym rozmawiać. – to ostatnie zdanie nie było wrogo wypowiedziane, bardziej z bólem w głosie. -Wybacz jeśli cię uraziłem, nie chciałem… -Nie, nic się nie stało – przerwał mi – to moja wina, nie powinienem nic mówić. Po tym zdaniu wstał. Rzucił coś na stół i powiedział: -Jeśli masz ochotę się jeszcze spotkać lub porozmawiać to odezwij się. To moja wizytówka. Wybacz ale musze już iść. Miło było cię poznać. Odszedł, miałem ochotę wstać i krzyknąć aby został ale nic takiego nie nastąpiło. Czułem jak by coś przytrzymywało mnie do krzesła na którym siedziałem. Wiec mogłem tylko odprowadzić mojego towarzysza wzrokiem. To dziwne uczucie zniknęło dopiero kiedy opuścił salę. Wziąłem do ręki wizytówkę którą Marcus rzucił na stolik. Widniał na niej napis:

Marcus del Corniv Tel.455-596-354

„Nie spotykane nazwisko” – pomyślałem. Zacząłem analizować to przedziwne spotkanie. Zatopiłem się w myślach. W końcu ktoś złapał mnie za ramię. Odwróciłem się aby spojrzeć kto to, był to Mert. Mój dobry przyjaciel. Nasza przyjaźń trwa od dzieciństwa, można wręcz powiedzieć, że znamy się jak dwa „łyse konie”. Ten mężczyzna o blond włosach i oczach w odcieni szarości, pięknej smukłej twarzy, z dwu dniowym zarostem na twarzy pomógł mi nie jeden raz. Tak, bez wątpienia był, jest i będzie moim przyjacielem. Ubrany w biały t-shirt ze srebrnym napisem: „I’m not your bitch” , stylowe jeansy i czarne wyjściowe buty. Siedział prze de mną dłuższą chwilę, aż w końcu coś w nim zaskoczyło. Wyjął dłoń przed siebie i uśmiechnął się serdecznie. -Cześć, stary, co tam u ciebie? –spytał. Coś w jego głosie mnie zaniepokoiło. -Cześć – odpowiedziałem, odrobinkę zamyślony – a nic wiesz jak jest, nareszcie mam wieczór wolny. -No nareszcie – powiedział rozbawiony – zaniedbujesz swoje życie towarzyskie, a co za tym idzie zaniedbujesz i mnie – dało się wyczuć nutkę goryczy w jego głosie. -Wybacz, przecież wiesz że nie robie tego specjalnie. -Wiem, wiem. – zamilkł na dłuższa chwile. Zauważyłem że jego oczy skierowane były na parkiet. Patrzył na młodą parę tańczącą na obrzeżach miejsca wyznaczonego do tego celu. Młoda dziewczyna -dałbym jej z dwadzieścia, dwadzieścia trzy lata - „ponętnie” tańczyła z chłopakiem o podobnym wieku. Światła dyskotekowe oświetlały ich ciała poruszające się w rytm muzyki, która właśnie wydobywała się z masywnych głośników przywieszonych do rogów pomieszczenia. Było coś niesamowitego w ich zachowaniu. Ich ruchy były idealnie zgrane, tak jak by ktoś pociągał za sznurki przymocowane do każdej części ich ciał. Wydawało mi się, iż ci dwoje przewidują nawzajem swoje ruchy. W jednej chwili dziewczyna która tańczyła była zwrócona do mnie twarzą. Krótko ścięte włosy, w kolorze niebieskim dawały niesamowity efekt. Nasze spojrzenia spotkały się na jeden ułamek sekundy. „Jej oczy!” – wykrzyknąłem w myślach. Tak to były bez wątpienia te same oczy które widziałem u mężczyzny na przejściu dla pieszych. Głęboki odcień rubinu na całej gałce ocznej. „Pewni kupiła sobie soczewki kontaktowe o takim kolorze” – próbowałem to sobie wyjaśnić. -Jov, co się stało, zbladłeś nagle, może jesteś chory – usłyszałem. Wiedziałem że mój towarzysz się o mnie martwi. Otrząsnąłem się i zwróciłem się w jego stronę. -Widziałeś tę dziewczynę? – spytałem znienacka. -Taaa… -westchnął – zjawiskowa nieprawdaż? – spytał z podnieceniem w głosie. -Masz racje ale nie o to mi chodzi – zaprzeczyłem. -To o co? - zdziwił się, uniósł brwi aby okazać swoje zaskoczenie. -Jej oczy – powiedziałem z ledwo słyszalnym przerażeniem w głosie. - Tak również są piękne, ten ich niebieski odcień, prawie wpadający w zieleń. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. -Żartujesz sobie! – podniosłem głos – przecież one są rubinowe. Teraz to on wydawał się zaskoczony. -Co ty pleciesz? Rubinowe – uśmiechnął się szyderczo wypowiadając ten wyraz – przecież żaden człowiek na ziemi nie ma takiej barwy oczu. Biedaku, za dużo pracujesz nawet w zwyczajnym klubie widzisz tę nienawiść, którą widujesz na Sali rozpraw – wychylił się lekko zza stołu i poklepał mnie przyjacielsko po ramieniu. -Wiem co widziałem i nie rób ze mnie idioty – warknąłem. -Już dobra, dobra, niech ci będzie – powiedział bez przekonania – ale niby jakim cudem dziewczyna miałby mieć taki kolor oczu? -Nie wiem, ale wiem co widziałem – upierałem się przy swoim. -Yhym – bąknął – tak w ogóle to mam ci coś ważnego do powiedzenia. Przydarzyło mi się dzisiaj coś bardzo dziwnego i nie mam tutaj na myśli dziewczyny która mnie rzuciła czy coś. Zaintrygował mnie tymi słowami. Całą swoją uwagę skupiłem na nim. Wcześniejsze zdarzenie straciło całkowite znaczenie. -Mów – ponaglałem go – o co chodzi? Coś ci się stało? A może coś u Erda i Berty? -Nie, nie. U rodziców wszystko w porządku, a masz od nich pozdrowienia – uśmiechnął się szczerze. -Dzięki, również ich pozdrów – odwzajemniłem uśmiech – no ale mów o co chodzi. -Dzisiaj zanim przyszedłem tutaj zobaczyć się z tobą, zaczepił mnie facet na ulicy. Spytał się czy nie chcę go poznać. Dziwne no nie? „Mnie również zaczepił mężczyzna w takiej sprawie ale czy to możliwe abyśmy spotkali tę samą osobę? Nie, nie przecież on był ze mną, a nie z Mert’em” – pomyślałem. Serce zaczęło mi bić szybciej, tętno przyśpieszyło. -A co w tym takiego dziwnego? – spytałem, próbując zachować spokojny ton głosu. -Jak to co?! – wykrzywił się – nie codziennie zdarza się aby nie znajomy podszedł do ciebie na ulicy i spytał się czy chcesz go poznać. No chyba że tobie zdarza się to często? -Nie no co ty, a jak wyglądał ten nie znajomy? -Dość wysoki, blond włosy, intensywnie niebieskie oczy, dobrze zbudowany, nawet miał droższe ubrania niż ty, wierzysz w to? – powiedział to pół żartem, pół serio – ale najdziwniejsze jest to że po dziesięciu minutach rozmowy zgodziłem się go poznać. Było w nim coś dziwnego. Coś… -Przyciągającego – dokończyłem za niego. -Tak, skąd wiedziałeś – zdziwił się niezmiernie – patrz co od niego dostałem. Rzucił świstkiem papieru na stolik. Widniał na nim napis: „Nate del Derv” i numer telefonu. Co najbardziej mnie zaskoczyło, to było to, iż imię i nazwisko było napisane identyczną czcionką jak na wizytówce którą i ja dostałem nie całe pół godziny wcześniej. Ową wizytówkę, trzymałem cały czas w reku. Dla…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
(Bez tytułu) — czytnik · opowiadania