Technologia · 29 min czytania
Bez tytułu
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
I
Hałas za oknem stopniowo cichł… krzyki były coraz mniej donośne a hasła były skandowane z coraz mniejszym przekonaniem. -Może to już pora? Dzisiejsza demonstracja dopełzała do mety… Lecz po raz kolejny nie odniosła żadnego skutku. -Nie, To jeszcze nie czas. -Powtarzasz tak od czterech lat. - Powiedział Call, głosem znudzonym do granic możliwości. -Wciąż jest ich zbyt wielu. -A tak mamlesz od dwóch…c Na chwile w pokoju zapanowała grobowa cisza… Ludzie jeszcze parę chwil temu tak gęsto stłoczeni przed gmachem zaczęli rozchodzić się do domów… znowu ponieśli klęskę. Do niektórych z Efiletów chyba zaczęło docierać, to że ich walka nie ma sensu. -Czy na pewno jako ministerstwo możemy nie odpowiadać na ich protesty? Swen nie wytrzymał. Z reguły był oazą spokoju. Najbardziej opanowanym… a w zasadzie jedynym opanowanym z całej trójki, ale bywały takie chwile kiedy brat i Call doprowadzali go do furii. To była jedna z tych chwil. -Kurwa! Mam dosyć Twoich pytań Call! Skończyłeś cokolwiek co miałeś zrobić w tym tygodniu? Zrób coś pożyteczniejszego niż pierdolenie o istocie wszechświata! -Ale… -Dość. - Uciął krótko Swen - idź już. Call wyszedł nie powiedziawszy już ani słowa. Wiedział, że dalsze kłótnie nie mają sensu.
II
Call potrafił być na prawdę bardzo przekonującym człowiekiem. Ta umiejętność- siła perswazji… nie zawsze werbalnej, sprawiły że dla braci stał się wartościowy. Potrafił by Polaka odwieść od napoczętej butelki wódki a neonazistę przekonać do uczciwości cygana. Był co prawda też piekielnie silny, zwinny i bystry ale to było czymś nadzwyczajnym może 40 lat temu… Przekonany, że tego dnia nie napotka znacznego oporu ze strony osoby, którą miał odwiedzić zabrał jedynie glocka 17- zabronioną już broń palną, z osiemnastoma pociskami kalibru 9mm. Pistolet posiadał magazynek pełen amunicji typu Dum-Dum, zakazanych jeszcze pod koniec XX wieku. Call lubił zakazane rzeczy. Nie zapomniał też o swoim małym wytartym nożyku- fince, za pomocą której jako dziecko przesłuchał pierwszą osobę. Oskar- bo tak nazwał swoją kosę, był medalionem. AppXeruły z bardziej profesjonalnym sprzętem zaniósł do sarkofagu samochodu - spalinowego muscle cara- Chevroleta Camaro 10'. Choć jego utrzymanie kosztowało Calla majątek to kochał budzić respekt. W przeszło 70 milionowym mieście tylko 143 osoby posiadały zezwolenie na posiadanie samochodów o silniku spalinowym. Niekiedy posiadanie rozpoznawalnego samochodu przynosiło mu sporo problemów, szczególnie w dzielnicach południa. Właśnie dlatego normalnie jeździł wodorową Toyotą YXO VGEN. Z garażu ruszył z piskiem opon… Serce ukłuło go na myśl, że zbliża się chwila zakupu nowych opon. Nawet nie chciał myśleć ile będzie go kosztował komplet z wymianą. Do tego coś szwankowało ze starym systemem schładzającym- klimatyzacją. Przy temperaturach dochodzących wiosną do 45 stopni Celsjusza jazda bez klimatyzacji nie wchodziła w grę. Call choć z wierzchu twardy jak adamant, w środku był bardzo sentymentalną jednostką. Camaro było jego pierwszym samochodem, dostał je od biologicznego ojca w swoje 16 urodziny. Było wtedy w kompletnej ruinie. Nie odpalało inaczej niż na pych, nie działały praktycznie żadne systemy elektryczne a kierownica pochodziła z jeszcze starszego Volkswagena New Beetle. Camaro już za czasów swojej produkcji było niesamowicie, jak na tamte czasy, rzadkim samochodem. Można się tylko domyślić jak ciężko było znaleźć do niego jakiekolwiek części około 20 lat później. Doprowadzenie samochodu do stanu używalności zajęło młodemu Callowi 7 lat, niewyobrażalnie dużo gotówki i jeszcze więcej stresu. Z samochodowej popielniczki wyjął świstek papieru - Kolejnej rzeczy, o której nie miały pojęcia młodsze osoby.
Imię: Endy Nazwisko: Hankowiak Adres: Worenslaw, Łaska 9/3006 Zawód: Wykładowca bioinżynierii na Uniwersytecie im. Artura Jarmołowskiego Godzina rozpoczęcia akcji: 1:45 am A/302
Część 22 / 2
Kierował się na wschód miasta - do polskiej dzielnicy - Worenslaw. Nocą powinien tam dotrzeć w godzinę.
Dzwonek… Kurwa mać kto w tym mieście używa jeszcze mechanicznego dzwonka - pomyślał Call Jeszcze raz… cisza… Nie ma go w domu? Spojrzał na ekran z kropeczką wskazującą pozycję nanopluskwy, którą tydzień wcześniej wstrzelił wykładowcy w nogę. Potencjalny denat był w domu. Ostatni raz i wchodzę z drzwiami… - Syknął pod nosem - Słychać kroki… ktoś się zbliżał. Drzwi rozchyliły się a w szparze Call ujrzał wychudzonego człowieczka, z karnacją o kolorze zmatowiałego srebra. Wyglądał znacznie gorzej w rzeczywistości niż na hologramie cyfrowym… Czy producenci sprzętu RTV robią to specjalnie? Ciekawe kto im za to płaci? Call postanowił zostawić sobie rozmyślania nad tym zagadnieniem na później. Aktualnie miał ciut większe zmartwienia… w zasadzie może mniej ważne? Czas. Upewnił się jedynie, że łańcuszek stojący na jego drodze do środka, jest wykonany z równie staroświeckiego materiału co całe drzwi…
Dzwonek… Ja pierdole… 3.00 w nocy, ludzie to potrafią idealnie wyczuć moment. Jebie mnie to nie idę. Nie po to wydałem 50 unitów na wirtualną Balbinę, żeby teraz jakiegoś kretyna do domu wpuszczać. Jeszcze raz… Chuj by to strzelił… Mmm… dobrze powiedziane… Dobra załączę szósty bieg, parę sekund i po wszystkim… Trzeci dzwonek… Dobra, dobra już się wycieram. Przeszedł przez korytarz do klasycznych drzwi wejściowych mających już dobre 60 lat… ale on od zawsze lubił starocia. Miał kolekcje znaczków pocztowych, samochodzików, czajników, cyfrowych konsoli do gier, szklanych butelek po piwach, kalkulatorów i dziesiątek innych bezużytecznych przedmiotów. Tak… kochał brodzić w stylu retro. Za drzwiami ujrzał dojrzałego mężczyznę wyglądającego na około 55 lat ale równie dobrze mógł mieć 19… albo 117 Właśnie dlatego lubił starocia. Widzisz je i wiesz jakie są. Bez modyfikacji, bez wszczepów i konfiguracji. Facet był bardzo dobrze zbudowany, w łapie miał nie mniej niż 45 cm. Elegancki garnitur, ładne buty i budząca respekt fryzura. Żadnych tatuaży na twarzy, które ostatnimi czasu zrobiły się cholernie popularne… Koleś bezdyskusyjnie wzbudzał szacunek. Te wszystkie rozmyślania ciągnęły się w nim maksymalnie dziesiątą część sekundy . Po tym krótkim czasie zaczął się najtrudniejszy i najdłuższy dzień w jego życiu.
Tatiana, wyszła z redakcji po osiemnastu godzinach bezustannej pracy. Artykuł o ministerstwie był wciąż niegotowy… Nic, kompletnie nic, nie można było na ich temat ustalić. Wszystkie źródła po usłyszeniu nazwiska Swen Sulliwan, milkły i spierdalały w cztery strony świata. Ten facet był nietykalny. Całe miasto wiedziało, że Sulliwan ma powiązania z zachodnią mafią. Tak samo jak wszyscy wiedzieli, że handlował zakazaną bronią palną, plazmową i jonową, narkotycznymi neuroprzekaźnikami i coraz bardziej zyskującymi na wartości robotami szpiegowskimi. Mimo tego, nie można go było tknąć… Mówią, że demokracja jest najbardziej sprawiedliwym z systemów rządzenia państwem. Gówno. Prawda jest taka, że każda demokracja stopniowo zamienia się w system autorytarny, który nazywany jest bardzo ładnie - "Demokracją ilorazowo wieloczynnikową" Co to w ogóle znaczy? Ale tak już jest- pewnych zasad działania wszechświata przeskoczyć się nie da. Dziennikarka rozpracowywała Sulliwana i całe ministerstwo od ponad roku. Wiedziała jedynie to co wiedzieli już wszyscy, ale nie wszyscy o tym głośno mówili. Minister miał telewizję w kieszeni. Dziennikarze, którzy próbowali nasmarować cokolwiek na Sulliwana, choćby delikatnie, dziwnym trafem znikali ze stron gazet. To ktoś trafił do psychiatryka, to ktoś znalazł nagle inną pracę, to ktoś poszedł na wcześniejszą emeryturę… Powodów tyle ile dziennikarzy. Właśnie dlatego o pracy Tatiany wiedziała tylko ona i Stephen, jej najlepszy przyjaciel. Poznali się na studiach dziennikarskich, w jeszcze wtedy istniejącej Federacji Niemieckiej. Pracują razem dzień w dzień, nieprzerwanie od siedmiu lat. Dziennikarka i Stephen kochali działać w ukryciu. Od razu po studiach podjęli się trochę innej pracy niż praca dziennikarska… W "The Żornal" zaczęli pracować kilka lat później. Początkowo była to przykrywka, ale z czasem odkryli olbrzymie możliwości drzemiące w tym zawodzie. Trzasnęła drzwiami i odjechała. Kierunek wschód. Miała do pogadania z dawnym znajomym.
Otwarta dłoń przeleciała przez szparę w drzwiach z prędkością dźwięku. Palec wskazujący i środkowy głucho uderzyły w jabłko Adama profesora. Druga dłoń również otwarta, niemalże w tym samym czasie zerwała metalowy łańcuszek. Pod koniec XXI wieku sport ruchowy praktycznie nie istniał. Możliwe było wgranie pewnych aktualizacji, dzięki którym największa fajtłapa grała piłkę efektownie jak Ronaldinho, skutecznie jak Deina, szybko jak Rooney a zarazem statecznie jak Casias. Właśnie dlatego to wszystko straciło sens… Bo któż jest dobry jeżeli wszyscy są idealni? Gdy o umiejętnościach decyduje jedynie zasobność portfela… W tej sprawie Call był bardzo konserwatywny. Uważał wgrywanie aktualizacji dotyczących umiejętności, tężyzny i wytrzymałości za kompletny brak szacunku do natury. W zasadzie tylko tyle mu z tego szacunku zostało… Zanim jeszcze era neurochipów i modyfikacji transgenicznych zaczęła się na dobre - Call był niezwykle aktywnym młodym człowiekiem. Od dziecka interesowały go sporty walki - Uważał, że prawdziwy sport to tylko i wyłącznie pojedynek 1 vs 1. To jego zdaniem mogło pokazać ile tak na prawdę człowiek jest wart. Nie mógł przecież zrzucić winy na kolegę z drużyny… Jeżeli dostał w mordę i wylądował na deskach to wiedział, że sam coś zawalił. Z czasem na deski padał coraz rzadziej. Wciąż panowała głucha cisza. Profesor choć bardzo chciał nie mógł wydać z siebie dźwięku głośniejszego niż pierdnięcie słodkiego kiciusia. Callowi sprawiało niesamowitą satysfakcję patrzenie wprost w przerażone oczy człowieka, którego fragmenty w ciągu najbliższej doby prawdopodobnie znajdą się w jelitach jakiegoś prosiaczka czy innego szynszylka. Sąsiedzi uważali go za wzór do naśladowania- zawsze pożyczał sól i kosiarkę, aktywnie udzielał się w radzie osiedla i był przewodniczącym kółka miłośników poezji romantycznej, które sam na swoim osiedlu założył. Call zastanawiał się czasami co by pomyśleli gdyby dowiedzieli się, że biedny Bill- współzałożyciel koła, jego "przyjaciel" i mąż pani Biernackiej, który ciut za wiele zobaczył… Został zjedzony przez psa panny Kolkstain. Tak… z pewnością można powiedzieć ze z Calla był kawał bezwzględnego skurwysyna. -Słuchaj mnie bardzo uważnie, bo nie lubię się powtarzać - Powiedział Call bardzo spokojnym tonem głosu, jakby czytał skutki uboczne Rutinoscorbinu na ulotce - Jeżeli się nie uspokoisz, pożyjesz nie dłużej niż dwie minuty. Machając rękoma tracisz na prawdę sporo tlenu, który jest aktualnie bardzo potrzebny Twojemu mózgowi. Bądź spokojny, a jest szansa choć przyznam uczciwie, że niewielka, że dożyjesz do końca dzisiejszego dnia. Jedno słowo i poznasz pana Oskara. Uwierz mi, że tego nie chcesz. Wyprowadził niskie kopnięcie, trafił precyzyjnie ciut nad lewe kolano Profesora. W tej samej chwili kantem dłoni wykonał szybkie uderzenie w grdykę wykładowcy. Wszystko to trwało ułamek sekundy. Ofiara padła na podłogę jak porażona paralizatorem. Zaczął łapczywie wciągać powietrze - jak poławiacz pereł, wypływający z wody w ostatniej możliwej chwili. Twarz choć wykrzywiona bólem i potwornie wystraszona ukazała na chwilę nutkę ulgi i rozluźnienia. -O co tu kurwa cho… Call błyskawicznie wyciągnął pistolet ze staroświeckiej kabury rodem z serialu Miami Vice, popularnego pod koniec XX wieku. Przeładował i wymierzył w rękę profesora. -Czy ja o czymś nie mówiłem? Nie odzywasz się nie pytany. - Chwila ciszy… - Bardzo się cieszę się, że zrozumiałeś. Lubię pracować z inteligentnymi jednostkami. Call, z gracją rosyjskiej baletnicy, schował pistolet do kabury. Wyciągnął trzy paski zaciskowe. Podszedł spokojnie do profesora. Jednym paskiem zacisnął mu dłonie za plecami. Drugim kostki. Trzeci zaczepił o pierwszy i przytwierdził do grzejnika. Ten koleś na prawdę lubi stare szpargały - pomyślał Call. Ale to dobrze - zawsze miał problem, ze znalezieniem czegoś solidnego, do czego można przykuć klienta. Call rozglądnął się spokojnie po pokoju. Podszedł do bujanego fotela i podsunął go bliżej profesorka. -Pytanie pierwsze. Jak się nazywasz? - Zapytał Call parodiując przy tym znanego, wiecznie młodego gospodarza większości teleturniejów popularnych parę ładnych lat temu. -Endy Bostek Błyskawiczny ruch, błysk, stróżka krwi i stłumiony błyskawicznie krzyk. Call wydał ten wkurwiający dźwięk z teleturniejów, dających Ci mało subtelnie znać, że się pomyliłeś. -To jest właśnie Oskar… Powiem Ci w tajemnicy, że w zasadzie to dobry ze mnie facet. Dopóty kiedy jesteś ze mną szczery i nie pierdolisz mi bajek o kolorowych balonikach... Cisza… Przerywana tylko dźwiękiem świstu kolejki miejskiej, przelatującej gdzieś pod nimi. Z lewej stopy przywiązanego do grzejnika mężczyzny sączyła się krew. -Krzysztof, czy chcesz mi coś powiedzieć? - Ciągnął Call -Jak mnie znaleźliście? - Zapytał biały jak ściana profesor -Chwila… Który z nas jest przywiązany do kaloryfera, a który ma pistolet? Calla wypełniały hormony szczęścia. Dopamina i serotonina zalewały jego głowę. To jednak wbrew pozorom pozwalało mu trzeźwiej myśleć. Choć nienawidzi modyfikacji, to dobrze wie jakby się teraz bez nich zachował. Profesor z całą pewnością leżałby już w kałuży krwi. A on sam przyglądał by się spływającej z jego ciała krwi, śmiejąc się i doznając metafizycznego orgazmu. Call jest taki od urodzenia. Od kiedy pamięta uwielbiał się przyglądać śmierci i cierpieniu innych ludzi. Były to jedyne chwile gdy kiedykolwiek coś odczuwał. Już kiedy był dzieckiem samotnie wychowująca go matka zauważyła, że coś jest nie tak. Mały Call nigdy nie płakał, nigdy nie był smutny, przygnębiony, nigdy się nie śmiał… Dopóki nie zobaczył na własne oczy konającej babci, chorej na czerniaka. Wtedy po raz pierwszy szeroko się uśmiechnął. Matka była przerażona. Pięcioletnie dziecko cieszące się ze śmierci babki… Następne lata Call spędził tułając się po szpitalach,…