Akcja · 18 min czytania
***
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
- Klęknij, suko! – wrzasnął ktoś na całe gardło wymierzając mi siarczysty policzek. Nie miałam pojęcia kim jest ani gdzie się znajduję. Jeszcze wczoraj byłam radosną siedmiolatką idącą do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Miałam śliczne nowe buciki, które kupiłam z mamą tydzień wcześniej. Moje podręczniki pachniały nowością, kolorowe długopisy znajdowały się równo poukładane w nowym piórniku, który z kolei leżał w nowym plecaku. Długie, czarne, sięgające pasa włosy zostały zaplecione w ciasny warkocz. Ot, zwykła dziewczynka, przechodząca jedynie przez ulicę po to, by rozpocząć nowy rozdział w życiu. Rozpoczęłam, owszem. Jednak nie do końca taki, jaki planowałam wraz z rodziną. Pamiętam jak dziś moment, w którym podjechał na pasach zwykły czarny volkswagen z przyciemnianymi szybami. Auto jakich miliony. Ktoś złapał mnie na ręce zrzucając mój śliczny plecak i lewy bucik. Rozrzucone książki… tyle po mnie pozostało. Minęło trzynaście lat. Straciłam wiele czasu starając się przywołać obraz swojej rodziny. Nie mogłam. Celowo zostałam wyzuta ze wspomnień, nie mając czasu ich pielęgnować. Dyscyplina, dyscyplina, dyscyplina. Posłuszeństwo. Dyscyplina. Wierność. Tego się uczyłam. Nie przyrody, nie matematyki czy historii. W moim nowym świecie nie było to przydatne. Musiałam wiedzieć, gdzie uderzyć, gdzie wycelować lufę pistoletu by zabić. Bez zbędnych ceregieli. Jak tropić, jak nie dać się złapać. Godziny spędzone na katorżniczych ćwiczeniach. Dni zamieniające się w tygodnie, tygodnie w miesiące, a miesiące w lata. W lot pojmowałam obsługę najbardziej wyszukanej broni. Zawsze byłam chwalona. Perfekcjonistka. Jednak ja po prostu nie byłam głupia. Wiedziałam, że jeśli nie okażę się dość dobra, zostanę wywieziona na pustkowie, zlikwidowana i najzwyczajniej w świecie zakopana w jakimś dołku. Tak, jakbym nigdy nie istniała. Pierwszego człowieka zabiłam mając tylko 14 lat. Spisałam się. Bo któż by się spodziewał, że ta ubrana w mundurek szkolny śliczna dziewczynka w plecaku trzyma pistolet Browning High Power z tłumikiem? Tak, to była moja pierwsza broń. Niezbyt okazała, to prawda, ale wtedy jeszcze nie odznaczałam się zbyt wyszukanym smakiem, jeśli chodzi o narzędzia pracy. Dopiero dwa lata później moim oczom ukazała się czterdziestka piątka. I tak już została… ona, ja i moje śliczne czarne Ducati 999R, na które wsiadałam w ciemną noc i przemierzałam ciężkie kilometry tylko po to, by dopaść swą ofiarę. Wówczas jako czternastolatka musiałam zlikwidować pewnego miłego starszego pana, którego zlokalizowałam w sklepie spożywczym. Tak jak mi polecono w dokładnie zaplanowanym senariuszu, stanęłam przed nim w kolejce z lizakiem, do którego kupna zabrakło mi jedynie 30 groszy. Starszy mężczyzna kupił mi tego nieszczęsnego lizaka, a nawet dwa czekoladowe batoniki i paczkę chipsów. Nie wiedział, że 20 minut później, kiedy uda się do swego domu na obrzeżach miasta, dziewczynka, którą tak wspaniałomyślnie wybawił z opresji z zimną krwią pociągnie za spust trafiając go wprost między oczy, podczas gdy jego rodzina spokojnie podawała do stołu. Do tej pory pamiętam wyraz niesamowitego zdziwienia na jego twarzy. Nie wiem kim był, nie miałam zresztą takiego obowiązku. To nie była moja działka, co jakiś czas dostawałam listę nazwisk, miejsc, w których mam szukać i treściwy, acz dokładny opis wyglądu przyszłego denata. Ot, cała filozofia. Oczywiście nie byłam sama. Z około trzydziestki dzieciaków zostało nas jedynie siedmioro. Najlepsi. Najbardziej obiecujący i najzdolniejsi. Ja i sześciu chłopczyków w wieku od 5 do 9 lat. Reszta skończyła swój żywot. Okrutne. Nie rozpaczałam, wiedziałam, że uczucia są oznaką słabości, a słabość w tym fachu to wyrok śmierci. Pojęłam to od razu, może dlatego uważali mnie za fenomen. Dziecko geniusz. Podczas gdy na koncie miałam już pięć ofiar, chłopcy dopiero dostawali swoje pierwsze zlecenia. Nie mieliśmy imion. Byłam numerem 47, mieszkałam w pokoju przypominającym celę w zakładzie karnym. Twarde łóżko, stolik, krzesło i zegarek. Jak się później przekonałam, wszystkie pokoje były identyczne, z tym, że mnie, jako najlepszej z całej siódemki przysługiwał własny kubek. Śmieszne. Żałosne… ale ten kubek znaczył dla mnie bardzo wiele. Jedyny stały element w moim marnym życiu, niezmienny. Stojący zawsze w tym samym miejscu. Moja własna, prywatna rzecz, do której wracałam każdego dnia. Codziennie zamykano nas na klucz. Posiłki przynoszono do pokojów. Pożywne, dające dużo energii. Każdego dnia o godzinie 6.00 rano odbywały się czterogodzinne ćwiczenia z instruktorami, którzy wyciskali z nas siódme poty. Żadnej taryfy ulgowej. Jedynie dla mnie zmieniano plan ćwiczeń gdy miałam miesiączkę. Nie mogli sobie przecież pozwolić na to, by ich najlepszy zawodnik uległ przeforsowaniu i odpoczywał bezużyteczny przez kilka dni. Za każde dobrze wykonane zadanie czekała nas nagroda. Nie były nią słodycze, ani książki. Nie były to też zabawki. To znaczy były, ale nie takie, jakie mają normalne dzieci. Dostawaliśmy noże, maczety, rękawice bokserskie, nowe stroje do ćwiczeń, bądź jako nagrodę główną - kolację z naszym Panem. I znowuż jako ta najlepsza, za swoją okrągłą 30 ofiarę, w wieku osiemnastu lat dostałam czarne Ducati. Podczas kolacji mój Pan stwierdził, że nie uchodzi, by taki skarb jak ja poruszał się komunikacją miejską. Na motocyklu również można pozostać niezauważonym. Dwie godziny później do mojego pokoju przyniesiono również odpowiedni, czarny strój i skórzaną kurtkę motocyklową. Nauka jazdy na tym cudzie zajęła mi jedyne dwa dni. Po tygodniu wyciągałam 270 km/h jadąc brawurowo ulicami miast. Nie czułam jednak wolności. Nie wiedziałam nawet, że takie uczucie istnieje. Byłam wdzięczna memu Panu, memu dobroczyńcy, że tak bardzo o mnie dba. Przez jedenaście lat pobytu w tym miejscu, pomimo nieco ascetycznego stylu życia jaki tu panował, byłam traktowana niemal z szacunkiem. Wszyscy wiedzieli o moim braku zdolności do jakichkolwiek uczuć. Uważana byłam za zimnego mordercę bez skrupułów. Poniekąd była to prawda. Łatwo jest nauczyć się nieczuć. Bardzo łatwo. Nie trzeba lat praktyki, to przychodzi samo z siebie, jeśli jest się wyjątkowym racjonalistą, twardo stąpającym po ziemi i wie, że uczucia to najgorsze, co może spotkać w tym fachu. Jednak w końcu nadszedł ten dzień, kiedy zaczęłam czuć. Dzień moich dwudziestych urodzin. Na koncie 38 zakończonych sukcesem zadań. Do mojego pokoju przyszedł wówczas Pan.
- Witaj, Czterdzieści siedem.
Przyklęknęłam szybko na jednym kolanie z pokorą pochylając głowę. Tak właśnie witaliśmy naszego Pana, który jednocześnie był naszym szefem. W ten sposób, od pierwszego dnia, którego tutaj przybyłam, okazywałam mu szacunek.
- Dziś kończysz dwadzieścia lat – powiedział swoim niskim, zachrypniętym od whisky i papierosów głosem. Nadal klęcząc, widziałam tylko czubki jego idealnie wypastowanych butów – Wszystkiego… ekhm… – odchrząknięcie - Najlepszego. Mam dla ciebie… ekhm…- kolejne odchrząknięcie, duszący kaszel - Specjalny prezent.
- Nowe zadanie? – spytałam, unosząc lekko wzrok na wysokość jego kolan.
Część 22 / 2
Podszedł do mnie powolnym, ciężkim krokiem i ujmując pod brodę nakazał wstać.
- Jesteś taka śliczna – rzekł szeptem patrząc mi w oczy – Trzynaście lat temu nie spodziewałem się, że wyrośnie z ciebie taka… piękność. Jego świszczący oddech ponownie zamienił się w kaszel, który, jak miałam wrażenie, wydobywał się z najgłębszych i najczarniejszych zakamarków jego zatrutej duszy. Nie chciałam tego słuchać. Nie chciałam widzieć jego zamroczonych, zamglonych oczu wpatrzonych w moje usta, do których jego własne niebezpiecznie się zbliżały. Wiedziałam, że to, co chce zrobić jest złe, ale nie mogłam się sprzeciwić.
- Mój panie – odszepnęłam przerażona z trudem łapiąc oddech – Czym zasłużyłam na taką… dobroć? – Niemal wyplułam to słowo.
- Ciii – nachylił się i złożył pocałunek w kąciku moich ust. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że jest ode mnie zaledwie kilka centymetrów wyższy, przygarbiony i prawdopodobnie bez trudu powaliłabym go na ziemię jednym ruchem. Domyśliłam się również, czemu zaczął tak ciężko stąpać. Wykwitł przed nim ogromny brzuch, a jego twarz nalana tłuszczem i alkoholem przybrała niemal kolor purpury. W chwilę potem jednak skarciłam się za to w myślach. Nie przystoi okazywać takiej niewdzięczności! Odsunął głowę ciekaw mojej reakcji. Instynktownie przybrałam wyraz bezbrzeżnej wdzieczności na twarzy, mimo że jedyne co czułam to obrzydzenie. Miałam ochotę splunąć i wytrzeć usta, z ledwością z resztą utrzymywałam ręce przy bokach. To mój Pan, powtarzałam w myślach jak mantrę, a moim życiowym celem jest zrobić wszystko, by go zadowolić. Wiedziałam, co to pocałunki i seks, choć nigdy w życiu tego nie…