Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 19 min czytania

Bez tytułu

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 1 Był chłodny jesienny poranek, słońce dopiero co wzeszło, jeszcze nie zdążyło ogrzać zimnej ziemi, młody chłopiec imieniem Gildas szedł jak co dzień pomagać choremu wujowi Maurycemu. Miał tylko jego, ojca nie znał, a matka zmarła, gdy był mały. Wuj prowadził profesjonalną stadninę koni, te zwierzęta były jego największą miłością, tym uczuciem zaraził też swojego siostrzeńca. W stajni znajdowały się najlepszej krwi bojowe rumaki, to właśnie takich koni dosiadali legendarni jeźdźcy Lechisu. Gildas od zawszę marzył aby w przyszłości być jednym z nich, niestety ten przywilej był zarezerwowany tylko dla najbogatszych rodów królestwa. Gdy dochodził do stajni usłyszał głośny łomot i charakterystyczny świst. – Lekka konnica, zawsze rozpoznam ten odgłos. – Pomyślał,. I się nie mylił, zza zakrętu wyłoniła się dość duża grupa lekko uzbrojonych jeźdźców na koniach, przypominali zakrwawione anioły, to dla tego, że byli odziani w czerwone tuniki, czerwone kopie i charakterystyczne skrzydełka przymocowane do siodeł wierzchowców. Prezentowali się dumnie i budzili powszechny szacunek. -Z drogi!!! - Krzykał dowódca oddziału, w tej samej chwili Gildas wraz z innymi przechodniami szybko usunęli się pod okoliczne budynki. -Co im się tak spieszy? – Powiedział jakiś kupiec do swojego brodatego towarzysza. - Brodacz wybąknął coś niezrozumiałego i podążył przed siebie. Gildas pełen zachwytu jeszcze długo po przejeździe konnicy, spoglądał w na wschód, wypatrywał kawalerzystów, Nagle usłyszał głos wuja. – Robią wrażenie co nie??- Lekko uśmiechając się odwrócił i gestem ręki ponaglił chłopca aby ruszył się do pracy. - Oczywiście wujku, kiedyś zostanę jednym z nich! Uśmiechnął się i pognał prędko do stajni, tam czekało na niego wiele pracy. Gdy wszedł do stajni, przywiał się z każdym koniem osobno, znał imiona każdego zwierzęcia i lubił je wszystkie po równo. Nucił jakąś melodię gdy naglę zobaczył w drzwiach budynku swojego najlepszego przyjaciela, Rocha. Przyjaciel był w tym samym wieku co Gildas, ale wyróżniał się z tłumu trochę większym niż przeciętnym wzrostem i mocniejszą budowa ciała, jak na trzynastolatka, prezentował się nad wyraz dorośle. - Cześć Gild! Krzyknął Roch, widząc swojego przyjaciela sięgającego po kolejną porcie świeżego siana.. -Witaj Roch, długo Cię nie widziałem, balem się, że coś Ci się stało – powiedział z lekkim wyrzutem sumienia Gildas. -Przepraszam, że tak długo się tu nie pokazywałem, musiałem odwiedzić rodzinę w Marobi, wiesz, to trochę daleko, a przed wyjazdem nie zdążyłem się z Tobą pożegnać, wybacz- Mówiąc to uśmiechnął się i szybko podbiegł do przyjaciela, aby go uściskać. Z początku udawana złości Gildasa przeistoczyła się w nieposkromioną radość. -Dobrze Cię znowu widzieć Roch, mam nadzieję, że dzisiaj mi pomożesz, mam wiele pracy, a chciałbym jeszcze trochę potrenować szermierkę. -Oczywiście, że Ci pomogę, po to tu jestem i z chęcią potrenuję też z Tobą szermierkę.-Odparł i z uśmiechem wziął się do pracy. Po paru godzinach ciężkiej pracy, obaj chłopcy wyszli przed stajnię, usiedli na odwróconych drewnianych wiadrach i odpoczywali. -Gdzie masz swoją drewniana szablę??- Zapytał Gildas. -Niestety połamałem ją podczas pojedynku z Erikiem, pamiętasz go?? -Jasne, że pamiętam, nadęty bogaty chłoptaś. – Mówiąc to, uśmiechał się do towarzysza. -Mam nadzieję, że połamałeś swą drewnianą klingę na jego głowie – Zaśmiał się. -A jakże! Teraz już nigdy nie będzie się śmiał, z biedniejszych od siebie. Niestety nie mam czym z Tobą trenować, będą musiał zrobić następną. -Nie martw się, zaraz coś się wymyśli – Mówiąc to, Gildas wstał, podszedł to wiszącego wielkiego skórzanego worka i wyciągnął ze środka mały, ale wyglądający na porządny nóż. - Narzędzie do wystrugania już mamy, jeszcze tylko trzeba poszukać jakiś dobry kawał drewna i gotowe. Chodź do lasu, na pewno coś ciekawego znajdziemy. Las był oddalony na wschód od Chersus, miasteczka w którym żyli Gildas i Roch, o jakieś pół godziny drogi. Chłopcy bez pośpiechu podążyli w stronę lasu. Po kilkunastu minutowych poszukiwaniach chłopcy znaleźli lekko zakrzywiony kawałek dębu. -Ten chyba będzie dobry. - Odparł z widoczną ulgą Roch. -Hmm, wydaje się mocny, nie jest ani za suchy, ani za mokry, w sam raz do nauki. -Ruszajmy z powrotem Nagle usłyszeli jakiś kobiecy łagodny głos, była to nieznajoma starsza Pani. -Chłopcy!! - Zawołała. -Moglibyście pomóc mi z koszami? - Zapytała z nadzieją w oczach, ponieważ miała już za sobą wiele wiosen, nie mogła tak po prostu zanieść koszów do swojego domostwa. -Ależ oczywiście.-Odpowiedział, bez namysłu Roch. -Gdzie Pani mieszka?- Tym razem zapytał Gildas. -Mieszkam piętnaście minut drogi stąd na północ, wybaczcie chłopcy, że wam przeszkodziłam, ale źle się poczułam, chyba nie dam rady sama zanieść grzybów s powrotem. -Nie ma problemu, pomożemy Pani.- Mówiąc te słowa podeszli do starszej Pani, Każdy wziął po jednym koszu pełnym świeżych grzybów i ruszyli w drogę. -Jak się chłopcy nazywacie?-Zapytała z wielką wdzięcznością. -Ja nazywam się Gildas, a to mój przyjaciel Roch. -Miło mi, ja jestem Liliana, jeszcze parę minut i będziemy na miejscu. Nim się spostrzegli, już byli na miejscu, domek wydawał się na dość solidny, murowane mury z cegieł, kilkuletnia strzecha, zagroda a w niej dorodne kury. -Dziękuje wam chłopcy.-Powiedziała Lilana.- Jak mogłabym się wam odwdzięczyć, zechcieliście by coś zjeść ?? Roch bez wahania przytaknął, był bowiem zbliżała się godzina przy której przeważnie jadał obiad. -To zapraszam do środka.-Odpowiedziała. Środek chatki był ubogo wyposażony, ale do normalnego życia niczego tam nie brakowało. Chłopcy rozsiedli się wygodnie na drewnianych krzesłach. Czekając na jedzenie, postanowili założyć się które grzyby starsza Pani przyrządzi. -Ja obstawiam, że przyrządzi borowiki. - Powiedział cicho Roch. -A mi się wydaje, że dziś na obiad zjemy pieczarki. - Uśmiechnął się Gildas. Na nieszczęście obu chłopców, otrzymali na talerzach, danie z pomieszanych kilku grzybów. -A niech to!A mogłem obstawić właśnie taki wynik. - Zaśmiał się Roch. -Skąd jesteście??-Zapytała uśmiechnięta Lilana. -Mieszkamy w Chersus'ie, mój wuj zajmuję się stadniną koni, ja mu pomagam, a Roch jest synem kupca. - Mówiąc to spojrzał na przyjaciela, jednocześnie się uśemichając. -Ojca ciągle nie ma w domu, bez przerwy podróżuje z rożnymi towarami, dla tego, wolny czas spędzam z Gildasem, często razem pomagamy jego wujowi w stajni. Obaj lubimy konie, szczególnie te bojowe, piękne zwierzęta, w dodatku bardzo mądre. -Chyba nie wszystkie, czarny Beny, nie jest zbyt bystry. - Zachichotał Gild. -Konie to pęknę stworzenia, maiłam kiedyś jednego, co prawda to był zwykły koń pociągowym, nie żaden bojowy rumak, ale był bardzo sympatyczny. - Odparła Lilana. Nagle przeraźliwie zakaszlała, widząc to dwaj przyjaciele, przerazili się, na szczęście atak kaszlu szybko minął, a staruszka odetchnęła z ulgą. -Przepraszam was. - Powiedziała, z poczuciem winy. -Ależ nic się nie stało. - Powiedział wyraźnie zaniepokojony Gildas, - Pani mieszka sama? -Niestety tak. - Odpowiedziała ze smutkiem w oczach. -Lepiej nie pytać o szczegóły, niepotrzebnie będziemy rozdrapywać stare rany. - Ze smutkiem pomyśleli obaj przyjaciele. -Jeśli by Pani zechciała, moglibyśmy do Pani od czasu do czasu przychodzić, przygotowalibyśmy drewna, przynieśli wody, co Pani na to?? - Powiedział Gildas -Jeśli by to wam nie sprawiało kłopotów, to czemu nie? - Odpowiedziała starsza kobieta, wyraźnie uradowana. -Chyba już na nas czas.-Odparł Roch. - Pożegnali się i ruszyli w drogę powrotną. Podczas drogi gawędzili na temat starszej Pani i podziwiali uroki wiosennych widoków. Na łąkach pasły się liczne stada dorodnych krów, rolnicy zaczynali pracę w polach, a pierwsze sztuki bocianów zdążyły już wrócić z dalekich ciepłych krajów. - Nie dziwie się Lilanie, że chciało jej, się aż tak daleko iść zbierać grzyby, robi z nich wyborne dania. - Mówiąc to Roch poklepał się po pełnym brzuchu. Minęło sporo czasu zanim obaj wrócili do posiadłości wuja Maurycego, słońce chyliło się ku zachodowi. -Nareszcie, w domu, teraz czas na przygotowanie twojej szabli, robiłem już dziesiątki razy więc pójdzie szybko. Poczekaj przed stajnią, a ja pójdę po nóż. - Gild pomaszerował do środka, po chwil wrócił i zabrał się za pracę, strugał wzdłuż drewniany kawałek, raz w przód, raz w tył. -Rzeczywiście robisz to z niemałą wprawą, jeszcze trochę tutaj. - Pokazał palcem miejsce na kiju, wyższy z przyjaciół. - I będzie gotowe. Minęło kilka minut zanim Gildas ostatecznie uporał się z rzeźbieniem kija. - Już gotowy, możesz go wypróbować. - Podał ćwiczebną szablę przyjacielowi. -Pamiętasz jak podglądaliśmy ćwiczenia w szkole kawalerskiej Sir Erica? - Chłopcy podglądali zajęcia szkoły walki, chcieli być wojownikami i zawczasu pragnęli doskonalić swoje umiejętności. -Oczywiście, że pamiętam, najpierw cięcie znad głowy w lewą stronę, później szybkie cięcie prawą, lewą stroną a na końcu pchnięcie. - Machinalnie wypowiedział słowa Roch. Po kilku sekundach zaatakował Gilda, przez ponad pół godziny okładali się kijami bez wytchnienia. Wyglądało to jak dziecinne zabawy, lecz wprawne około doświadczonego wojownika, bez przeszkód zauważyłoby potencjał drzemiący w tych dwóch młodych ludziach, co prawda, technika wyprowadzanych ciosów nie była idealna, lecz i tak ponad przeciętna. W oczach obydwu przyjaciół zagościła determinacja i wielka

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bez tytułu — czytnik · opowiadania