Fantastyka · 18 min czytania
Bez tytułu, cz1
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Słowem wstępu chciałabym tylko nadmienić, że jest to temat, za który zabieram się po raz kolejny. I mam nadzieję, że tym razem będzie to bardziej udane podejście. Mogą występować błędy ortograficzne, interpunkcyjne i inne tego typu kwiatki, na których wychwyceniu, drogi czytelniku, bardzo mi zależy.
Wstęp Początki są zawsze najtrudniejsze, ale nikt nie powiedział, że koniec jest prostszy do osiągnięcia. Środek zawsze najcięższy do uchwycenia, najwięcej w nim błędów, które trzeba poprawić zanim dojdzie się do końca, bo niektóre z nich są potem nie do odwrócenia. Proces tworzenia nowego świata przerósł dwa młode bóstwa. Bo znając tylko zasady i teorię tworzenia podstaw, brakuję zawszę tego czegoś: środka, duszy, istnienia. Wtedy dodajemy coś znanego nam, coś od siebie. I przeważnie nie zadziała to tak, jak powinno. Świat składa się z energii, materii zawsze w ruchu, zawsze żywej, nieuchwytnej. Z jednej strony coś tworzy, z drugiej niszczy. Ale to pozory tylko, ponieważ nic nie może zamienić się w nicość. Przemieni się w energię, w jej podstawową, najczystszą postać, która może i przeistoczy się znów z czasem w coś innego. Lena tworzyła morza, oceany, lądy, chmury i wiatr, zwierzęta latające, pływające, skaczące i biegające. Lainfarez tworzył istoty myślące, kojarzące, kalkulujące - słowem - inteligentne. Ogniwo, które miało stworzyć ten świat wyjątkowym, unikalnym, barwnym i interesującym. Ale młode bóstwo podczas procesu tworzenia dodało za wiele od siebie. Stworzone istoty nosiły w sobie pierwiastek chaosu, który mógł doprowadzić do samozniszczenia, wciągając w otchłań zagłady wszystko dookoła. Zanim pojawiły się pierwsze oznaki potwierdzające przypuszczenia młodego bóstwa, ten sam postanowił podjąć kroki, eliminując to zagrożenie. Ponieważ proces tworzenia tego świata został zamknięty, nie mógł już tylko za pomocą pstryknięcia palcami zniszczyć tego, co pragnął. Mógł tylko tworzyć bądź zmieniać, trzymając się zasad istniejących na tym świecie, które sam wyznaczył. Więc stworzył bestie, wynaturzone organizmy, pochłaniające energię żywych istot. Konsumowana przez nich moc musiała znaleźć ujście, a że nie była wykorzystywana do procesu kreacji, została zużyta w inny sposób. Lena nie była świadoma nowego stworzenia swojego brata. Zorientowała się zbyt późno, by zapobiec nieszczęściu. Bujne lądy zamieniły się w pustynie, a oceany w wyschnięte rumowiska. Nie było już chmur, ptaków, wiatru. Pozostała głucha pustka, w której nadal odbijało się echo przerażenia. Istoty stworzone przez Lainferaza pomarły już z głodu, ponieważ nie pozostawiły nic, co mogły by skonsumować. Młode bóstwo, zachwycone swoim nowym dziełem, śmiejąc się szaleńczo, opowiadało siostrze o przyczynach swojej decyzji. Nie chciał, by świat całkowicie zmienił się w martwą planetę, ale niestety ostatnie jego stworzenie było jeszcze mniej przemyślane i bardziej chaotyczne, niż te, które chciał nimi zniszczyć. W obliczu kompletnej destrukcji, na Lenę spadł obowiązek odbudowania świata. Wykorzystując całą swą wściekłość całkowicie odcięła swojemu bratu możliwość tworzenia. Niestety, jedno bóstwo nigdy nie było w stanie stworzyć idealnie działającego świata. Mówi się, że Lena zużyła wszystkie swoje siły życiowe by odbudowywać, to co zostało zniszczone. Miała również w pamięci fakt, że owe straszliwe bestie również wrócą do życia i proces zniszczenia zacznie się od nowa. Z drugiej strony słowa brata, mówiące o samo destrukcyjnej istocie stworzeń, które Lainfarez powołał na ten świat. Ostatnie swoje siły tchnęła w Nadzieję dla Świata, pozwalając istotom dostrzegać, rozpoznawać i komunikować się z egerią. Równocześnie dając im wskazówki i przykazy, dzięki którym będą w stanie bronić swego istnienia przed bestiami. Ale pytanie, czy posłuchają. Czy wykorzystają szansę, jaką otrzymali od Leny by udowodnić Lainfarezowi, że się mylił? Bo nie ma już nikogo, kto by mógł odbudować ten świat, jeśli poniosą porażkę.
Z Kronik Życia, wpis pierwszy dokonany ręką Kirserathill Biblioteka Łez, Karanel
I
Cały dzień było pochmurno. Na niebie wisiały ciężkie stalowe chmury, nie przepuszczając promieni słonecznych. Z drugiej strony też nie chciało padać. Powietrze stało nieruchomo, ciężkie od wilgoci. Typowe oznaki nadchodzącej zmiany pory roku. Wszędzie można było wyczuć wszechobecne wyczekiwanie. Nawet fale oceanu rozbijały się o skały jakoś bardziej markotnie niż zwykle. Po sam horyzont widok był ten sam; ciemne chmury leniwie posuwające się przed siebie. Od czasu do czasu między nimi pojawiał się prześwit, dający nadzieję na choć jeden promień słońca tego dnia. Na nadziei się kończyło. Kwestią czasu był na pewno deszcz, który jeszcze jakby się wstydził, albo czekał na odpowiedni znak, który miał się pojawić już niebawem na nieboskłonie i zagościć na nim przez najbliższe długie miesiące. Ten, który przynosi deszcz - Verserette, drugi księżyc okrążający Laurenie. Pierwszy z nich, Nirr jest niczym pieprzyk, malutki, ledwo dostrzegalny i bez znaczenia. Chyba, że pojawia się na niebie razem ze swoim większym bratem - wtedy jest deszcz, wtedy rosną rośliny i są zbiory. Mieszkańcy niosą modlitwy dziękczynne za dobrobyt, za udane zbiory, za zdrowie do Stworzycielki. Nadeszła noc i Verserette ukazał rąbek swej czerwono-błękitnej tarczy, ciemnej na początku a z biegiem czasu coraz jaśniejszej. Dzięki niemu i noce stają się jaśniejsze, cienie między drzewami mają nietypowy, rdzawy kolor. Wtedy niektóre uśpione zwierzęta wychodzą na żer. Droga z lasu kończy się nad urwiskiem Leniwego Oceanu i skręca w lewo, do miasta. Do Sul'lasill. Nie jest to miasto, jak każde inne, bo nie zostało zbudowane pracą ludzkich rąk. Słowo "zbudowane" również nie było by odpowiednim stwierdzeniem. Część miasta znajduje się nad powierzchnią ziemi i wody. Tutaj bowiem spływa do oceanu największa rzeka tego kontynentu - Durina, tworząc ogromne rozlewisko, a podczas pory mokrej, wręcz jezioro z kilkunastoma wysepkami. Toteż budowanie czegokolwiek na ziemi wiązało by się z niepowodzeniem i pewną katastrofą. Budynki nie dotykają ziemi i nie dotykają wody - są zawieszone w powietrzu. Nie lewitują, ale są oparte na czymś, dla zwykłego śmiertelnika niedostrzegalnego. Cześć z tych budynków jednak ma solidne podstawy w postaci wielkich i grubych kolumn, wyciosanych w litej skale. Dotyczy to największych budynków, które stanowią centrum miasta - jego serce. Dalej na zachód, gdzie klif staje się łagodniejszy znajduje się jedyny port łączący ten kontynent z resztą ziem, znajdujących się na Laurenie. Tam znajduję się tak zwana dolna część miasta, wykuta w litej skale. Kiedy świeci słońce kopuły miasta iskrzą się, jakby były pokryte tysiącami malutkich diamencików. Drogi i budynki pokryte są białym kamieniem, który jest ponaznaczany nitkami niebieskiej barwy, od jasnego błękitu do najciemniejszego granatu. Poszczególne lewitujące budynki połączone są napowietrznymi kładkami, które nie są stworzone z kamienia czy z drewna. Wyglądają, jakby zostały utkane z nici o barwie niemalże przeźroczystej. Dzięki swej konstrukcji nawet najsilniejsze wiatry nie są w stanie ich zerwać. W nocy miasto rozbłyska od setek lampionów, zawieszonych przy każdym moście, przy każdej dróżce, przy każdych drzwiach i werandzie a nawet na balkonach. Tej właśnie nocy, kiedy Verserette leniwie wychylał się zza horyzontu, w kierunku miasta powoli zmierzał wędrowiec. Mimo iż u jego boku towarzyszył koń, szedł piechotą. Być może dlatego, że zwierze ciągnęło niewielki powóz. Naprawdę mały i wąski, jakby wymyślony do przewozu jednej osoby. Wędrowiec miał na głowie kaptur, który przysłaniał jego złoto-miodowe włosy, na plecach zaś futerał z łukiem i kołczan ze strzałami. Szedł powoli, wręcz ostrożnie, od czasu do czasu oglądając się za siebie. W powozie faktycznie ktoś leżał, ale się nie ruszał ani nic nie mówił. Na spokojnej zazwyczaj twarzy wędrowca gościł niepokój. Westchnął. Cieszył się w duchu, że już prawie są na miejscu. W pewnym momencie zatrzymał się jakby się czegoś lub kogoś spodziewał. I faktycznie, z cieni wyszły do niego dwie sylwetki, zdecydowanie niższe od niego. Skłoniły się lekko, pozdrawiając wędrowca. Były to kobiety. Dla niewprawnego oka mogłyby się wydawać identyczne. Odziane były bardzo lekko, stąpały boso. Miały na sobie wystarczająca ilość skrawków materiału, by pozakrywać najważniejsze części ciała i by nosić ze sobą broń. - Al'elrien. Przepraszamy, że tak zatrzymujemy cię na środku drogi, ale... - Al'elrien . Tak, wiem - uśmiechnął się przyjaźnie. - Obowiązki. Właściwie cieszę się, że postanowiłyście mnie przywitać osobiście. - Kto to jest? Pytanie padło od strony wozu. Leżała tam dziewczyna. Była przykryta kocem po samą szyję. Oddychała bardzo płytko. Miała spierzchnięte i popękane wargi, a cera nabrała niezdrowego, woskowego połysku. Oczy szeroko otwarte wpatrywały się tępo w niebo. Dziewczyna wyglądała tak, jakby z trudem…