Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Pisarstwo · 9 min czytania

Bezimienne metrzane twarze

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Bezimienne twarze, stateczne, pospolite, równie wymuszone grymasy, bezuczuciowy niby-chłód, i te przemyślenie sztuczne tajone ruchy, niby niewidoczne a jednak. Metro sunie wciąż topornie, po tych jak zwykle nienaoliwionych szynach. Nie widzę, ale wyczuwam jak się nieskoordynowanie chyboce zmierzając zaciemnionym tunelem. Polityczne łajzy jak zwykle nie przeznaczyły pieniędzy, a mnie miota na lewo i prawo, w przypływie chwilowego zamarcia. Lekkie wzdrygnięcie, tymczasowy przestój, kotłowanina rozkręconych, żelaznych kół, by znów bez pamięci ruszyć, rozpędzając się miarowo, po czym znowu niechybnie zwalniając pęd. Wzmożony stukot, milknie bezdźwięcznie. Piszczą koła przylgnięte do szyny, wrąbując się w rozgrzewający się stopniowo metal, zgrzytają napięte osie, nasila prędkość. Następnie gwałtownie przyhamowując, stopuje, potem znów rusza. Rozkręca się, i zwalnia. Nieustannie. Pieprzę ich arytmię, serce mi kołacze.

Zawsze w moim sercu coś szwankowało. Czy przez nerwy, czy przez ciągłe tłumienie emocji? Bywałem niespokojny, i częste zdenerwowanie udzielało się na mnie niekorzystnie. Częstokroć lądowałem w łożu szpitalnym, wąchać musiałem ten przenikliwy smród zgotowanych gorączką, schorowanych starych ciał. Potem wychodziłem zdrowszy trzewiami, świeże powietrze łapczywie wdychałem, życie tętniące czułem, ze spotęgowaną jednak chorobą psychiczną, zwyczajowo rozdygotany długim pobytem, w znienawidzonym miejscu, które nic w moje życie nie wznosiło, oprócz nowych doznań, niechętnych dla każdego człowieka, typu zastrzyk, pobieranie krwi, łykanie prochów. Omamiony lekami, podziurawiony igłami wyrywałem się jak zwykle na własne życzenie z dojmującego szpitala, i z bólem większym niżeli przed wymuszonym urlopem, spuszczając głowę niczym na ścięcie, pobladły, przesiąknięty eterycznym smrodem sterylizowanych ubrań, noszonych w szpitalu, snułem się niechętnie w to miejsce, które zwykło nazywać się domem. Wrysowywałem się w ponury obraz wykrzywionej bólem rzeczywistości na nowo. Kolejna kaleka wymagająca rehabilitacji, następny nie przystosowany, za którego trzeba opłacać podatki. O wy skurwysyny! Zdystansowałem się do świata, stałem się niczym oziębły postument, wrysowany niechętnie w miastowy krajobraz. Ja tylko stałem, mówić nic nie mówiłem, chodziłem, jadłem, i srałem, i spałem jak człowiek. Zlewałem się z tą masą ponuraków, ignorantów, będąc całkowicie niewidoczny, niezagrożony. Przegniły, śmierdzący stęchlizną, i duszącym zapachem wódki, i nikotynowego dymu dom witał mnie jak zwykle, pustą lodówką, i wyłączonym równie zwyczajnie światłem. Kluczami trafić do zamka nie mogłem, na korytarzu, który miał obdrapane ściany, i przyżółkłe sufity, a roztańczone cienie snuły się obłąkańczo wzdłuż zaciemnionych korytarzy. Pomyślałem sobie przez chwilę, że te wszystkie lata były tak monotonne i puste jak poruszające się niedbale metro. Mimo, iż zapełnione intensywnym pędem, przeżyciami, tak jak metro ludźmi z całym ich bukietem doświadczeń, było naprawdę nijakie i miałkie. Ponura wegetacja, epizodyczne wzloty, i równie chwilowe upadki. Euforia zmieszana z obojętnością. Beznamiętnie zapadam w wspomnienia, lecz na przekór uczuciom ckliwie patrzę w niedaleką przyszłość, gdyż chcę, żądam, a raczej potrzebuje niemal patrzeć na te upojne chwile, które wiem, że niebawem nadejdą. Spłyną na mnie jak rozliczeniowe pity, kiedy zacznę zarabiać, przyjdą niczym komornicy, kiedy płacić nie będę, najdą jak spragnieni zerwanego kontaktu przyjaciele, którzy nie wytrzymali rozstaju, niespodziewanie, być może niechętnie, ale zastanę jak list niezdecydowanej zawczasu adoratorki, której bodajże nie widziałem, a która zechce mi wyznać jednak po latach swoją tajoną miłość nie patrząc na chęci, pragnienia, i na mnie. Nagle wyczuwam ciepłą, wilgotną łzę delikatnie snującą mi się po skulonym periodycznym rumieńcem policzku. Świdrowała mi w oku, sklejała rzęsy, łączyła zaropiałe powieki. Próbowałem ją wymuszenie przytrzymać, koncentrując się chciałem ja stłumić w zarodku, było za późno. Łzy przesiąkniętymi bólem zmieszanym z goryczą spadły na wydeptaną brudnymi butami, elastyczną powłokę metrzanej posadzki. Roztrysnęły się z rzadka, sunęły po ziemi zgodnie z ruchem rozpędzonego, rozbujanego pociągu. Spojrzałem na pana siedzącego naprzeciwko. Beznamiętny wyraz twarzy, przyprawił mnie o zdumienie. Był lekko zaskoczony, ale mimo tego, zerkał na mnie cichcem. Pewnie w głowie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Bezimienne metrzane twarze — czytnik · opowiadania