Fantastyka · 10 min czytania
BEZMIAR - CZĘŚĆ 1 - Coś poszło „nie tak
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
CZĘŚĆ 1 - Coś poszło „nie tak”.
- Coś poszło nie tak, coś poszło zdecydowanie „nie tak”!!!
Sprzęt wart miliardy, miesiące szkoleń, lata nudnej służby a teraz takie bagno…
- Coś definitywnie poszło „nie tak”.
Mówienie do siebie to ponoć cecha ludzi z problemami, które rozwiązują przeważnie dobrze opłacani specjaliści wykonujący profesję kojarzoną z bardzo wygodną kozetką. To znaczy bardzo wygodnie jest tylko u tych dobrze opłacanych. Jeśli jednak lata się w kosmosie, człowiek i tak gada tylko z komputerem, który odpowiada, no i ma niezły żeński głos. Jakiś inny, dobrze opłacany specjalista wykoncypował, że komputery powinny mówić głosem płci przeciwnej niż człowiek, którego zmusza się do gadania z nimi przez długie dni misji. Tyle że „ona”, czyli Dafne (imię jak z marnego melodramatu, ale gdy je wymyśliłem, wydawało się być nad wyraz właściwe), od kilku godzin nie powiedziała ani słowa. No tak, wszystko zaczęło się, no i skończyło, jeśli stan aktualny miałby utrzymać się znacznie dłużej, parę godzin temu. Dość nieprecyzyjne określenie zważywszy na fakt, że wokół było kilka ton sprzętu potrafiącego odmierzyć każdą milionową nanosekundy. Ale najwyraźniej od tychże paru godzin znaczna część tego sprzętu nie była w stanie nic zmierzyć. Te kilka godzin temu skończyła się „rutynowa misja ochrony transportu”, rozpoczęła się „standardowa misja zwalczania wrogich jednostek”, która potem dość szybko przekształciła się w „niestandardową misję odwrotu” by zakończyć się „niedopuszczalnym fiaskiem operacji”. Rutynowa misja ochrony transportu, jak sama nazwa wskazuje, polega na pilnowaniu jakiegoś transportu. Tam gdzie pojawia się dużo niekontrolowanej przestrzeni, w połączeniu z wartościowym towarem, zawsze znajdzie się kilku mniej lub bardziej zorganizowanych cwaniaczków, którzy zadbają o to, by w imię odwiecznych praw fizyki towar nie zginął tylko zmienił właściciela. A w kosmosie - i przestrzeni i cwaniaczków jest w nadmiarze. Normalna rutyna polegała na tym, że każdy przewoźnik dość rozsądny od urodzenia, nauczony doświadczeniem własnym lub innych, który wynajmował ochronę w prywatnej korporacji lub w wojsku, mógł spać spokojnie. Potencjalni „interesanci” po stwierdzeniu, że frachtowce są chronione, oddalał się w sposób zorganizowany w sobie tylko znanym kierunku. W końcu chodziło o towar a nie o odstrzeliwanie sobie nawzajem różnych części ciała. Istniała nawet dość prawdopodobna teoria mówiąca o tym, że to niektóre korporacje, oferujące usługi ochrony, w ramach akcji marketingowych urządzały rajdy na niechronione transporty, aby zachęcić potencjalnych klientów do rozpatrzenia swych niezwykle korzystnych ofert. Oczywiście wojska to nie dotyczyło, a przynajmniej ja oficjalnie o tego typu akcjach nie słyszałem, a informacje nieoficjalne pochodziły z dość podejrzanych źródeł, poznanych w podejrzanych barach i innych przybytkach o wątpliwej reputacji. Nawet jeżeli ktoś nie wynajął ochrony, mógł też spać w miarę spokojnie. Częstotliwość ataków nie była zatrważająca, powiedzmy 1 transport na 100, do tego zdarzały się one wówczas, gdy transport zawierał wartościowy towar - i to na tyle, aby wszyscy, którzy cokolwiek o nim wiedzieli, ustawili się w kolejkach po odbiór wynagrodzenia za stosowne informacje. Zresztą tylko naprawdę ograniczeni przewoźnicy ani nie wynajmowali ochrony ani nie ubezpieczali towaru. Pod tym względem ta misja nie różniła się zasadniczo od innych, może nieco niepokojące było przydzielenie aż 6 bezzałogowych dron do sfory, a nie jak zwykle tylko 3, ale to zdarzało się już wcześniej i świadczyło tylko o tym, że najemca albo dobrze zapłacił albo miał znajomości w dowództwie. Niezależnie od przyczyn świadczyło to też niezbicie o wartości ochranianego towaru. Ale do teraz (minus kilka nadmienionych wcześniej godzin) tak silna ochrona zapewniała bezpieczeństwo zarówno zawartości ładowni jak i samemu ochroniarzowi, w tym wypadku mnie. Tym razem jednak rutynowa misja przekształciła się w misję standardową, czyli „standardowe zwalczanie wrogich jednostek”. Przez 6 lat służby, nigdy, żadna moja misja nie rozwinęła się do tego stadium. Takie operacje miały jednak miejsce i nie było w tym nic nadzwyczajnego, po prostu miałem szczęście. Zanosiło się nawet na pewnego rodzaju nobilitację, w końcu tylko maleńki procent żyjących pilotów wojskowych brał udział w jakiejkolwiek walce, potem człowiek stawał się weteranem mogącym liczyć na darmowe piwo w kantynie. Gdy pierwsza sfora piratów (to znaczy wówczas jeszcze nie…