Romans · 7 min czytania
Bezradność
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Jakże przewrotny potrafi być los, w najmniej oczekiwanym momencie. Nim się człowiek spostrzeże, realia, które go otaczają zmieniają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jednego, czego można być pewnym to tego, że niezbadane są wyroki boskie. Niestety początkowa błoga nieświadomość angażowania się w coś, co nie ma żadnego sensu, potrafi przewrócić cały świat do góry nogami. Jak pies uwiązany na smyczy warujący przed miską oczekując na karmę, wystawiałem się na coraz większe pośmiewisko. Do dziś wydaje mi się, że czegoś zabrakło, coś pominąłem w swoich poczynaniach. Jak ten liść targany podmuchami wiatru, tak ja zmagałem się z przeciwstawnymi tezami, które nie wiedzieć czemu, rozdzierały me wnętrze na pół. Był to ból okropny, przeszywający całe ciało. Powodujący psychiczny dyskomfort do tego stopnia, że nie byłem wstanie sam sobie z nim poradzić. Jedynym marzeniem, było zapaść się pod ziemie i zniknąć…, zniknąć gdzieś daleko otulony mgłą izolującą mnie od tego brudu istnienia, którym zostałem dotknięty. Każdy ranek wyglądał tak samo, dzień w dzień, budziłem się z myślą o niej. Czy miało to sens? Chyba nie. Pomimo to, że jestem tego świadomy ciągle mi się to zdarza. To był poniedziałek. Jak się później okazało, jeden z najstraszniejszych w moim życiu. Stanąłem oniemiały, tracąc kontakt z rzeczywistością. Czułem jakby lekki zefir oplatał całe moje ciało, które zamilkło w idealistycznym porządku. Cały zamarłem. Nie pamiętam jak to długo trwało, ale wiem, że żadne bodźce zewnętrzne na mnie nie oddziaływały. Oniemiałem cały z zachwytu, na widok cudnego anioła stojącego niedaleko mnie obleczonego niebiańską poświatą, która zdawała się być taka nieskazitelna i czysta. Mięśnie w jednej chwili odmówiły posłuszeństwa stając się bezwładne i całkowicie nieużyteczne. Czy doznałem tego, o czym pisali najwięksi poeci, tworząc swe wiekopomne dzieła. Odpowiedź nasuwała się sama, ale nie miałem odwagi, ani możliwość wypowiedzenia tych słów. Serce kołatało mi niesłychanie szybko. Patrząc na to przez pryzmat czasu wydaje mi się, że mogłem je nawet słyszeć. Dudniło, niczym kamień wrzucany do studni. Tylko, że nie musiało zatonąć w tej bezkresnej nieprzeniknionej toni, bynajmniej pragnąłem by ten los mnie ominął. Jej czarne dwie, płonące iskierki urzekły moją duszę. Płonęły takim ogniem, o jakim nikt jeszcze nigdy nie pisał, ani nie słyszał. Uzależniły mnie od siebie. Były niczym narkotyk, który po zaaplikowaniu jednej dawki domaga się kolejnej i kolejnej. Podejść, czy nie podejść, odważyć się, czy stchórzyć i uciec jak przestraszony kundel do swojej budy. Przecież niczym nie ryzykuje, jeśli nie zrobię pierwszego kroku nigdy się nie dowiem, czy postąpiłem słusznie czy też wręcz przeciwnie. Raz, za razem przez moją głowę przechodziły tysiące myśli, które w sprzecznym tonie próbowały nieść mnie ku cudzie, który miałem przed oczami. Tak, pierwszy krok został wykonany, jeszcze tylko dziesięć i będę u celu mej podróży, która w jednej chwili zamieniła się w niewyobrażalne męki. Spojrzałem jeszcze raz na nią. Pięknie się uśmiechała, jej czerwoniutkie ustka niczym korale, składały się do uśmiechów w rozmowie z koleżankami. Czarne dwie iskierki rozpromieniały całe otoczenie, które zafascynowane, tą zjawiskową…